Komentarz NPD

(filologiczny, historyczny i teologiczny)

Wybór i zakres haseł przedstawionych w niniejszym komentarzu wyniknął zasadniczo z potrzeby dokładniejszego objaśnienia kwestii filologicznych, historycznych czy teologicznych, które miały istotny wpływ na formę i postać Nowego Przekładu Dynamicznego NT. Myśli zawarte w hasłach mogą się powtarzać, co jest zamierzoną konsekwencją faktu, iż poszczególne jednostki tematyczne komentarza pomyślano jako samodzielne artykuły, które powinny być zrozumiałe bez odnoszenia się do innych. Nie było ani zamiarem, ani ambicją Zespołu Redakcyjnego NPD, by niniejszy komentarz stał się wyczerpującym źródłem informacji teologicznych, filologicznych czy historycznych, a już na pewno nie podręcznikiem teologii systematycznej. Aby mógł spełniać taką funkcję, musiałby zostać znacznie bardziej rozbudowany i przybrać charakter naukowy, zaś intencją Zespołu NPD było przygotowanie Komentarza NPD w formie popularnej i podręcznej.

Aaron

Brat Mojżesza, starszy od niego o 3 lata (por. Wj 7,7), a jednocześnie młodszy brat Miriam (por. Wj 15,20). Znaczenie jego imienia nie jest pewne. Niektórzy tłumaczą: „góral” albo „oświecony”, w zależności od jakiego rdzenia hebrajskiego je wyprowadzają. Jako syn Amrama pochodził z plemienia Lewiego (por. Wj 4,14) w linii Kehata oraz Merariego (por. Wj 6,16-20). Był mówcą towarzyszącym niewymownemu Mojżeszowi (por. Wj 4,10-14). Z Bożego ustanowienia został namaszczony na pierwszego arcykapłana w społeczności Hebrajczyków (por. Wj 29,1-30). Jego potomkowie tworzyli w Izraelu kastę kapłańską. Aaron nie dochował wierności Bogu, lecz pod wpływem nacisku społecznego poprowadził lud w budowie bożka – cielca ze złota (por. Wj 32,1-6). Z uwagi na duchową postawę, jaką wraz z Mojżeszem ujawnił w Kadesz przy wodach Meriba (por. Lb 20,2-13) – podobnie jak jego brat – nie wszedł do ziemi obiecanej. Mając 123 lata, umarł na górze Hor (por. Lb 33,38–39). Z rodu Aarona pochodziła Elżbieta (żona kapłana Zachariasza) – matka Jana zwanego Chrzcicielem (por. Łk 1,5). O wyższości wiecznego kapłaństwa Chrystusa nad kapłaństwem Aarona można przeczytać w Hbr 4,14 – 10,18.

Patrz też → Prawo Mojżeszowe; → Przybytek (symbolika i jej wypełnienie).

Amen

Hebrajskie amen ma znaczenie mocnego potwierdzenia: „Niech tak się stanie”, „Niech tak będzie” w stosunku do tego, co zostało przed chwilą wypowiedziane (por. Jr 28,6). W ST wypowiadane było przez Żydów nie tylko przy modlitwach i wielbieniach (por. Ps 41,13), lecz także jako potwierdzenie przysięgi (por. Lb 5,22) czy przekleństwa (por. Pwt 27,15-26). W Iz 65,16 fraza Belohe Amen w NPD została przełożona jako „Bóg Niezawodny” (w innych przekładach „Bóg wierny”).

Greckie amen używane na końcu wypowiedzi ma podobne znaczenie jak opisane wyżej w jęz. hebrajskim. Jednak wypowiedziane na początku zdania ma inny charakter. Jego celem jest przyciągnięcie uwagi, podkreślenie wagi tego, co za chwilę zostanie wypowiedziane, szczególnie jeśli zostało użyte podwójnie. Fraza: „Amen, amen mówię wam…” w NPD zwykle jest tłumaczona jako: „Posłuchajcie uważnie, gdyż to, co powiem, ma ogromne znaczenie…”. W ewangeliach synoptycznych odnotowano, iż Jezus 54 razy użył słowa „amen” w taki właśnie sposób. Jan w swojej relacji odnotował 25 razy podwójnie użyte „amen” przez Jezusa.

Podobnie jak w ST (por. Iz 65,16), również w NT znajdujemy szczególną frazę, w której użyte jest słowo „amen”. W Ap 3,14 Jezus powiedział: „To mówi Amen…”. W tym wypadku NPD oddało ją ekwiwalentem dynamicznym: „To mówi Ten, który jest Prawdą i sensem wszystkiego, i w którym wszystko się dokonuje…”. Inne przekłady tłumaczą literalnie: „To mówi Amen…”.

Andrzej Apostol

Pochodzący z Betsaidy syn Jana był rybakiem, podobnie jak jego brat Piotr Apostoł. Zanim stał się uczniem Jezusa, wraz z bratem był uczniem Jana zwanego Chrzcicielem (por. J 1,35–40). Prawdopodobnie z tego powodu razem z Piotrem praktykowali wodny chrzest Janowy, chociaż Jezus sam tego nigdy nie czynił (por. J 4,1-2). Nie ma żadnych wzmianek o Andrzeju po zesłaniu Bożego Ducha w dniu Pięćdziesiątnicy. Biblia nie wspomina o jego śmierci. Legendy sugerują, że Andrzej zginął męczeńską śmiercią krzyżową w Grecji.

Anioł, aniołowie

Słowo „anioł” jest polskim tłumaczeniem greckiego słowa angelos lub hebrajskiego malak, które są rzeczownikami pospolitymi o znaczeniu etymologicznym „posłaniec”, ewentualnie „zwiastun”. Etymologicznie słowo malak znaczy „chodzący tam i z powrotem”. Słowo to w żaden sposób nie determinuje natury posłańca, gdyż mówi jedynie o jego funkcji. Aniołowie opisywani w Biblii wyglądają jak ludzie, stąd ludzie często nie rozpoznają, z kim mają do czynienia (por. Rdz 19,1-4; Hbr 13,2). Żadna z biblijnych relacji nie wspomina, by aniołowie mieli skrzydła. Ikonografia religijna wyrządziła teologii w tej sprawie wiele szkód. Jedynymi istotami duchowymi ze skrzydłami są w Biblii cherubiny (por. Wj 25,20) oraz serafiny (por. Iz 6,2). Te jednak nie są aniołami. Z tekstów biblijnych wynika, że określenie „anioł” używane jest do posłańców mających naturę:

  • duchową (komunikujących się z ludźmi zawsze w językach zrozumiałych dla ludzi):
    1. aniołowie Boży (por. Łk 1,11-19; Dz 12,7);
    2. aniołowie szatana (por. Mt 25,41; Ap 12,9; 2 Kor 11,14; Ga 1,8);
  • materialną (cielesną), dzielących się na:
    1. rzeczy lub zjawiska nieożywione (np. wichry, ogień oraz inne żywioły zwiastujące potęgę Boga, por. Ps 18,8-16; Ps 104,4);
    2. byty ożywione – najczęściej ludzie, z krwi i kości, jak choćby dwaj uczniowie Jezusa opisani w Łk 9,52, których PAN zmierzający do Jerozolimy wysłał przed sobą do wsi samarytańskiej, by w niej przygotowali Mu nocleg. Oczywiście do tej kategorii mogą być zaliczani ludzie służący zarówno Bogu, jak i siłom ciemności.

Istotnym problemem w przekładach biblijnych jest nazbyt semantyczne podejście tłumaczy, którzy – gdy tylko widzą słowo angelos – od razu interpretują je w odniesieniu do bytów duchowych, i to najczęściej służących Bogu Najwyższemu, nie zwracając przy tym uwagi na bliższy czy dalszy kontekst. Przykładem tak bezkrytycznego tłumaczenia słowa angelos, który wyrządził gigantyczne szkody teologiczne, jest 1 Kor 13,1. W większości literalnych przekładów (i to nie tylko polskich) używa się tam określenia „języki aniołów” lub „języki anielskie”, zupełnie pomijając kontekst, w jakim Apostoł Paweł umieścił te słowa. Ten zaś był następujący.

Korynt, w którym Apostoł Paweł założył wspólnotę wierzących w Chrystusa, był miastem otwartym, w którym ścierały się różne kultury, myśli i do którego przybywało mnóstwo osób z uwagi na bliskość portu w Kenchrach. Położenie Koryntu oraz zwolnienie go z podatków mocą edyktu Juliusza Cezara z roku 44 p.n.e. sprawiły, że miasto to było niezwykle zamożne i pławiło się w życiowym hedonizmie. Grecy, którzy przyjęli głoszoną przez Pawła Dobrą Wiadomość o ratunku w Chrystusie, stanowili pierwsze zręby wspólnoty chrześcijańskiej w tym mieście. Jednak tworząc nową społeczność ludzi ufających Chrystusowi, wnieśli do niej także swoje greckie dziedzictwo kulturowe, według którego świat był podzielony na ludzi oświeconych – cywilizowanych (mówiących po grecku) – i nieoświeconych – niecywilizowanych (zwanych barbarzyńcami, którzy mówili innymi językami niż grecki)[1]. Do tego właśnie odniósł się Apostoł Paweł, pisząc słowa zawarte w 1 Kor 14,6-11. To stanowi bezpośredni kontekst dla jego nauczania o darze przemawiania obcymi językami. Otóż gdy do Koryntu przybywali posłańcy (gr. angelos) z innych kościołów spoza Grecji, często posługiwali się obcymi językami – zupełnie innymi niż greka czy łacina. Greccy chrześcijanie nie rozumieli ich i dlatego (jak to Grecy) zwali ich barbarzyńcami (od onomatopei bar, bar, które wyrażały sposób postrzegania niezrozumiałej, wręcz bełkotliwej dla Greków mowy). W 1 Kor 13,1 nie chodzi zatem o jakieś „anielskie języki”, o których nie ma w Biblii ani słowa, ale o języki obce, którymi posługiwali się przybywający posłannicy z innych wspólnot. Co więcej – warto zauważyć, że gdy aniołowie Boży (posłannicy Najwyższego) przychodzili do ludzi z jakąkolwiek misją, zawsze mówili zrozumiałymi dla ludzi językami. Jak bowiem inaczej mieliby w komunikatywny sposób przekazywać wiadomości od PANA? Gdy Apostoł Jan, przebywający na zesłaniu na wyspie Patmos, otrzymał wgląd w sprawy niebiańskie i rozmawiał z aniołami (posłańcami Boga Najwyższego), ci używali języka zrozumiałego dla niego (być może mówili po aramejsku albo po grecku). Gdy Apostołowie podczas zesłania Bożego Ducha w dzień Pięćdziesiątnicy otrzymali dar przemawiania w obcych językach, których wcześniej się nie uczyli, mówili ludzkimi językami i dialektami (por. Dz 2,6-11) zrozumiałymi dla ludzi tam zebranych. Zatem i w Dziejach wysłanników Chrystusa, i listach Apostoła Pawła jest mowa nie o jakichkolwiek „językach anielskich”, ale o cudownym darze duchowym. Polega on na tym, że dla głoszenia dzieła Chrystusa i budowania społeczności wierzących pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych kultur i języków Bóg postanowił udzielić niektórym wierzącym szczególnego daru polegającego na komunikatywnym przemawianiu w realnych, obcych językach. Jest to dar niezwykle konkretny i weryfikowalny w odróżnieniu od emocjonalnego bełkotu (por. różnice między słowami gr. lego – sensowne mówienie – i laleo – paplanie bez ładu i składu), którego nikt tak naprawdę nie jest w stanie zweryfikować, a próby „tłumaczenia” go z materiału zarejestrowanego na wideo przez niezależne osoby, mające rzekomo „dar tłumaczenia”, zawsze spalają na panewce. Bóg nie ucieka się do takich mistyfikacji. Gdy On daje swój dar, to jest to dar bardzo konkretny, oczywisty, weryfikowalny, zawsze służący budowaniu wspólnoty Ciała Chrystusa, a nie rzekomy, satysfakcjonujący jedynie cielesny emocjonalizm „obdarowanej” osoby.

Ta obserwacja prowadzi nas w oczywisty sposób do zastanowienia się, z jakimi aniołami (posłannikami czy zwiastunami) mieli do czynienia wierzący w Biblii i z jakimi my, w czasach nam współczesnych, mamy również do czynienia. Zanim jednak zajmiemy się tym dokładniej, konieczne jest uświadomienie sobie, komu lub czemu ufamy, jakie świadectwa uznajemy za prawdziwe, jakie nauczanie przyjmujemy i dlaczego. Musimy umieć rozpoznać, jak wielki wpływ na nasze przekonania mają przekazy z własnych lub zasłyszanych od innych „objawień”, które z taką łatwością znajdują podatny grunt w ludzkim emocjonalizmie, pragnieniach przeżycia czegoś nadzwyczajnego, w dążeniach do obcowania ze światem nadprzyrodzonym czy wręcz w ludzkiej pysze czucia się wybranym. Kłopot z tego rodzaju postawami polega jednak na tym, że żadnej z nich nie odnajdujemy w postawie i charakterze Jezusa Chrystusa, naszego PANA, na którego Słowie i przykładzie powinno przecież zasadzać się całe nasze rozumienie świata rzeczywistego i duchowego i nasze całkowite Jemu poddanie. O tym właśnie mówił w Ap 19,10 i w Ap 22,8-9 anioł podczas rozmowy z Janem Apostołem.

W Biblii znajdujemy wyraźny podział aniołów (posłańców, zwiastunów) na tych, którzy służą Bogu, oraz tych, którzy służą szatanowi[2]. Wszyscy aniołowie są stworzeniami, w związku z czym ich status nie może być w żadnym stopniu porównywalny ze statusem Boga – ich Stworzyciela (por. Ap 22,8-10). Relację między nimi można co najwyżej przyrównać do relacji pomiędzy garncarzem a naczyniem, które on wytwarza. Do tego obrazu, w kontekście ludzi i narodów, odnosili się zarówno Izajasz w Iz 45,9, Jeremiasz w Jr 18,6, jak i nawiązujący do nich Apostoł Paweł w Rz 9,20-21. Jednak obraz ten jest prawdziwy także w odniesieniu do bytów duchowych stworzonych przez Boga. Dlatego fałszywy jest przekaz mówiący, że szatan walczy z Bogiem. Zbuntowany anioł Lucyfer (zwany też Belzebubem, szatanem, wężem, smokiem[3], gadem etc.) jest jedynie stworzeniem. Z tego powodu nie ma żadnej możliwości walki z Bogiem Wiekuistym. Szatan i jego aniołowie wchodzą w zmagania jedynie z aniołami Bożymi (por. Jud 9), kiedy chcą przeszkadzać w pełnieniu zleconych im zadań wobec Bożego ludu (por. Dn 10,11-14, gdzie archanioł Michał jest przedstawiony jako książę duchowego świata, który walczy z szatanem, zwanym w tym tekście księciem Królestwa Persów). Zgodnie z Ap 19,20 oraz Ap 20,9-10 aniołowie szatana oraz on sam zostaną w przyszłości w okamgnieniu pokonani przez Boga – mocą Jego Słowa. Dlatego w duchowej walce, która rozgrywa się na świecie, należy trzymać się Bożego Słowa najbliżej, jak to tylko możliwe. Już teraz pewna grupa aniołów ciemności jest uwięziona i oczekuje na Sąd Ostateczny (por. 2 P 2,4; Jud 6). Moc innych nie jest większa niż moc Boga, co widzimy w opisach spotkań Jezusa z duchami nieczystymi (demonami – sługami szatana i jego posłańcami). Chrystus nigdy z nimi nie pertraktował ani nie dyskutował. On wydawał im rozkazy (por. Mt 8,29-32), a one zawsze w pokorze i z drżeniem (por. Jk 2,19) natychmiast wykonywały Jego polecenia.

Słowo Boże przedstawia aniołów Bożych (zwanych również aniołami Światłości) jako byty służebne posyłane przez Najwyższego do pomocy tym, którzy podążają drogą zbawienia (por. Hbr 1,14; Ap 19,10; Ap 22,8-10). Z tego względu, będąc nawet bytami duchowymi, mogli oni przybierać postać widzialną, by zrealizować zadanie, które im wyznaczono (por. Hbr 13,2). W czasach ST – gdy oczywistością tradycji żydowskiej było to, że Boga nikt nigdy nie widział ani nie może zobaczyć, gdyż Bóg ma postać duchową (por. J 4,24) – Boże epifanie (lub teofanie) były w ST często określane mianem angelofanii. W szczególności widzimy to w tych tekstach ST, które używają określeń „Anioł PANA”, co znajdujemy np. w opisie ukazania się PANA Mojżeszowi w ognistej postaci w kolczastym krzewie (por. Wj 3,2-6). Znakomity wykład teologiczny tej teofanii znajdujemy w wypowiedzi Szczepana w Dz 7,30-50 z wielkim jej podsumowaniem w Dz 7,52-53. Szczepan, opierając się na tych zapisach, wyjaśnił Żydom wielką prawdę, że Osobą nazywaną przez nich „wysłannikiem PANA” lub „Aniołem PANA” był w istocie sam PAN (hebr. JHWH), który w historii objawiał się im w różnych postaciach (gr. morfe – w tym także jako ognista Postać w kolczastym krzewie lub jako słup ognia prowadzący ich przez pustynię), a gdy dopełnił się ustalony czas, objawił się w ludzkiej naturze (por. Flp 2,7) w osobie Jezusa z Nazaretu. Ponieważ Jezus tytułował się PANEM i podkreślał, że stanowi jedność z Ojcem (por. J 10,30), żydowscy przywódcy odrzucili Go i ostatecznie doprowadzili do Jego ukrzyżowania. Tak samo potępili Szczepana. Inne potwierdzenie tej ważnej prawdy wypowiedzianej przez Szczepana znajdziemy także w wypowiedzi Apostoła Pawła w 1 Kor 10,4. Więcej o naturze, postaci i osobowości Chrystusa jako PANA w porównaniu z naturą aniołów mówi List do Hebrajczyków. Zatem określenie „Anioł PANA” występujące w ST należy często postrzegać jako określenie metonimiczne używane w miejsce zwrotu „PAN”. Zdarzało się oczywiście (szczególnie we wcześniejszych pismach hebrajskich), że używano wprost słowa „PAN” dla Boskich epifanii – jak to miało miejsce w Rdz 18,1-15. W NT określenie „anioł PAŃSKI” nie ma już takiej wymowy i odnosi się wyłącznie do bytów duchowych posyłanych przez Boga do służenia ludziom.

Jest jeszcze jedna funkcja Bożych posłańców (aniołów), o której czytamy w Biblii. Nie wiąże się ona z ludem Bożym, ale z tymi, którzy tym ludem nie są. Wobec tych ludzi aniołowie będą pełnić funkcje egzekutorów Bożej sprawiedliwości – jak to widzimy w Rdz 19,10-12 oraz w Mt 13,41-42; Mt 16,27; Ap 8,7-12; Ap 9,1-4; Ap 9,13-15; Ap 11,15-18. W czasie Sądu Ostatecznego (por. J 5,22) aniołowie na rozkaz Chrystusa będą wrzucać do ognistego jeziora płonącej siarki te osoby, które nie związały się prawdziwie z Chrystusem na wieki (por. Ap 12,14-15; Ap 19,20; Ap 20,10). Ocaleni zostaną jedynie ci, do których Jezus przyzna się osobiście.

Ważne jest również uświadomienie sobie, iż nie każdy „anioł z Niebios” jest posłańcem od Boga. Z Ef 6,12 dowiadujemy się, że w Niebiosach (tzn. w strefie życia duchowego) nadal funkcjonują aniołowie ciemności, którzy – czy to sami, czy też przez poddanych sobie ludzi – z lubością wprowadzają zamęt na Ziemi. Ze szczególną pieczołowitością fałszują przekaz Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie (por. Ga 1,8). Tacy aniołowie podają się nawet za „wysłanników Światłości” (por. 2 Kor 11,14), choć nie mają nic wspólnego z Chrystusem, który jest prawdziwą Światłością (por. J 1,9-12; J 8,12). Także z Łk 10,18 wynika, że z Niebios zstępują na Ziemię nie tylko siły światłości, lecz także siły ciemności. Poleganie zatem na informacjach przekazywanych przez „posłańców z Niebios” – tylko dlatego, że pochodzą z Niebios – jest obciążone ogromnym ryzykiem zwiedzenia. Tego rodzaju sytuacje opisane są np. w Jr 7,16-23 i w Jr 44,15-28, w których widzimy, iż Bóg jednoznacznie potępia kult „Królowej Niebios” („Królowej Anielskiej”).

Zgodnie z Ef 6,12 duchami zwodniczymi, które w Niebiosach tworzą armię ciemności, są demony (por. także Iz 47,12). Mają one nawet poddańczy dostęp do samego Tronu Bożego (por. Hi 1,6). Od aniołów Bożych różni ich nie tylko osoba, której służą, lecz także kwestia odbierania chwały. O ile aniołowie Boży wzbraniają się przed przyjmowaniem hołdów, które należą się tylko Bogu (por. Ap 19,10; Ap 22,9), o tyle demony (zbuntowani aniołowie) przyjmują takie hołdy z wielką chęcią. Pismo św. bardzo mocno przestrzega wierzących przed oddawaniem czci aniołom. Apostoł Paweł, pisząc o osobach, które dopuszczają się takich bałwochwalczych zachowań, wyjaśnia, iż mają nie tylko „upodobanie w kulcie aniołów”, ale również „w umartwianiu samego siebie [oraz] w różnego typu ekscytacjach emocjonalnych lub w pielęgnowaniu religijnych wymysłów, które rodzą się z [ich] skażonej grzechem natury” (Kol 2,18). Podsumowuje to stwierdzeniem: „Opinia takiej osoby nie ma żadnego znaczenia, ponieważ człowiek taki nie trzyma się mocno Chrystusa, który jest Głową Ciała, to znaczy społeczności wierzących” (Kol 2,19). Niektóre przekłady Biblii w wersecie Kol 2,18 przed określeniem „kulcie aniołów” dodają słowo „przesadnym”. Jest to jednak zafałszowanie przekazu, gdyż w tekście greckim nie ma żadnej sugestii, która by uzasadniała taki dodatek. Oczywiście skłonność ludzkiej natury do oddawania czci wszystkiemu, co nadprzyrodzone, nie jest obca nawet uczniom Jezusa. Gdy Jan Apostoł, przebywający na wyspie Patmos, otrzymał z ust anioła informację, że ten przekazuje mu słowa samego Boga, padł dwa razy na twarz przed tym posłańcem (por. Ap 19,10 oraz Ap 22,8-9). Jednak w obydwu wypadkach usłyszał bardzo mocne napomnienie. Wersety te przestrzegają również innych wierzących przed kultem aniołów. Zatem tam, gdzie Chrystus jest otaczany chwałą (a w Nim także Ojciec), tam bez wątpienia mamy do czynienia z działaniem Bożego Ducha. Jednak tam, gdzie ktoś inny odbiera chwałę, nie ma Ducha Bożego, lecz jest duch zwodzenia, który pochodzi z ciemności i który stara się odciągnąć ludzi od Chrystusa. Duch zwodzenia czyni wszystko, aby skoncentrować myśli ludzi na innej postaci, byle nie na Jezusie Chrystusie, i wykorzystuje do tego wszelkie możliwe „efekty specjalne”, jakimi tylko dysponuje (por. Mt 24,24), włączając w to nawet podawanie się za „posłańca z Niebios” (por. Ga 1,8) czy „anioła światłości” (por. 2 Kor 11,14). Czasami duch zwodzenia dokonuje najróżniejszych manifestacji, którymi stara się przekonać ludzi, że jest nawet „Duchem Świętym”. Jednak proste porównanie tych manifestacji oraz zachowania ludzi w tym uczestniczących do zachowania Jezusa, będącego najdoskonalszym obrazem osoby znajdującej się pod pełnym wpływem Bożego Ducha, z reguły natychmiast demaskuje duchowe fałszerstwa (więcej w Komentarzu NPD → Duch Świętego Boga). W całej Biblii odnajdujemy setki porównań i wypowiedzi, w których Bóg potępia oddawanie czci posągom i obrazom, określając to jako oddawanie czci demonom (upadłym aniołom) i nazywając takie zachowanie „duchowym cudzołóstwem” (por. Kpł 19,4; Kpł 26,1; Pwt 32,21; Ps 96,5; Ps 106,36-39; J 4,21-26; Dz 17,22-31).

Aniołowie (w tym również aniołowie ciemności) nie wiedzą wszystkiego. Pragną uzyskać wgląd w sprawy, których dokonuje Bóg (por. 1 P 1,12 oraz Mt 24,36), jednak poznanie takie nie będzie im dane. Wiedzą natomiast, że kiedyś będą sądzeni przez Lud Boży (por. 1 Kor 6,3).

Osobnej uwagi wymaga opis zagłady pierworodnych w Egipcie. W Księdze Wyjścia (Wj 12,23) czytamy o Niszczycielu („aniele zniszczenia”, „Niosącym zagładę”), który miał wchodzić do domostw, aby odebrać życie wszystkiemu, co było tam pierworodne. Werset ten wspomina również, że sam PAN (hebr. JHWH) będzie szedł przez Egipt i potrząśnie (hebr. lingop, które jest formą czasownika nagap mówiącego o „silnym potrząśnięciu w celu zrzucenia czegoś z siebie”) jego mieszkańcami. Niektórzy sądzą, że to PAN odbierał życie pierworodnym, jednak tekst ten wyraźnie pokazuje, iż o ile decyzja o wstrząśnięciu Egiptem należała do Najwyższego, o tyle jednak jej wykonawcą był anioł imieniem Niszczyciel (hebr. Hammaszhit). PAN szedł przez Egipt, chroniąc przed nim te domostwa, które były oznakowane krwią baranka. O Niszczycielu (aniele zniszczenia) czytamy też w NT. Apokalipsa w Ap 9,11 mówi o nim Apollyon (hebr. Abaddon, pol. „Niszczyciel”, „Niosący zagładę”). W tej księdze jest on identyfikowany z szatanem. W analogicznym kontekście Paweł Apostoł w 2 Tes 2,10 użył czasownika apollymi w stronie biernej, aby podkreślić myśl, iż ludzie nielgnący aktywnie do Prawdy, czyli do Chrystusa (wcielonego Bożego Słowa), sami siebie poddają zgubnemu zwodzeniu, którego kresem będzie wieczna zagłada.

[1] Analogiczny podział stosowali Żydzi, dzieląc świat na Żydów i nie-Żydów (pogan).

[2] Szatan jest w Biblii określany mianem „przywódcy (gr. archon) tego świata” (por. J 12,31; J 14,30; J 16,11) oraz „władcy mocarstwa mroku” (por. Ef 2,2).

[3] Smok i wąż są symbolami szatana, a gwiazdy w Biblii często symbolizują aniołów. Interpretatorzy powszechnie wiążą ten obraz z opisem z Iz 14,12-13. Komentowany tekst sugeruje, że zbuntowany szatan (o imieniu Lucyfer) pociągnął za sobą 1/3 aniołów. W konsekwencji buntu utracili oni swe pozycje w Niebiosach i zostali strąceni na Ziemię.

Apollos

Uczony i elokwentny Żyd rodem z Aleksandrii, świetnie znający żydowskie pisma święte (por. Dz 18,24) w tym → Septuagintę (grecki przekład Biblii Hebrajskiej). Wszystko wskazuje na to, iż był uczniem Jana zwanego Chrzcicielem (por. Dz 18,25). Po nauczaniu, które otrzymał w Efezie od małżeństwa Pryscylii i Akwili, współpracowników Pawła Apostoła, stał się niezwykle użytecznym głosicielem Prawdy Bożej w Chrystusie. Wyróżnił się sporym zaangażowaniem w budowanie wspólnoty wierzących w Koryncie (por. Dz 18,25-27; 1 Kor 3,4-6; 1 Kor 4,6). Nie wiadomo nic pewnego na temat jego działalności po opuszczeniu Koryntu. Co prawda Apostoł Paweł zachęcał go do powrotu do tego miasta, jednak Apollos – którego cechowały niezależne myślenie i duża doza asertywności – nie kwapił się do tego i odmówił prośbie Pawła (por. 1 Kor 16,12), chociaż w innych sprawach nadal współpracowali (por. Tt 3,13). Wielu badaczy przypisuje Apollosowi autorstwo Listu do Hebrajczyków z uwagi na wysoki poziom językowy tego dokumentu (najlepsza greka w całym NT) oraz dogłębną znajomość kwestii Prawa i tradycji żydowskiej.

Bałwochwalstwo

Gr. eidololatreia – „idolatria”. Bałwochwalstwo polega na czczeniu pojęć, symboli, postaci lub ich wizerunków (idoli, „bałwanów”) w takim samym stopniu lub wyższym, niż czci się Boga. W ST odnosi się głównie do oddawania czci bożkom lokalnych ludów (i ich wizerunkom). W Księdze Wyjścia Bóg wyraźnie powiedział:

 

 Pamiętaj, abyś nie oddawał hołdu bóstwom, które są czczone przez innych ludzi. Nawet nie próbuj nadawać im rangi porównywalnej do mojej. Nie wolno ci ich czcić na równi ze mną[1]. W związku z tym nie będziesz czynił sobie żadnych posągów ani obrazów czegokolwiek, co możesz ujrzeć na niebie lub na ziemi, pod ziemią lub w wodzie. Nie będziesz oddawał im pokłonów i nie będziesz im służył, gdyż Ja, PAN – twój Bóg – jestem Bogiem Zazdrosnym, który sprawia, że kara za tego rodzaju występki swoimi skutkami dotyka nie tylko tych, którzy to czynią, lecz konsekwencje nienawiści, jaką w taki sposób mi okazują, będą ciągnąć się w ich rodzinach nawet do trzech pokoleń[2]. Jednocześnie przychylność, którą otaczam wszystkich trwających w miłości do mnie i stosujących się do moich poleceń, sprawia, że skutki mojego błogosławieństwa dla nich owocować będą w ich rodzinach nawet przez tysiąc pokoleń[3]. (Wj 20,3-6 NPD)


Bazując na tym zapisie, Żydzi oraz kościoły wyrosłe z nurtu reformacji zarzucają innym wyznaniom chrześcijańskim bałwochwalstwo z uwagi na modlitwy odprawiane przed posągami, obrazami czy kierowane do osób, którym nadają tytuł „święty”, podczas gdy Bóg wyraźnie zastrzega jedynie dla samego siebie prawo do tego tytułu i do tego, że tylko On ma być adresatem modlitw (por. Kpł 11,44-45; Kpł 20,26; 1 P 3,15; Ap 4,8; Ap 19,10; Ap 22,8-10). Oczywiście ludzie ci mają rację w swym oburzeniu, gdyż zgodnie ze wzorcem modlitwy, jaki Jezus przekazał swoim uczniom (por. Mt 6,5-15), wszelkie modlitwy powinny być kierowane do Ojca w Niebiosach.

Jest jednak pewien szkopuł w postępowaniu części osób piętnujących bałwochwalstwo innych na bazie ST. Osądzający często wydają się zapominać o nauce NT na temat bałwochwalstwa, a więc o tym, co Jezus przekazał swoim uczniom, aby dalej nauczali. Według NT bałwochwalstwem jest nie tylko modlenie się do posągów, obrazów czy zmarłych osób, lecz także stawianie we własnym życiu na piedestale chwały pewnych idei, spraw materialnych czy żywych osób zwanych wprost idolami. Takimi sprawami czy osobami wynoszonymi ponad Boga mogą być pieniądze, trendy w modzie, władza polityczna, układy gospodarcze, a z ludzi mogą to być celebryci sportowi i piosenkarze, aktorzy, prezenterzy telewizyjni czy politycy. Wystarczy poczytać następujące fragmenty z Pisma św., by mieć dobry ogląd tego, w jakim KONTEKŚCIE Słowo Boże mówi o bałwochwalstwie: 1 Kor 5,10-11; 1 Kor 6,9; 1 Kor 8,10; 1 Kor 10,7; 1 Kor 10,14; Ga 5,20; 1 P 4,3; Ap 21,8; Ap 22,15. Oprócz tych tekstów są jeszcze trzy mocniejsze:

 

Bądźcie też świadomi, że nikt, kto prowadzi nieczyste życie – w tym ludzie uwikłani w    pornografię lub seksualnie wyuzdani – ani żaden chciwiec, to znaczy bałwochwalca, nie mają dziedzictwa w Bożym Królestwie Chrystusa. (Ef 5,5 NPD)

 

Niech więc martwymi pozostają dla was takie ziemskie sprawy, jak pornografia i swoboda seksualna, wszelka nieczystość, namiętne pożądanie złych rzeczy, zachłanność w dogadzaniu sobie i niepohamowana żądza bogacenia się, która jest bałwochwalstwem. (Kol 3,5 NPD)

 

(…) korzeniem wszelkiego zła jest ukochanie pieniędzy, a wszyscy, którzy o nie zabiegają, krok po kroku dają się odciągać od zaufania Bożemu Słowu i wystawiają się na liczne problemy oraz boleści. (1 Tm 6,10 NPD)

 

Bazując na tych tekstach, trzeba wyraźnie stwierdzić, że pojęcie bałwochwalstwa nie ogranicza się jedynie do oddawania czci posągom, obrazom czy innego typu „idolom” i nie dotyczy tylko świata, który odrzuca Boga, lecz krzewi się także wśród osób, które oficjalnie deklarują się jako wierzące, i występuje także w kościołach poreformacyjnych, które same siebie deklarują jako ściśle biblijne.

Nie jest to nic zaskakującego, gdy rozumiemy, jakim problemem jest dla człowieka jego stara, grzeszna natura, która nim rządzi, jeśli nie została całkowicie uśmiercona (por. Rz 6,1-9; Ga 5,24). Jezus jasno nauczał, że podstawą życia w relacji z Bogiem jest pełne poddanie się Ojcu w Niebiosach, zasmucenie z powodu grzechu, pragnienie Bożej sprawiedliwości, miłosierdzie wobec innych, wrażliwość na cudzą niedolę, zachowanie w czystości własnego serca i pokorne znoszenie prześladowań (por. Mt 5,4-11). Jeśli zaś chodzi o ukochanie pieniędzy i przemożną chęć bogacenia się, mówił: „Nie ma (…) żadnej możliwości, byście mogli jednocześnie służyć i Bogu, i mamonie” (por. Mt 6,24 NPD; Łk 16,13 NPD).

Bałwochwalstwo jest rzeczywiście poważnym problemem duchowym. W Piśmie św. jest nazywane wprost duchowym cudzołóstwem (hebr. zanah, gr. porneia) – por. Ps 106,36-39; Dz 15,20; Dz 21,25; Jk 4,4; Ap 2,20. Czy jednak jest ono związane jedynie z zachowaniami opisanymi wyżej? Otóż w 1 Księdze Samuela Bóg przez proroka ogłasza taką prawdę:

 

Bunt jest w oczach PANA jak grzech wróżbiarstwa, a trwanie w oporze wobec Jego Słowa jest jak niegodziwość i grzech bałwochwalstwa! (1 Sm 15,23 NPD)

 

W tym kontekście każdy, kto zarzuca innym bałwochwalstwo, powinien sam dokładnie zbadać swoje serce, aby w Dniu Sądu nie został potępiony własnymi słowami (por. Mt 7,2; Rz 2,1-3), gdyż lepiej jest we właściwy sposób oceniać samego siebie (por. 1 Kor 11,31), niż koncentrować się na błędach innych. Bałwochwalcami są bowiem nie tylko ludzie, którzy modlą się do wizerunków ludzi, zwierząt czy wyimaginowanych bóstw czy symboli, ale także ci, którzy stawiają opór Bożemu Słowu (co oznacza, że chociaż je znają, nie stosują go – por. Jk 1,21-24), oraz ci, których serca przywiązane są do pieniędzy (mamona), albo którzy (nawet jeśli tych pieniędzy nie mają) przesiąknięci są pragnieniem bogacenia się. To bowiem jest korzeniem wszelkiego zła (por. 1 Tm 6,10).



[1] Dosł. „obok mnie”.

[2] Niektórzy tłumacze przekładają ten tekst, sugerując, że Bóg wymierza karę za czyny ojców na ich synach, wnukach i prawnukach, aż do trzeciego i czwartego pokolenia. Jednak Jezus w J 9,3-5 wyjaśnia, że taki pogląd nie jest słuszny. Każdy bowiem sam zda sprawę przed Bogiem tylko z własnych grzechów, co potwierdza również Apostoł Paweł w Rz 14,12. Jednak środowisko, jakie jest tworzone przez grzech każdego człowieka, oddziałuje na wszystkich dookoła, a szczególnie na ich rodziny. Odstępstwo od Boga jest grzechem kładącym się cieniem nawet na czterech pokoleniach (przekleństwo pokoleniowe). Proces owocowania takiego grzechu łatwo można zobaczyć w każdej społeczności i w każdym czasie historycznym. Jest to społeczna konsekwencja grzechu.

[3] Obietnica dotyczy tylko tych, którzy trwają w miłości i wierności wobec Boga. W oczywisty sposób nie obejmuje tych, którzy się Mu sprzeniewierzają. Pouczająca w tym względzie jest historia kapłana Helego i jego synów, którzy również byli kapłanami (por. 1 Sm 2,28-34). Jednak zasadniczym kluczem do zrozumienia tej obietnicy jest porównanie zakresu skutków Bożej kary i Bożej przychylności (łaskawości). Skutki Bożej łaskawości znacznie przewyższają skutki kary. Mocny i wyczerpujący wykład tego dał Apostoł Paweł w Rz 5,12-21.

Barnaba

Barnaba, zwany też Barnabas (por. Dz 4,36-37), syn Józefa, był → Lewitą z Cypru, gdzie posiadał ziemię. Lewici nie otrzymali działu ziemi w Kanaanie i dlatego mieli być utrzymywani przez resztę pokoleń Izraela darowiznami w postaci → dziesięcin. Jednak poza Izraelem mogli mieć ziemię, w posiadanie której wchodzili przez koligacje rodzinne lub transakcje handlowe. Barnaba był prorokiem i nauczycielem w Antiochii. To on sprowadził do tego miasta Szawła (Pawła) z Tarsu i mocno wciągnął tego Apostoła w służbę nauczycielską (por. Dz 11,25-26). Był tym, który nowo nawróconego Szawła wprowadził w środowisko Apostołów w Jerozolimie (por. Dz 9,27). Współtowarzysz Pawła Apostoła w jego pierwszej podróży misyjnej (por. Dz 13,2-3). Ich współpraca zakończyła się przed drugą podróżą misyjną Pawła sporem o Jana Marka (por. Dz 15,36-39) – późniejszego ewangelistę. I chociaż relacje Pawła z Markiem zostały odnowione w Rzymie (podczas uwięzienia Apostoła – por. Kol 4,10; Flm 24), Biblia nic nie wspomina o dalszych dziejach Barnaby. Tradycja związana z Tertulianem przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków. Legenda głosi, że poniósł śmierć męczeńską przez ukamienowanie w Salaminie na Cyprze, gdzie podobno sprawował funkcję biskupa.

Bazar Annasza

W czasach Jezusa kontrolę nad biznesem świątynnym (por. Łk 19,45-46; J 2,13-16) sprawował kapłański ród Sadokitów. Kluczową rolę w tym biznesie odgrywał → Bazar Annasza, którego istnienie potwierdzają również pozabiblijne historyczne zapisy. Stragany na terenie przyświątynnym, gdzie prowadzona była sprzedaż certyfikowanych zwierząt (zatwierdzonych wcześniej przez kapłanów) na ofiary lub wymiana pieniędzy na walutę świątynną (kantory świątynne), pracowały na podstawie koncesji wydawanych przez arcykapłana. Było to oczywiście źródłem rosnących fortun rodów kapłańskich. Skutkowało również kompletną degradacją posługi kapłańskiej.

Od czasów kapłańskiej dynastii hasmonejskiej[1] Żydzi bili własne monety w srebrze (tzw. srebrniki, ortodoksyjne szekle), które jako jedyne miały status waluty świątynnej. Tylko nimi można było opłacać obowiązkowe daniny religijne. To oczywiście stało się powodem wielkiego rozkwitu kantorów wymiany waluty, które funkcjonowały we wszystkich miastach Judei i Galilei. Ich właściciele musieli uzyskać od kapłanów licencję na sprzedaż waluty świątynnej. Podstawowy podatek świątynny, płatny w okresie obowiązkowej pielgrzymki do Jerozolimy na doroczną Paschę, wynosił pół szekla (z opłat zwolnieni byli: kapłani, kobiety, osoby niepełnoletnie oraz niewolnicy). W czasach opisywanych w NT biznes ten znajdował się w pełnym rozkwicie. To właśnie na bazarze Annasza miały miejsce wydarzenia (prawdopodobnie były dwa takie zajścia – Jan opisał jedno, a synoptycy drugie) opisane w Mt 21,12-13; Mk 11,15-17; Łk 19,45-46; J 2,13-16.

Niestety, podobny proceder biznesów religijnych kwitnie do dziś niemal we wszystkich środowiskach, w których istnieje jakaś forma kasty duchownych roszczących sobie pretensje do bycia pośrednikami między ludźmi a Bogiem[2] (patrz też → Świątynny model religijności a biblijne chrześcijaństwo). U Żydów są to rabini dysponujący specjalną jurysdykcją terytorialną, którzy – za odpowiednią opłatą – wydają certyfikaty koszerności. W środowiskach muzułmańskich wyznaczeni imamowie wydają odpłatnie certyfikaty halal. Oczywiście ludzie ci pobierają opłaty także za inne czynności religijne. Dramatem religii, którym służą owi duchowni, jest to, że odciągają oni miliony ludzi od Chrystusa.

Niestety, finansowe żerowanie na religijności ludu ma miejsce również w światowym chrześcijaństwie[3]. Prowadzi to oczywiście do całkowitego wypaczenia przesłania Jezusa (por. Mt 6,24; Mt 10,8; Łk 6,13; Rz 3,24; 2 Kor 11,7; 2 Tes 3,8; Ap 21,6; Ap 22,17) i jednego wielkiego skandalu, na który składają się: handlowanie stanowiskami kościelnymi (tzw. → symonia), niepohamowane gromadzenie majątków przez organizacje eklezjalne (por. Łk 16,14; 1 Kor 6,10; 1 Tm 3,1-3; 1 Tm 6,9-10; 2 Tm 3,2; Tt 1,7), pobieranie opłat za obligatoryjne czynności religijne (por. Mt 17,24), nakładane na lud nie na podstawie Słowa Bożego, ale wewnętrznych przepisów danej organizacji, nauczanie o → dziesięcinach (w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości Bożego Słowa) i tym podobne. Między innymi z tego to powodu w społecznym postrzeganiu światowe chrześcijaństwo tak bardzo degraduje się moralnie (por. Rz 2,24; Jud 10-16).

 

Patrz też → Dziesięciny i ofiary; → Świątynny model religijności a biblijne chrześcijaństwo.



[1] Hasmoneusze (znani także jako Machabeusze – hebr. Makabim) byli znaczącym rodem kapłańskim, który przewodził żydowskiemu powstaniu narodowo-wyzwoleńczemu w latach 167-160 p.n.e. (dużo ciekawych informacji na ten temat można znaleźć zarówno w Pierwszej i Drugiej Księdze Machabejskiej, które są zaliczane do ksiąg deuterokanonicznych, jak i w Wojnie żydowskiej Flawiusza). Powstanie wybuchło w odpowiedzi na sprofanowanie świątyni jerozolimskiej przez Antiocha IV Epifanesa, który w czasach okupacji Judei przez Seleucydów (zhellenizowanych władców Syrii) nakazał wybudować w niej ołtarz Zeusa Olimpijskiego, gdzie były składane nieczyste ofiary pogańskie, oraz wprowadził prostytucję sakralną do zabudowań świątynnych. Po latach wojny i układach z Selucydami Judea uzyskała względną niepodległość, a dynastia Machabeuszy objęła w niej panowanie aż do roku 37 p.n.e. Praktycznie od roku 63 p.n.e., w którym legion rzymski pod wodzą Pompejusza wkroczył do Judei, były to rządy marionetkowe, które formalnie zakończyły się w roku 37 p.n.e., gdy Herod Wielki (wspomniany w NT król panujący w Judei w czasach narodzenia się Jezusa z Nazaretu), na czele dwóch legionów rzymskich, wkroczył do Jerozolimy. Aresztował Antygona (ostatniego władcę hasmonejskiego) i odesłał go do Antiochii Syryjskiej, gdzie na rozkaz Marka Antoniusza został ścięty. Herod nie był Żydem tylko Idumejczykiem, lecz Rzymowi nie przeszkadzało to nadać mu tytułu króla Judei.

[2] Zgodnie z nauczaniem Biblii jedynym pośrednikiem między ludźmi a Bogiem jest sam Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2,5; Ga 3,20), a jedynym Jego zastępcą na Ziemi jest Duch Świętego Boga (por. J 14,16-18; 1 J 2,20; 1 J 2,27).

[3] Redakcja NPD używa określenia „światowe chrześcijaństwo” w sposób całkowicie przemyślany, aby podkreślić odrębność tego, co świat nazywa „religią chrześcijańską” (por. Dz 11,26), od tego, co w NT jest prezentowane jako chrześcijaństwo, a Jezus i Jego Apostołowie zwali uczniostwem (por. hasło → Uczeń).

Błogosławieństwo

Błogosławieństwo w języku greckim to eulogia lub makarismos, między którymi istnieje jednak pewna różnica. O ile eulogia mówi o błogosławieństwie w formie praktycznego działania, o tyle makarismos przedstawia je jako skutek tego działania. Pochodzący od tego rzeczownika przymiotnik makarios opisuje stan szczególnego zadowolenia czy ukontentowania, który nie wynika z życiowej sytuacji czy okoliczności materialnych, ale z osobistej więzi z Tym, Który jest Źródłem Wszystkiego. Jest to zatem opis stanu relacji człowieka z Bogiem w Chrystusie (por. Mt 5,3-11). W tym sensie zbliża się do znaczenia hebr. eszer (szczęśliwość, błogosławieństwo) i pokrewnego mu aszer (szczęśliwy).

Aby nieco lepiej oddać głębię znaczeniową makarios, słowo to jest w NPD ekwiwalentem „prawdziwie szczęśliwi i błogosławieni”, za nauczaniem Jezusa, które skierował do swych uczniów na pewnym wzgórzu w Galilei (por. Mt 5–7). Aby dać ludziom lepsze poznanie Boga (por. J 1,18), Jezus w całym swym nauczaniu radykalnie prostował rozumienie pojęć, jakimi Żydzi posługiwali się w swojej teologii. Jednym z przykładów tego było zrozumienie, co rzeczywiście jest Bożym błogosławieństwem. Dla Żydów były nim: powodzenie materialne (sukces i osobiste bogactwo) oraz powodzenie cielesne (zdrowie i duża liczba potomstwa). Nie jest to zaskakujący sposób myślenia, gdyż wynikał on z literalnie odczytywanych warunków Starego Przymierza, które zawierało cały system materialnych zachęt lub kar. Jednak system ten był przewidziany przez Najwyższego jako pewna przejściowa koncepcja wychowawcza mająca doprowadzić naród do zrozumienia, iż człowiek sam z siebie nie jest w stanie sięgnąć świętości Boga i – aby wejść z Nim w osobistą relację – potrzebuje zdać się całkowicie na posłuszne pełnienie woli Najwyższego, czego doskonałość zostanie objawiona w Mesjaszu (tzn. w Chrystusie) – por. Ga 3,24. Z racji swego charakteru przymierze to (Stare Przymierze, Prawo Mojżeszowe) było jedynie cieniem rzeczywistości Bożego Królestwa (por. Hbr 10,1).

Jezus podczas swej ziemskiej służby wyjaśniał i prostował wiele kwestii rozumianych przez ludzi opacznie. Wyjaśniał, że zewnętrzny dobrobyt i osobiste powodzenie (w tym fizyczne zdrowie) wcale nie są znakami Bożego błogosławieństwa, a już na pewno w żadnym razie nie są jakimkolwiek potwierdzeniem posiadania „biletu do nieba”. Gdyby tak było, to Wall Street, Hollywood oraz londyńskie City byłyby dzisiaj centrami Bożego błogosławieństwa w tym świecie, a ich przedstawiciele gorącymi wyznawcami Chrystusa. A przecież jak jest, każdy wie. Owoc życia ludzi funkcjonujących w tych strukturach (por. Mt 7,16-19 w powiązaniu z J 13,35 oraz 1 Kor 13,1-8 i Ga 5,22-23) pokazuje, czyje „błogosławieństwo” na nich spoczywa. Każdy przytomny człowiek powinien w końcu zrozumieć i przyjąć, że Boże działanie jest w sposób zasadniczy skierowane ku wnętrzu człowieka, a celem tego działania jest oczyszczenie ludzkich serc z grzechu oraz poprowadzenie ludzi do takiej przemiany ich charakterów, by z dnia na dzień coraz lepiej odzwierciedlały charakter Chrystusa (por. Kol 1,27; Ga 5,24).

Zatem – od czasów ziemskiej służby Chrystusa – myśl, iż powodzenie materialne świadczy o Bożym błogosławieństwie, jest najzwyczajniejszym duchowym zwodzeniem. Niestety, są grupy chrześcijan, które serdecznie przygarnęły ten materialistyczny pogląd. Przyswoiły go sobie albo przez zaakceptowanie wzorców światowego myślenia, które również utożsamiają bogactwo, zdrowie i powodzenie (sukces) ze szczęściem, albo bezkrytycznie adaptując je ze starej teologii żydowskiej (Stary Testament), tzn. bez zrozumienia, jakie wniósł Chrystus swoim nauczaniem. W tym procederze celują głównie trzy grupy: 1) głosiciele → ewangelii sukcesu, zdrowia i dobrobytu, 2) propagatorzy fałszywego nauczania o → dziesięcinach oraz 3) wyznawcy kalwińskiej tradycji teologicznej, która w materialnym powodzeniu upatruje dowodu Bożego „wybrania”. Tezy tych kaznodziejów bazują na literalnej interpretacji określonego języka przekładu poszczególnych wersetów biblijnych, a nie na hermeneutycznej analizie kontekstowej całego przesłania Biblii. Często mieszają oni pojęcia, wrzucając do jednego worka np. znaczenia różnych słów, jak bios (życie w sensie biologicznym, czyli życie doczesne) czy Dzoe (odwieczne i nieskończone Boże Życie), albo interpretują → Boże wybranie w sposób indywidualistyczny, a nie jako przewidziany przed wiekami plan systemowy (por. Ef 1; 1 Tm 2,3-6). Tymczasem – zgodnie z nauczaniem Jezusa (prowadzonym z duchowej perspektywy) – dobrobyt materialny niezwykle często staje się źródłem duchowej klęski człowieka, niezależnie od tego, jak mocno wierzącym człowiekiem był wcześniej i jak intensywnie obstaje przy tym, że bogacąc się, doświadcza Bożego błogosławieństwa, w czym czuje się dodatkowo wyróżniony (por. Mt 19,22-24; Jk 4,4). Rozwinięcie nauczania Chrystusa z „kazania na wzgórzu”, redefiniujące pojęcie prawdziwej szczęśliwości i błogosławieństwa człowieka, znajdujemy także w Apokalipsie, w której Jezus siedem razy (por. Ap 1,3; Ap 14,13; Ap 16,15; Ap 19,9; Ap 20,6; Ap 22,7; Ap 22,14) podkreślił odmienność Bożego pojęcia makarios od światowego sposobu jego pojmowania.

W myśleniu semickim pojęcie błogosławieństwa było synonimem zbawienia. Jezus definitywnie rozprawił się z takim sposobem pojmowania Bożego działania. Jego troska o najuboższych, w tym o sieroty i kobiety opuszczone (wdowy lub kobiety porzucone bądź oddalone przez mężów), podkreśla zupełnie inny punkt Bożego widzenia. Warto umieścić to we właściwej perspektywie patrzenia na świat i zrozumieć, że osoby zarabiające 2259 zł (i więcej) miesięcznie należą do grupy 13% najbogatszych ludzi na świecie. O takich osobach mówi On jako o bogatych. Dochody 71% żyjących współcześnie na świecie nie przekraczają 1200 zł miesięcznie, a 12,5% ludzkości żyje, dysponując kwotą poniżej 226 zł miesięcznie (dane wg Pew Research Center zaktualizowane na dzień 13 sierpnia 2015 r. wg średniego kursu wymiany dolara w NBP na ten sam dzień). Czy w tej perspektywie należałoby uznać tych wszystkich ludzi za pozbawionych Bożego błogosławieństwa – za tych, od których Bóg się odwrócił? Co w takim razie znaczyłyby słowa Apostoła Pawła z 1 Kor 1,18-29 albo Ga 2,8-10?

Zdarza się, że ludzie pod wpływem tragicznych doświadczeń odstępują od Boga, zarzucając Mu jednocześnie niedotrzymywanie obietnic mówiących o błogosławieństwach, jakie w ich pojęciu miałyby spotykać ich jako Boże dzieci, niezdolność ochronienia ich przed cierpieniem, bierność wobec ich oczekiwań czy brak zainteresowania ich sprawami. Taki sposób myślenia wynika również z błędnego postrzegania kwestii Bożego błogosławieństwa. Ludzie chętnie przyjmują fałszywe nauczanie przedstawiające Boga jako dżina, który istnieje po to, by spełniać ich prośby. Nie widzą wcale, że jest to szatański koncept, który, zasiany w ich umysłach, wywraca do góry nogami relację Bóg – człowiek. Zamiast koncentrować się na swoim służeniu PANU, oczekują, że to On będzie służył im. Jednak Bóg ma zupełnie inną perspektywę. Powodzenie w ziemskiej doczesności nie jest Jego celem ostatecznym. Jego cele na Ziemi to: 

1) znalezienie takiego ludu, który poznając Jego świętość i chwałę, wybierze Go ponad

wszystko i podda się Mu całkowicie, przyjmując również Jego rozwiązanie problemu

grzechu;

2) ukształtowanie charakteru każdego członka wspomnianego ludu na wzór charakteru

Jezusa.

Oba te cele są ściśle związane z Chrystusem, gdyż tylko w Nim człowiek może wejść do Bożego Królestwa (por. J 10,7-9; J 14,6; J 17,3). W tej perspektywie zupełnie inaczej wygląda temat rzekomego niereagowania przez Boga na problemy obecne w życiu wierzących. Jego plan bowiem zakłada zaistnienie trudnych sytuacji, wliczając w to również zagrożenie śmiercią cielesną (por. Hbr 12,4; Ps 116,15), aby – czasami w takich skrajnych warunkach – potwierdzić (sprawdzić) wierność swego ludu, a także by wyszlifować charakter każdego ze swych dzieci (por. Jk 1,2-4; Hbr 12,6-7). W tym kontekście greckie słowo chara użyte przez Jakuba (w tłumaczeniach literalnych oddawane pojęciami „radość” czy „wesele”), będące słowotwórczym składnikiem takich greckich pojęć jak: charagma („znak”, „znamię”) czy charakter („obraz”, „odzwierciedlenie”), jest znakomitym przykładem znaku błogosławieństwa. Współczesny język polski zaadaptował gr. charakter do opisu cech osobowych człowieka. Dlatego przesłanie Jk 1,2-4 ukazujące rolę trudnych doświadczeń w budowaniu wiary i charakteru człowieka powinno być postrzegane jako znak błogosławieństwa, co potwierdza Apostoł Piotr w 1 P 1,6-7; 1 P 2,19; 1 P 3,14; 1 P 4,1 oraz w 1 P 4,12-19.

A skoro sam Jezus wskazał, że dla ludzi przewrotnych, wątpiących i niestałych jedynym znakiem Bożego błogosławieństwa (por. Mt 12,39; Mt 16,4; Łk 11,29-30), wyrażającego Jego miłość i troskę, będzie Jego odkupieńcza śmierć na krzyżu (poprzedzona cierpieniem) – ściśle związana również z Jego zmartwychwstaniem dowodzącym Jego Boskiej mocy oraz prawdziwości wszystkiego, czego nauczał – to również wątpiący wierzący (niezależnie od swoich emocji) powinni uznać właśnie ten znak za fundamentalną, ostateczną i wieczną Dobrą Wiadomość o nigdy nieprzemijającym Bożym błogosławieństwie, jakie w Chrystusie zostało skierowane do każdego człowieka (por. Hbr 13,8). W CHRYSTUSIE bowiem złożone zostały: CAŁE I KOMPLETNE BOŻE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO, cała Boża miłość i cały plan zbawienia ludzkości (por. Ef 1). Poza Nim nie ma żadnego błogosławieństwa, nie ma dostępu do Bożej miłości ani udziału w zbawieniu. W związku z tym błogosławieństwem oczekiwaną przez Boga odpowiedzią ze strony człowieka jest złożenie zaufania w Chrystusie, a ze strony człowieka już wierzącego TRWANIE W ZAUFANIU do Chrystusa, nawet jeśli czasowo nie widzi innego błogosławieństwa. To Boże błogosławieństwo – zgodnie z nauczaniem Jezusa i Jego Apostołów – w doczesności przejawia się w uwalnianiu ludzi od mocy i wpływu grzechu (uświęcenie), a także w obfitowaniu owocem Ducha, którym bez wątpienia jest ofiarna miłość Chrystusowa (por. J 13,35) opisana w 1 Kor 13,4-8 oraz w Ga 5,22-24. Materialna zamożność, doświadczana przez niektórych wierzących, jest raczej związana z zadaniami, jakie Bóg stawia przed takimi osobami w ich wspólnocie wiary – por. 2 Kor 8,14-15, a także dalej w 1 Tm 6,17-19.

Również Jakub w swoim liście (por. Jk 1,10) wyraźnie ukazuje, że w czasie (eonie) łaski (dla Izraela jest to czas Nowego Przymierza) nie należy postrzegać powodzenia materialnego jako Bożego błogosławieństwa, którego charakter, co do zasady, jest duchowy. Wystarczy spojrzeć na najbardziej błogosławionego człowieka w historii, Jezusa Chrystusa, by zrozumieć, że na Ziemi nie miał żadnych zasobów materialnych – wręcz sam siebie ze wszystkiego ogołocił (por. Flp 2,6-7). Jezusa cechowało na Ziemi pełne chodzenie „według Ducha”. Zatem ludzką skłonność do identyfikowania powodzenia materialnego z Bożym błogosławieństwem trzeba widzieć jako spuściznę starej, grzesznej ludzkiej natury (gr. sarks). Towarzyszy ona ludzkości od upadku pierwszych ludzi. I chociaż Bóg w czasach Starego Przymierza stosował wobec Izraela „materialne” zachęty (obok ostrzeżeń, jak w Ha 2,4-5), to metoda pedagogiczna pokazała wyraźnie, że materialne „błogosławieństwa” wcale nie wpływają na poprawę kondycji ludzkich serc ani na ich kierowanie do wzrastania w wierności i zaufaniu do Najwyższego. Z tego to powodu w Eonie Łaski (czasach Nowego Przymierza) Bóg całkowicie zmienił metody postępowania, jednak ludzie są uparci i zasobność materialną oraz powodzenie finansowe nadal postrzegają jako kluczowe wyznaczniki Bożego błogosławieństwa, chociaż przeczy to przesłaniu, które Jezus przyniósł na Ziemię (por. Mt 5–7). W tym kontekście brak duchowego owocu wiary jest wyraźnym sygnałem życia niezgodnego z wolą Bożą, a więc również dowodem braku Bożego błogosławieństwa (por. Mt 7,16-20; Ga 5,22-24).

Koncentracja na materialistycznym postrzeganiu Bożego błogosławieństwa często prowadzi do wzrostu konsumpcjonizmu, czego ślad znajdujemy w Ap 2,6. Jezus wypowiada się tam o nikolaitach, mało znanej dziś sekcie gnostyckiej, która nurzała się w hedonistycznym rozpasaniu życiowym. Sektę tę podobno utworzył Nikolaus (Mikołaj), którym (wg Hipolita) był prozelita z Antiochii, znany z Dz 6,5 jako jeden z siedmiu diakonów posługujących we wspólnocie wierzących w Jerozolimie. Chociaż człowiek ten początkowo cieszył się dobrą opinią i był postrzegany jako pełen duchowej mądrości (por. Dz 6,3), to jednak zbłądził i popadł w przekonanie, że celem ofiary Chrystusa i Bożego w Nim błogosławieństwa było otworzenie ludziom drogi do życia pełnego przyjemności i komfortu już w doczesności. Ireneusz w Przeciw herezjom podaje, że nikolaici prowadzili „życie pełne pobłażania samym sobie”. Z kolei Klemens Aleksandryjski określał ich jako tych, którzy „oddają się hedonistycznym przyjemnościom niczym zwykli lubieżnicy”. Taki sposób myślenia, pomimo początkowego zaufania Jezusowi i wielkiego Mu oddania, doprowadził Mikołaja i jego następców do zdryfowania na manowce wiary i w konsekwencji do odłączenia się od Chrystusa. Nikolaici pojawili się także w Pergamonie (por. Ap 2,15). Ich postawę można lapidarnie określić: „Teraz szczęście, a świętość w Niebiosach”, podczas gdy nauczanie Jezusa i Jego Apostołów mówi: „Teraz świętość, a szczęście w Niebiosach”.

W analizie tematu błogosławieństwa na uwagę zasługuje również werset Hbr 7,7, który wyraźnie mówi, że: „Bez żadnej zaś wątpliwości ten, który udziela błogosławieństwa, jest wyższy rangą od tego, który je otrzymuje”. Z uwagi na to w całym przekładzie NPD nie ma frazy mówiącej o „błogosławieniu Boga” przez ludzi. Z uwagi na Hbr 7,7 takie przekłady należy uważać za wadliwe. Niestety, tego rodzaju sformułowania są mocno rozpowszechnione w popularnych tłumaczeniach tekstów, takich jak: Rdz 24,27; 1 Sm 25,23; Ps 31,22; Ps 34,2; Dn 3,52-90; 2 Kor 1,3; Ef 1,3, 1 Tm 6,15, 1 P 1,3, i w wielu, wielu innych. Stąd przenikają do języka kościelnego oraz pieśni uwielbieniowych. Błędy przekładowe biorą się nie tylko z braku analizy hermeneutycznej, ale również z uproszczonego korzystania ze słowników przez tłumaczy. Dla przykładu czasownik hebr. barak w pierwszym znaczeniu podawanym w słownikach brzmi „błogosławić”, a dopiero w drugim „wielbić”, także „wielbić na kolanach”. Pierwsze znaczenie odnosi się oczywiście do działania Boga wobec ludzi albo do działań osób postawionych wyżej wobec tych, którzy w społeczności stali niżej (np. Melchizedek błogosławiący Abrahama). Drugie znaczenie „wielbić” powinno być stosowane w sytuacji przeciwnej – gdy mowa jest o działaniu człowieka w kierunku Boga. Stworzenie nie może bowiem błogosławić Stwórcy, ale może Go wielbić – w szczególności wielbić na kolanach.

Boża miłość

Boża cecha charakteru opisywana jako „miłość” (gr. agape) nie ma nic wspólnego ze stanem ckliwego i romantycznego rozrzewnienia emocjonalnego. Greckie słowo agape nie niesie w sobie żadnego kontekstu emocjonalnego. Jest ono ściśle związane z działaniem na skutek podjętej świadomie decyzji. Zgodnie z biblijnym świadectwem Boża miłość jest postawą świadczenia dobra również tym, którzy na to dobro wcale nie zasługują. Widać to znakomicie w relacji Bóg – człowiek. Ludzie w niczym nie zasłużyli sobie na umiłowanie przez Boga, lecz On sam podjął decyzję, żeby wyświadczyć im dobro, czyli okazać swoją miłość przez działanie zbawcze.

Wbrew popularnym nauczaniom o Bożej miłości Biblia nie daje podstaw do stwierdzenia, że Bóg miłuje każdego człowieka. Pogląd ten jest tak samo fałszywy jak pomysł, iż wszyscy ludzie są dziećmi Bożymi[1]. Wiekuisty daje każdemu człowiekowi okazję poznania prawdy, ponieważ pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni (por. 1 Tm 2,4). Jednak miłuje tylko tych, którzy składając w Chrystusie całą swą nadzieję i zaufanie, wyraźnie potwierdzają, że jest On wiarygodny (por. J 3,33). Najwyższy bowiem tylko w jeden sposób i jeden raz okazał światu swoje zmiłowanie – przez wydanie na śmierć swego Jedynego Prawowitego Syna (por. J 3,16). Niestety, wielu teologów i duszpasterzy nie trzyma się treści przekazu biblijnego. Łatwo wchodzą w nauczanie naszpikowane różnego typu socjotechnikami pobudzającymi ludzkie uczucia i na tak ukształtowanym gruncie emocjonalnym budują obraz Boga, który po całym świecie wręcz ściga ludzi swoją rozbuchaną miłością. Kolejnym ich krokiem jest zaprzestanie nauczania o Sądzie Bożym i potępieniu, które czeka każdego, kto nie narodzi się z Bożego Ducha i nie wytrwa w Chrystusie, przechodząc w doczesności przez proces uświęcenia (por. Hbr 12,14). Tę manipulację widać szczególnie w przekładach oraz interpretacjach wersetu J 3,16. Więcej w haśle → J 3,16 – Aspekty tłumaczeniowe i teologiczne.

Aby zrozumieć problem, jaki wiąże się z popularnymi tłumaczeniami wersetu J 3,16, trzeba m.in. uświadomić sobie, że w Biblii słowo „świat” nie jest tożsame ze środowiskiem przyrodniczym (naturą) otaczającym człowieka. To środowisko w języku biblijnym nazywa się „stworzenie”, ponieważ jest dziełem Stwórcy. Gdy w Biblii mowa jest o świecie, chodzi o sposób myślenia, pewnego rodzaju ideologię zła, jakie dominuje w doczesności. Ludzie kłamią i oszukują, zabijają, niszczą innych, są przesiąknięci pychą. Żądza władzy i panowania nad innymi popycha ich do najokrutniejszych zbrodni, a chciwość sprawia, że dopuszczają się najohydniejszych występków. Pornografia swoim wpływem obejmuje coraz to większe środowiska (nawet kościelne). Jednocześnie w ludzkich sercach brak jest gniewu jako właściwej reakcji na grzech, a to jest przesłanką do stwierdzenia, że nie ma w nich prawdziwej Bożej miłości. Bóg w taki bowiem sposób reaguje na grzech. Widać to wyraźnie w postawie Jezusa. Prawdziwa miłość do Ojca wzniecała w Nim sprawiedliwy gniew przeciwko religijnym handlarzom czyniącym ze świątyni miejsce ekonomicznego rozboju. Jego gniew wybuchał gwałtownie przeciwko faryzeuszom, uczonym w Piśmie i specjalistom od Prawa Mojżeszowego, którzy nie tylko fałszowali przesłanie Bożego Słowa, lecz także nakładali na lud obciążenia, których Najwyższy nigdy nie zamierzył (por. Mk 12,38-40). Hipokryzja religijnych przywódców i nauczycieli narodu polegała na żerowaniu na naiwności ludu oraz jego braku znajomości Bożego Słowa (w tym również Bożego Prawa), którego oni właśnie mieli ten lud nauczać. Liderzy religijni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że to z powodu ich zaniedbań lud, któremu przewodzą, zmierza ku potępieniu (por. J 7,49). Jednak zamiast nauczać o prawdziwym Bogu i Jego charakterze, zamiast nauczać Jego Słowa, wykorzystywali lud i jego nieznajomość charakteru Boga oraz Jego woli do własnych celów. Powierzoną ich pieczy społeczność wyzyskiwali finansowo, dostosowując do tego procederu własne interpretacje Bożego Słowa i wprowadzając nauczanie własnych przepisów religijnych, które nie tylko nie odzwierciedlały Bożych prawd, lecz nawet im przeczyły. Przykład Jezusa pokazuje, że prawdziwej Bożej miłości musi towarzyszyć także „święty gniew” skierowany przeciwko grzechowi. „Święty gniew” jest drugą stroną medalu zwanego „Boża miłość”. Upewnia nas o tym sam Chrystus, który jest najdoskonalszym uosobieniem Bożej miłości i najpełniejszym jej wyrazem. To o Nim świadczy Słowo, że pierwszy raz przyszedł ratować to, co zginęło (miłość) – por. Łk 19,10; J 12,47 – jednak drugi raz przyjdzie w Dniu Pomsty (Dniu Bożej odpłaty), aby wszystko osądzić, ujawniając sprawiedliwy gniew Boga – por. J 5,22; Rz 2,8; Rz 2,16; Kol 3,5-6; 2 Tm 4,1; Jud 15; Ap 15,1.

Świat (współczesna kultura) używa jednego słowa: „miłość”, do zunifikowanego opisu pięciu różnych zachowań i sytuacji, które w języku greckim mają różne określenia. Jest to niewątpliwie wyraźny znak zwodzenia świadczący o wzmożonej duchowej walce, w celu spłycenia i zmanipulowania Bożego przekazu o ratunku w Chrystusie. Świat całą swoją mocą pracuje nad tym, aby zafałszować przekaz Bożego Słowa i ugruntowywać w społecznym myśleniu jego złe zrozumienie. To, co w języku greckim bywa opisywane pięcioma różnymi słowami: epithymia, eros, storge, filia, agape, świat często opisuje jednym słowem „miłość”.

Jak wspomniano już wyżej, postawa Boga wobec ludzi jest w NT zasadniczo opisywana słowem agape (czas. agapao). Niesie ono w sobie opis postawy ofiarnej Bożej miłości polegającej na bezinteresownym świadczeniu dobra innym, także wtedy gdy obdarowani na takie dobro wcale nie zasługują. Słowo to nie ma w sobie żadnego zabarwienia emocjonalnego, lecz wyraża osobistą decyzję działania wypływającą z wolnej woli tego, kto decyduje się na wyświadczenie dobra. W grece antycznej znaczenie tego słowa dość długo ewoluowało, aby w koine (język NT) osiągnąć przedstawiony wyżej sens.

Agape pojawia się w NT prawie 120 razy, a agapao ponad 130 razy. Warto powtórzyć, że w rozumieniu NT agape nie wyraża emocji, nie jest sentymentalizmem, lecz opisuje postawę świadomego wyboru i ofiarnego działania. Jest to działanie pomimo, czyli chodzi o wyświadczanie komuś dobra, nawet gdy dana osoba na to dobro wcale nie zasługuje. Agape ukazuje więc cechę charakteru tego, kto w ofiarny sposób wyświadcza drugiemu dobro, a nie wartość osoby obdarzanej dobrem. To, że ktoś doświadcza miłości agape, wcale nie świadczy o tym, że zasługuje na tę miłość lub że jest wspaniały w oczach osoby obdarzającej go dobrem. Agape to postępowanie wynikające z wyboru dobra jako podstawowej wartości działania. W postawie agape emocje są bez znaczenia. Mogą być oczywiście wsparciem, lecz najczęściej są przeszkodą, którą trzeba pokonać. Jeśli wpływają na działanie, wówczas nie jest to postawa typu agape, lecz jakaś inna relacja (np. filia czy storge).

Bóg, którego cechą charakteru jest postawa ofiarnej miłości, oczekuje również takiej postawy od swych duchowych dzieci. Obecność postawy ofiarnej miłości w życiu wierzących jest jak duchowy kod genetyczny DNA Bożego Życia. To jej obecność w życiu człowieka jest najmocniejszym dowodem tego, iż dana osoba jest zanurzona w Ducha Bożego, czyli w Ducha Chrystusa (patrz też Ga 5,22-23). Ofiarna postawa Bożej miłości jest najważniejszym ZNAKIEM Bożego DNA, po którym można poznać, kto rzeczywiście jest uczniem Jezusa (por. J 13,35). Drugim znakiem jest owoc życia danego człowieka (por. Mt 7,16-20 i Ga 5,22-23).

W tym zestawieniu posiadanie darów duchowych nie jest żadnym świadectwem Bożego duchowego DNA, a jedynie wyrazem „technicznego” obdarowania dla budowania wspólnoty Bożego ludu. Wiadomo bowiem, że dary duchowe mogą być źle wykorzystywane (np. w celach egoistycznych), mogą nawet stać się przyczyną problemów we wspólnocie. Tymczasem ofiarna Boża miłość nigdy nie stanowi takiego zagrożenia, ponieważ „cechuje [ją] cierpliwość i uprzejmość wobec innych. Kto trwa w ofiarnej postawie Bożej miłości, temu obca jest zawiść. Taki człowiek nie puszy się, nie wynosi nad innych, nie zachowuje się po chamsku, nie jest samolubny ani złośliwy, nie rozpamiętuje swoich krzywd i nie czerpie satysfakcji z niesprawiedliwości, lecz zawsze współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, nigdy nie traci ufności ani nadziei, gdyż – trwając w postawie ofiarnej Bożej miłości – potrafi wszystko przetrwać. I pamiętajcie: ofiarna Boża miłość nigdy się nie poddaje – ona nigdy nie ustaje!” (1 Kor 13,4b-8a NPD).

W Liście do Galatów Apostoł Paweł ujął to jeszcze w inny sposób. Stwierdził tam, że ZNAKIEM Bożego DNA jest „postawa ofiarnej Bożej miłości, którą cechuje prawdziwa radość, pokój, wielkoduszność, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność i powściągliwość. Jeśli tak postępujemy, to Prawo Boże nie ma wobec nas zastosowania. Dlatego tak łatwo jest rozpoznać tych, którzy należą do Chrystusa. Oni bowiem – wzorem Jezusa – ukrzyżowali swoją starą naturę wraz z jej namiętnościami i pożądaniami” (Ga 5,22b-24 NPD). Taki owoc życia według ducha poddanego Bożemu Duchowi przynosi Niebiańskiemu Ojcu chwałę (por. J 15,8).

Chociaż główny przekaz mówiący o ofiarnej Bożej miłości objawionej ludziom W CHRYSTUSIE jest w NT realizowany za pomocą rzeczownika agape oraz czasownika agapao, to oczywiście rozumiemy, że Bóg stworzył również eros, storge oraz filia. W całej Biblii możemy zauważyć, iż Bóg swój związek z ludem, który w Nim składa zaufanie i wiąże się z Nim przymierzem, porównuje do relacji małżeńskiej. Taką relację Bóg wzbogaca poprzez nasycenie jej filia, storge i ginosko (odpowiednik eros). Odstąpienie ludu od osobistej z Nim relacji nazywa zdradą, cudzołóstwem, ohydą i hańbą. W szerokim znaczeniu na opisanie tego typu zachowań Biblia w ST stosuje słowo hebr. zanah, a w NT i w Septuagincie gr. porneia. Relacja Boga z Izraelem, który był pierwociną Ludu Bożego, została opisana np. w Księdze Ozeasza jako małżeństwo proroka z prostytutką. Z kolei relacja Boga z ludem wiary – tzn. zapowiedzianym i obiecanym Abrahamowi Ludem Bożym – ukazana jest (np. w Mt 25,1-13, Ef 5,21-33 czy Ap 21,2-9) jako związek Oblubieńca i Oblubienicy. Widzimy zatem, że osobiste doświadczenie (poznanie) Boga i doświadczenie Jego agape, storge i fileo są dostępne tylko dla tego człowieka, który zaufał Bogu, który jest z Nim w relacji Oblubieniec – Oblubienica. Dla ludzi, którzy nie ufają Bogu, relacja osobistego związku z Bogiem nie jest w ogóle dostępna. Oni pozostają w relacji osobistej odpowiedzialności za odrzucenie Bożej propozycji zawarcia uniewinniającego ich (wykupującego) małżeństwa. Brak decyzji wejścia w taki związek jest de facto odrzuceniem samego Boga. Ludzie, którzy to czynią, w ramach konsekwencji własnego wyboru staną kiedyś w obliczu Najwyższego Sędziego, który zgodnie z Bożym Prawem dokona Sądu. Karą za najmniejszy grzech (choćby tylko jeden i popełniony raz, nawet jedynie w myślach) lub choćby tylko jedno zaniechanie dobra będzie wieczna Śmierć, czyli nigdy niekończące się potępienie. Będzie to wieczna egzystencja w oddaleniu od Boga, w środowisku obrazowo opisanym przez Apostoła Jana jako „ogniste jezioro płonącej siarki” razem z szatanem i jego aniołami (demonami), w bólu i cierpieniu, bez żadnej nadziei i szansy na jakąkolwiek zmianę w przyszłości.

Najwyższy nie pozostawia żadnej wątpliwości. W trzecim rozdziale Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie w relacji Jana wyraźnie pokazuje, że jest tylko jedna droga do wejścia w osobisty związek (małżeństwo) z Bogiem. Jest nią Jezus Chrystus, w którym Bóg objawił się na Ziemi i dlatego w Nim udostępnił swoje miłosierdzie, swoją łaskawość i swoje przebaczenie. Tylko przez zanurzenie się W CHRYSTUSA i trwanie w Nim człowiek może dostąpić udziału w Bożym dziedzictwie. Życie i trwanie W CHRYSTUSIE musi jednak zawsze mieć swój początek. Tym początkiem jest opamiętanie się (nawrócenie – gr. metanoia), które polega na zasadniczej przemianie myślenia i postępowania. To ono musi poprzedzać złożenie przez człowieka ufności w Chrystusie. Takie wydarzenie jest w Biblii nazywane → Duchowym narodzeniem, → Narodzeniem z Bożego Ducha, → Nowym narodzeniem, → Powtórnym narodzeniem.

Odpowiednikiem słowa gr. agape jest w języku hebrajskim ahb, które czyta się: ahaw. W manuskryptach świętych pism hebrajskich składa się ono z trzech liter: AHB. Znaczenie pierwszej aleph (A) jest identyfikowane ze słowem „wódz”, „przywódca”, „pierwszy”. Znaczenie ostatniej litery bet (B) to „dom”. Gdyby nie było litery środkowej, to te dwie litery zestawione razem tworzyłyby słowo AB oznaczające „ojciec” (abba to jego rozwinięta forma). Jednak pomiędzy literami A i B znajduje się litera heh (H), która w języku hebrajskim symbolizuje Bożego Ducha w Jego delikatnym, ożywczym tchnieniu. Ta niezwykła litera występuje aż dwa razy w tetragramie JHWH. Widać z tego, jak wielkie znaczenie i jak ważny kontekst słowu agape dodaje jego hebrajski odpowiednik ahaw.

Jednym z największych problemów we współczesnym chrześcijaństwie (obok fałszywego nauczania o roli i działaniu → Ducha Świętego Boga) jest emocjonalizowanie kwestii Bożej miłości. Na bazie sformułowania „Bóg cię kocha” są budowane całe konstrukty teologiczne. Niestety, zwykle profilują one Boga jednostronnie i nie uwzględniają innych Jego cech (jak np. świętość czy sprawiedliwość), przez co stwarzają Jego obraz nieoddający prawdy nauczania NT.

Patrz też → Miłość.


[1] Biblia wyraźnie zaświadcza, że wszyscy ludzie są Bożymi stworzeniami, które od czasu wejścia grzechu do świata żyją w buncie wobec Najwyższego. Dlatego nazywani są „synami buntu” lub „dziećmi przekleństwa” (por. Ef 2,2; Kol 3,6; 2 P 2,14). Dziećmi Bożymi są tylko ci, którzy narodzili się duchowo (por. Rz 9,8). Dużo o tym mówi Pierwszy list Jana. Więcej w haśle → Dziecięctwo Boże.

Boża sprawiedliwość

Sprawiedliwość jest działaniem polegającym na sprawianiu (wprowadzaniu w życie) prawości. Biblia wielokrotnie mówi o tym, że tylko Bóg jest sprawiedliwy (por. Wj 9,27; Pwt 32,4; 2 Krn 12,6; Ne 9,33; Ps 7,10; Ps 9,5; Ps 116,5; Ps 119,137; J 17,25; Rz 3,26; Ap 16,5), co związane jest również z Jego funkcją Najwyższego Sędziego (por. Ps 9,5; Ps 7,12; Ml 2,17). To On określa, co jest sprawiedliwe, a co nie. Wynika to z Jego charakteru i działania. Świat często próbuje postawić koncepcję sprawiedliwości ponad Bogiem, jakby idea sprawiedliwości była czymś większym niż sam Bóg. System wartości świata próbuje ignorować wyłączność kompetencji Boga do decydowania o tym, co jest sprawiedliwe, a co nie. Tymczasem to punkt widzenia Najwyższego jest punktem odniesienia do właściwego zrozumienia, czym jest sprawiedliwość, gdyż tylko Bóg definiuje ją w sposób absolutny. Ludzka sprawiedliwość – niezależnie od ustroju społecznego – reprezentuje jedynie ludzkie wyobrażenia, a przeważnie jest odzwierciedleniem interesów grup społecznych czy politycznych mających wpływ na legislację. To właśnie te grupy lub jednostki próbują na nowo definiować pojęcie „sprawiedliwość” oraz wpływać na społeczne kształtowanie moralnego jej zrozumienia. Takie podejście do sprawiedliwości stwarza wrażenie, że ona sama w sobie jest wartością absolutną. Szczególnie widać to w społeczeństwach o tzw. ustroju demokratycznym[1], które w swej pysze sądzą, że nawet Bóg musi się im podporządkować. Nic bardziej mylnego. Taki sposób myślenia jest zwykłym bałwochwalstwem!

Podejmowanie prób wyznaczania innych standardów sprawiedliwości niż Boskie (niezależnie od tego, czy są czynione przez władzę świecką, czy kościelną) jest w perspektywie eschatologicznej z góry skazane na porażkę, gdyż żaden człowiek nie jest prawdziwie sprawiedliwy (por. Koh 7,20; Rz 3,10), a każda niesprawiedliwość wzbudza Boży gniew i separuje człowieka od Boga (por. Łk 13,27). Bóg nienawidzi nie tylko grzechu, lecz także ludzi go popełniających. Pogląd ten nie jest popularny w kręgach współczesnej psychologii[2], ale prawdziwy w świetle przekazu biblijnego (por. Ps 5,5-6; Mt 7,23; Ap 21,8; Ap 22,15).

Celem → Bożego Prawa, które przez Mojżesza zostało nadane Izraelitom, było ukazanie Bożej świętości i sprawiedliwości, które de facto nie są osiągalne dla jakiegokolwiek człowieka. Dlatego celem tego Prawa nigdy nie było doprowadzenie Hebrajczyków do zbawienia, ale do zrozumienia, jak bardzo potrzebują tego zbawienia z rąk Najwyższego (por. Ga 3,10-12 oraz Ga 3,19-24). To zbawienie (czyli uwolnienie od mocy, wpływów, konsekwencji oraz obecności grzechu) istnieje tylko w Chrystusie (por. Rz 3,21-24). Tylko w Nim człowiek może dostąpić → nadania Bożego statusu sprawiedliwości, co jest tożsame z otrzymaniem tytułu „sprawiedliwy” i oznacza uznanie kogoś za godnego relacji z Bogiem. Dla żadnego człowieka w żadnych czasach nie było i nie jest to możliwe poza Chrystusem. Bóg jest na to zbyt święty. Dlatego Bóg osobiście, w osobie Jezusa z Nazaretu, dokonał dzieła odkupienia ludzi z grzechu i dlatego w Chrystusie (i tylko w Nim) mogą oni otrzymać godność sprawiedliwych (por. Rz 1,16-17; Rz 3,21-22; Rz 5,21; Ef 4,24; Flp 3,9) jedynie przez zanurzenie się i trwanie w Jego sprawiedliwości (sprawiedliwość nadana).

Plan zbawienia (opisany w Ef 1), czyli doprowadzenia ludzkości do standardu Bożej sprawiedliwości, wymagał ustanowienia wiekuistej ofiary za grzech ludzkości, którą na sobie miał ponieść Boży Baranek – Mesjasz, jedyny prawdziwie Sprawiedliwy. Dlatego wierzący powinni zabiegać przede wszystkim o to, by w obecnym życiu „nasiąkać” Jego charakterem (por. 1 Kor 1,30). W Dniu Ostatecznym każdy człowiek zostanie osądzony według swej postawy wobec Chrystusa – tzn. czy zgodnie z Dobrą Wiadomością o ratunku w Chrystusie poddał się Chrystusowi, zanurzył się w Jego Ducha i wytrwał w Jego Słowie. Tego dnia nie będzie chodziło o ustalenie poziomu wiedzy biblijnej ani przekonań filozoficzno-teologicznych danej osoby, ale o to, czy jej postawa serca i zaufanie do Bożego Słowa wyrażały się osobistym posłuszeństwem Jezusowi Chrystusowi, który nie tylko jest wcielonym Bożym Słowem, ale też Tym, który na przestrzeni wieków objawiał się jako Bóg JESTEM (por. Dz 7 ze szczególnym naciskiem na Dz 7,52-53 oraz Wj 3,14). Jezus podkreślał bardzo mocno, że w Dniu Sądu kluczowe znaczenie będzie miało to, jak ktoś odnosił się do Jego Słowa (por. J 12,48; Ap 19,11-16).

Prawdziwe przyjęcie łaski i tytułu sprawiedliwości w Chrystusie skutkuje zawsze duchowym owocem (zmianą stylu życia – por. 1 J 1,5-2,11 oraz 1 J 2,28-3,24). Trudno mówić o prawdziwym nawróceniu, jeśli w człowieku nie ma owocu nawrócenia. Kluczową sprawą w opamiętaniu się jest „śmierć dla grzechu” (por. Rz 6,1-7), a więc zerwanie z grzechem, wypowiedzenie mu posłuszeństwa. Konsekwencją uznania człowieka za sprawiedliwego w Chrystusie jest uwolnienie go spod przemożnego panowania grzechu. Zatem żaden chrześcijanin nie musi już więcej grzeszyć (chociaż pokusy nigdy nie ustają). Nie ma takiej mocy, która mogłaby go zmusić do grzechu. A jeśli zdarzy mu się upaść i zgrzeszyć, jest to wyłącznie wyraz jego słabości w wierze, za co powinien szczerze przeprosić PANA i przejść proces ponownego zgodzenia się z Bogiem (gr. homologeo – por. 1 J 1,5-9) w sprawie grzechu, aby mógł dalej bez przeszkód wzrastać w uświęceniu (tzn. w procesie uwalniania się od wpływów grzechu).

Sprawiedliwość Boga w czasach ST objawiała się wymierzaniem kar za złe postępki. Jednak i wtedy Najwyższy okazywał swoje miłosierdzie oraz przychylność wobec skruszonych grzeszników. W czasach nam obecnych, gdy żyjemy w Eonie Łaski, który jest swoistym czasem moratorium na wykonanie sprawiedliwości, nie zawsze jest łatwo dostrzec tę cechę Bożego charakteru. Bóg podjął bowiem decyzję o powstrzymaniu wykonywania swej sprawiedliwości aż do Dnia Sądu Ostatecznego (Dnia Odpłaty, Dnia Gniewu). Dopiero w tym Dniu Bóg odpłaci wszystkim grzesznikom za ich niegodziwości. Ustanowienie przez Sprawiedliwego Boga Eonu Łaski jest czasem szansy danej każdemu człowiekowi do uświadomienia sobie własnej grzeszności i opamiętania się. Ma to być również czas głoszenia, że ratunek jest tylko W CHRYSTUSIE, który jest Bożą sprawiedliwością (por. 2 Kor 5,21). Dla wielu osób wielkość Bożej łaskawości, która w obecnym czasie powstrzymuje wykonywanie przez Najwyższego Jego sprawiedliwości, jest nie do ogarnięcia. Gdy w swym życiu stykają się z wielką nieprawością, nieopisanym złem, pogromami całych narodów i ludów, zaczyna się im wydawać, że nie ma Boga, bo gdyby był, toby „przecież nie dopuścił do czegoś takiego”. Ich wątpliwości narastają i pogłębiają się, gdy stykają się z bezbrzeżną podłością, nieopisaną chciwością i taką bezwzględnością zdegenerowanych oprawców, która nie występuje nawet wśród dzikich zwierząt. Cierpienie duszy, a niejednokrotnie również straszliwe cierpienia fizyczne związane z doświadczaniem najwymyślniejszych tortur sprawiają, że nadzieja opuszcza ich serca, a umysły odrzucają myśl o sprawiedliwym Bogu, który dysponuje wszechpotężną i niczym nieograniczoną władzą nad całym stworzeniem. Tylko nielicznym udaje się zachować w sercach niewzruszone przekonanie, że ich cierpienie będzie kiedyś – w Dniu Sądu Ostatecznego – niezbitym dowodem na to, iż prawda o Bożej łaskawości i sprawiedliwości mocno zakorzeniła się w ich sercach. To właśnie zostanie pokazane innym ludziom jako przykład wiary (zaufania do PANA), na świadectwo potępienia tych, którzy nie zaufali do końca Bożej sprawiedliwości w Chrystusie.



[1] Nazwa „demokracja” pochodzi od złożenia gr. demos (lud) i kratos (władza). Oczywiście zakres demokracji zależał od tego, kto był zdefiniowany jako „lud” oraz jaki był konstrukt sprawowania „władzy”. Z uwagi na elastyczne podstawy definicji swych „fundamentów” demokracja jest systemem niezwykle podatnym na różnego typu manipulacje, co szczególnie skutecznie udaje się tym ośrodkom wpływu, które w swoich rękach trzymają środki komunikacji idei i myśli (media).

[2] Współczesna afirmacyjna psychologia „chrześcijańska” lubi twierdzić, że co prawda Bóg nienawidzi grzechu, ale miłuje grzesznika. Ten podgląd zrodził się jako nadinterpretacja tego, czym jest Boża miłość i jak się ona objawia. Biblia jednak wyraźnie mówi, że Bóg nie chce mieć nic do czynienia z grzesznikami i dlatego wzywa cały świat do opamiętania się i przyjęcia Jego sprawiedliwości w Chrystusie → J 3,16 – Aspekty tłumaczeniowe i teologiczne.

Boża suwerenność

Boża suwerenność jest jednym z atrybutów (cech charakteru) Boga. Bóg jest Bytem niezależnym i samowystarczalnym. Istnieje w postaci duchowej (por. J 4,24), co znaczy, że dla ludzi jest niewidzialny i niepojęty. Z tego względu opisanie Go nie byłoby możliwe, gdyby On sam nie zechciał objawić cech swojego charakteru. Jednak Bóg zechciał to uczynić i przez wieki czynił to progresywnie przez:

 

    1.  Dzieło stworzenia, którego dokonał swym Słowem (por. Rz 1,19-20);

    2.  Spisane Słowo (Słowo Boże, Biblia, Pismo św.) – por. 2 Tm 3,16;

    3.  Wcielone Słowo w Postaci Jezusa Chrystusa, Syna, w którym Bóg ogołocił samego siebie i stał się widzialny w ludzkiej postaci (por. J 1,1-3; J 1,14; Flp 2,6-11; Kol 1,15-20; Hbr 1,1-2).

Dzieło stworzenia widzialnego świata – przez swój ogrom i harmonię – ujawnia wielkość, wieczność, mądrość i potęgę Boga. Jeżeli ktoś przyjmuje fakt, że Bóg jest Stwórcą wszystkiego, wynika z tego, iż ma On władzę nad wszystkim, co stworzył, i jest niezależny od istot oraz rzeczy przez siebie stworzonych. Również może uczynić ze swoim stworzeniem, cokolwiek chce. To bowiem jest istotą suwerenności.

Pismo święte mówi, że Bóg nie tylko stworzył świat widzialny, ale także niewidzialny. Oba te światy są obdarzone możliwością działania i wzajemnego wpływu. Istnieją w nich byty zniszczalne i niezniszczalne. Cheruby, serafiny, aniołowie są przykładami bytów niezniszczalnych. Człowiek w postaci materialnej jest zniszczalny, ale w części niematerialnej (duch, dusza) jest również niezniszczalny. Bóg, stwarzając byty niezniszczalne, w pewnym zakresie dokonał samoograniczenia zakresu swych przyszłych działań, z góry podejmując decyzję, iż nigdy nie dokona ich pełnego unicestwienia. Dlatego kara za grzech tych istot (aniołów czy człowieka) jest wieczna. Jednak z drugiej strony zbawienie także zawiera w sobie element wieczności przez to, że Bóg dopuszcza osoby, które wytrwają w Jego planie zbawienia, do swego odwiecznego i nieskończonego Życia. Apostoł Paweł napisał: „Bóg bowiem nigdy nie postępuje tak, by miał żałować swych decyzji, niezależnie od tego, czy udziela komuś daru, czy też wyznacza kogoś do realizacji jakiegoś zadania” (Rz 11,29 NPD). Pokazuje to, że Bóg w swym niezrównanym charakterze podejmuje decyzje z nadzwyczajną mądrością, tak iż Jego samoograniczenie przyszłej decyzyjności nie ogranicza Jego suwerenności. Nie każda decyzja Boga ma nieodwołalny charakter. Bardzo wiele decyzji powziętych przez Niego jest warunkowych – uzależnionych od działań człowieka. Znakomity przykład znajdujemy w Księdze Powtórzonego Prawa. Cały rozdział 28 tej księgi jest opisem Przymierza zawartego przez Boga z Izraelem. Pierwsze 14 wersetów mówi o błogosławieństwach, jakie staną się udziałem Izraela, jeśli będzie on posłuszny Słowu (Głosowi) PANA. Kolejne 45 wersetów omawia kary (przekleństwa), jakie będą udziałem ludu, jeśli przestanie być posłuszny Słowu (Głosowi) PANA. Spójrzmy na wybrane:

 

Jeżeli będziesz słuchał głosu PANA, twojego Boga, stosując się do wszystkich Jego przykazań, które On przeze mnie ci dzisiaj daje, wtedy PAN – twój Bóg – wyniesie cię wysoko, ponad wszystkie ludy zamieszkujące ziemię, którą On ci daje. Jeżeli będziesz posłuszny temu, co mówi PAN – twój Bóg – spłyną na ciebie błogosławieństwa. Będzie ci się powodziło w mieście i na polu. Powodzenie będzie towarzyszyło twojemu potomstwu, plonom twojej ziemi i twojemu bydłu. Będzie się ono mnożyć obficie – wszystkie twe zwierzęta włącznie z owcami. Pełny będzie twój kosz i twoja misa. Będziesz bezpieczny, przychodząc i wychodząc. Gdy twoi wrogowie ruszą przeciw tobie, PAN sprawi, że na twoich oczach zostaną pobici. I choć jedną drogą wyruszyli, aby z tobą walczyć, siedmioma będą przed tobą uciekać. PAN – twój Bóg – rozkaże, aby bogactwo i spełnienie było w twoich spichlerzach i w każdym twoim działaniu. On także pobłogosławi ci w ziemi, którą ci daje. (Pwt 28,1-8 NPD)

 

A jeśli nie usłuchasz głosu PANA – twojego Boga – i nie będziesz stosować się do wszystkich Jego przykazań i przepisów, które On przeze mnie ci dzisiaj daje, wówczas spadną na ciebie następujące przekleństwa i dosięgną cię niechybnie. Będziesz przeklęty w mieście i na polu. Przeklęty będzie twój kosz do zbioru plonów i misa do wyrobu ciasta. Przeklęte będzie twoje potomstwo, przeklęte będą plony twojej ziemi i bydło: wszystkie nowo narodzone zwierzęta i cały przychówek twoich owiec. Będziesz przeklęty, przychodząc do domu i z niego wychodząc. PAN rzuci na ciebie przekleństwo, zamieszanie i niepowodzenie w każdym działaniu, którego się podejmiesz, aż zostaniesz zmiażdżony i zginiesz z powodu złego postępowania, którym pokazałeś, że odstąpiłeś od Niego. PAN sprawi, że w ziemi, do której idziesz, by wziąć ją w posiadanie, przylgnie do ciebie zaraza, która cię wytraci. PAN dotknie cię wycieńczeniem, gorączką, zapaleniem, poparzeniem, mieczem, zwarzeniem mleka i pleśnią zbóż. Będą one cię prześladowały, aż zginiesz. Niebo nad twoją głową będzie zamknięte. Nie doświadczysz ani słońca, ani deszczu, a ziemia pod twymi nogami nie wyda żadnego plonu. PAN sprawi, że na twoją ziemię spadnie tuman kurzu i pyłu, który doprowadzi cię do wyniszczenia. (Pwt 28,15-24 NPD)

 

Zatem, w zależności od postępowania Izraelitów, mogło dokonać się jedno albo drugie. Wniosek generalny, jaki z tego wypływa, jest taki, że zarówno byty duchowe, jak i ludzie zostali obdarowani przez Boga, zgodnie z Jego suwerenną decyzją, rozmaitymi możliwościami wyboru i podejmowania własnych decyzji. Z Pisma św. wiemy, że spora część aniołów zbuntowała się. Zgrzeszył również człowiek. Fakt, że Bóg stworzył istoty zdolne do moralnych wyborów, oznacza, że On przez samoograniczenie swej suwerenności pokazał, iż nie jest tyranem czy autokratą, pozostawił bowiem swemu stworzeniu istotny zakres wolności. Czy to oznacza, że Bóg abdykował ze sprawowania władzy nad światem? Absolutnie nie! On nadal ma nad nim kontrolę i nieustannie działa w świecie, jednak czyni to z poszanowaniem własnych, wcześniej podjętych decyzji. Zagwarantowanie stworzeniu znacznego zakresu wolności oczywiście nie wyklucza konsekwencji, z jakimi to stworzenie musi się liczyć i zmierzyć, gdy odwraca się od Stwórcy. Każda prawdziwa wolność generuje bowiem prawdziwą odpowiedzialność. Tylko bezrozumne istoty mogą przypuszczać, że istnieje coś takiego jak wolność (lub swawola) bez odpowiedzialności.

Obok nieodwołalnych decyzji suwerennego Boga istnieją jednak również Jego decyzje odwoływalne. W takich wypadkach człowiek może, poprzez pokorną modlitwę wiary, prosić o zmianę zaistniałej sytuacji. Korzystając z tego, Mojżesz w swojej niezwykłej modlitwie wstawienniczej ubłagał Boga, by Najwyższy nie unicestwił Izraela, co wcześniej postanowił dokonać. Bóg powiedział bowiem do Mojżesza: „Widzę, że jest to lud o twardym karku. Odstąp ode mnie, gdyż mój gniew rozpalił się przeciwko nim. Zgładzę ich, a z ciebie wyprowadzę inny wielki naród” (Wj 32,9b-10 NPD). Ponieważ Bóg jest zawsze prawdomówny, to jest oczywiste, iż decyzja zniszczenia Izraela zapadła. Najwyraźniej jednak w swoim miłosierdziu Bóg zostawił sobie wolność do zmiany tej decyzji i pójścia inną drogą. Nie stałoby się to, gdyby nie modlitwa Mojżesza. To znów prowadzi nas do kolejnego wniosku, że Bóg jest bytem w pełni wolnym, który czyni to, co chce. Jego możliwości wyboru są ogromne i nieograniczone, chociaż On sam korzysta z nich tylko zgodnie ze swym charakterem.

Klasycznym pytaniem w tym zakresie jest: „Czy Bóg jako istota święta może popełnić grzech, czy nie może?”. Tak postawione pytanie nie jest logiczne, bo każda prosta odpowiedź prowadziłaby do stwierdzenie ograniczoności Boga. Pierwszy wariant świadczyłby o Jego ograniczoności moralnej, drugi o ograniczoności Jego potęgi. Kłopot z takim pytaniem polega jednak na tym, że ono nie uwzględnia charakteru Boga, który czyni wszystko, co chce, zgodnie ze swym charakterem – i to właśnie jest objawem Jego suwerenności. Bóg nie jest Istotą zdeterminowaną. Dysponuje On nieograniczonymi możliwościami, ale zawsze działa w pełni integralnie, tzn. absolutnie zgodnie ze swym charakterem. A skoro Bóg jest Bytem w pełni wolnym i zawsze zadziała, jak chce, w zgodzie ze swym charakterem, to człowiek, który nie ma ani Jego możliwości, ani Jego charakteru, nie jest w stanie zrozumieć w pełni zależności ciężaru wolności, jaką został obdarowany. Co prawda nie może zrobić wszystkiego (np. nie może stwarzać słowem), ale i tak ma szerokie możliwości wyboru.

Biblia zaświadcza, że człowiek został stworzony na obraz Boga, a zatem ma wolną wolę. Kłopot człowieka jednak jest taki, że nie jest postacią w pełni integralną. Gdy może zgrzeszyć, zbuntować się lub czegoś nie zrealizować, najpewniej to zrobi. To odnosi się również do jego podejścia do pełnienia pełnej mądrości → woli Bożej. To uzmysławia nam, że suwerenność Boga nie determinuje wszystkich wydarzeń w świecie. Gdyby istoty stworzone przez Boga działały jak zaprogramowane roboty, nie istniałaby możliwości zaistnienia osobistego posłuszeństwa albo nieposłuszeństwa człowieka wobec Boga. Nie byłyby też możliwe: wiara i niewiara, miłość i nienawiść, wielbienie Boga zaś byłoby czynnością zupełnie mechaniczną. W Bogu wszystkie Jego cechy (atrybuty) pozostają w idealnej harmonii. Są w pełni i mądrze zintegrowane. Jedynie nam, grzesznym ludziom, trudno wyobrazić sobie, że Bóg może być jednocześnie Święty i Łaskawy, Miłujący i Sprawiedliwy, Daleki i Bliski, Suwerenny i Odpowiadający na prośby człowieka.

Gdy patrzymy na Boże stworzenie, możemy odnosić wrażenie, że Bóg w swojej suwerenności zdecydował, iż materia nieożywiona w skali mikro (na poziomie kwantowym) będzie zachowywać się w sposób chaotyczny i losowy (nie rozumiemy tych praw), jednak w skali makro będzie na ogół funkcjonowała według przewidywalnych Bożych praw, które nazywamy prawami fizyki. Jednak dzięki Bożej suwerenności wszystko znajduje się pod kontrolą i funkcjonuje znakomicie. Czasami Bóg zmienia niektóre swe decyzje, co można było zobaczyć choćby w tym, jak otworzył przed Izraelem wody Morza Czerwonego. Jednak historia nie jest wypadkową nieograniczonej wolności Boga i ograniczonej wolności stworzeń. Bóg, gdy trzeba, dokonuje swych interwencji, ale nie jako wszechwładny dyktator, lecz jako wyrozumiały Stworzyciel, a wobec swoich dzieci jako miłujący i miłosierny Ojciec. Wynika to z tego, że On chce mieć wokół siebie istoty, które będą Go miłować z własnej i nieprzymuszonej woli. Temu jedynie ma służyć Jego własne samoograniczanie swej suwerenności.

Boży plan zbawienia

Pismo św. bardzo wyraźnie pokazuje, że jest tylko jedna droga zbawienia (por. J 14,6; Dz 4,12; 1 Tm 2,5), czyli uwolnienia od mocy, wpływu, konsekwencji i ostatecznie od obecności grzechu. Od zawsze jest ona związana z działaniem samego Boga, który nie na darmo jest nazywany Zbawicielem (por. Ps 27,1; Ps 118,14; Iz 12,2; Dz 20,28; 1 Tm 4,10) i który objawił się ludziom w Jezusie Chrystusie (por. J 14,9; Dz 20,28). Już w Rdz 3,15 (tekst znany jako protoewangelia) Bóg zapowiedział swoją interwencję w tym zakresie. Tę obietnicę powtarzał przez wieki ustami proroków (więcej w haśle → Proroctwa mesjańskie w ST), aż w końcu objawił się wprost – w czasie swego wcielenia (por. J 1,1-5; J 10,30). Najpełniejszy opis planu zbawienia, który Bóg z góry wybrał (predestynował) przed założeniem świata, znajdujemy w Ef 1. Boży plan zbawienia jest przeznaczony (predestynowany) dla wszystkich ludzi (por. 1 Tm 2,4; Hbr 5,9). Został w pełni przygotowany, zrealizowany i zapłacony przez Boga, który sam poniósł pełny jego koszt, a ludziom udostępnił go W CHRYSTUSIE całkowicie za darmo. Plan ten obejmuje duchowe narodzenie (narodzenie z Bożego Ducha), które jest inicjacją obecności Bożego Ducha Uświęcenia (czyli Ducha Chrystusa) we wnętrzu człowieka. Duchowe narodzenie, które dokonuje się z nasienia Bożego Słowa, jest warunkiem koniecznym stania się Bożym dzieckiem (gr. teknon, nepios), które dalej karmiąc się Bożym Słowem i trwając w Duchu Chrystusa, dorasta, staje się duchowym nastolatkiem (gr. paidion i neaniskos). W tym czasie człowiek musi przejść proces oczyszczenia serca i myślenia (proces uświęcenia), aby – gdy już zostanie uznany za potomka zdolnego do dziedziczenia (gr. hyios) – mógł otrzymać przygotowane przez Boga dziedzictwo. Dopiero wówczas człowiek zostanie na zawsze uwolniony od mocy, wpływów, wiecznych konsekwencji i obecności grzechu (por. Ap 21,3-8).

Boży plan zbawienia W CHRYSTUSIE jest pewny i niewzruszony na wieki. Co więcej, jest dostępny dla każdego człowieka jako łaskawy dar Najwyższego (por. Ef 2,8-9). Nie można z niego skorzystać dzięki jakimkolwiek „zasługom”, nie można sobie na niego zapracować (czy to własnymi dobrymi czynami, czy to wypełnianiem religijnych obrzędów). Jedyną możliwością jest przyjęcie go z wdzięcznością i ze zrozumieniem, iż z woli Boga ma on pewne istotne ograniczenia i warunki, o których czytamy w Piśmie św. Być może właśnie dlatego nie każdy człowiek wchodzi na drogę zbawienia (por. J 3,21), a nawet spośród tych, którzy na tę drogę weszli, nie wszyscy kończą zwycięsko swoją podróż wiary (por. Ga 5,4; Ap 2,7.11.17.26; Ap 3,5.12.21; Ap 21,7).

Niestety, jest wielu nauczycieli[1] , którzy głoszą, że Boża łaska jest nieograniczona i bezwarunkowa, co w zasadniczy sposób przeczy świadectwu Biblii. W istocie Biblia jest pełna warunków. Większość obietnic Bożych jest również uwarunkowana. Także Boża łaskawość ma swoje granice, jest bowiem dostępna TYLKO W CHRYSTUSIE. Skorzystanie z niej jest możliwe jedynie pod warunkiem ukorzenia się przed Bogiem (uznania Go za jedynego Zbawiciela), poddania Mu swego życia i pełnienia Jego woli (uznania Go za PANA).

Jest też inna grupa kaznodziejów[2] , którzy tak mocno akcentują Bożą miłość, że w swym zapamiętaniu zdają się zapominać o Bożej świętości, Bożej prawości, Bożej sprawiedliwości czy Bożej suwerenności. Nauczają, iż Bóg wręcz „ściga ludzi swoją miłością”, i kreują wrażenie, jakoby Najwyższy nie mógł się obejść bez ludzkiej miłości. W skrajnej wersji zbliżają się wręcz do głoszenia obrazu boga według Spinozy[1], a nie Boga, którego przedstawia Biblia. Czasami ich nauczanie sprawia wrażenie, jakoby Bóg wręcz „żebrał” o odwzajemnienie się przez ludzi miłością. Nic bardziej mylnego. Bóg jest całkowicie niezależny od ludzkiego uwielbienia czy miłości, jednak jako uosobienie Prawdziwej Miłości chętnie, i to w sposób ofiarny, wyświadcza dobro, co jest sednem Jego miłości. Ofiarna Boża miłość (gr. agape) jest świadomą decyzją Najwyższego czynienia dobra i w żaden sposób nie jest podobna do ludzkiego emocjonalizmu (więcej na ten temat w haśle → Ofiarna Boża miłość). Fundamentalnym przejawem ofiarnej Bożej miłości dla grzesznych ludzi był łaskawy gest Najwyższego – otworzenia im drogi zbawienia od grzechu i jego konsekwencji, co uczynił w Chrystusie. Ten gest łaskawości został udzielony ludziom tylko raz i tylko w jeden sposób – wyłącznie w Osobie Jezusa (więcej w haśle → J 3,16 – Aspekty tłumaczeniowe i teologiczne). Tylko w Nim człowiek może doświadczyć prawdziwej Bożej miłości. Kaznodzieje „bezwarunkowej miłości” (tajemnicą pozostaje, gdzie w Biblii, pełnej warunków, znajdują oni takie określenie) budują często „teologię pluszowego misia” lub „teologię ciepłego budyniu terapeutycznego”, w których Bóg istnieje jako milusiński, kochany przytulaczek albo jako ciepły, przyjazny terapeuta, którego jedyną rolą jest pocieszanie znękanych pacjentów. Zdają się zapominać o zapowiadanym od wieków i nadchodzącym Dniu Gniewu PANA, w którym dokona On sądu nad wszystkimi i stosownie ukarze „wszystkich bezbożników za plugawe czyny, których się dopuszczali, i za harde słowa, którymi Go spotwarzali” (Jud 15). Nie wolno zapominać, że wielką część swego nauczania Jezus poświęcił ostrzeżeniom przed owym Dniem Sądu. Swoje słowa kierował nie tylko do mas, ale i do swych najbliższych uczniów.



[1] Baruch Spinoza (1632 – 1677) – żydowski filozof, urodzony i żyjący w Holandii. Zdobył wykształcenie w szkole sefardyjskiej, z które wyniósł zamiłowanie do Talmudu i kabalistyki. Po wykluczeniu z gminy żydowskiej za głoszenie nieortodoksyjnych poglądów, przyjął imię Benedictus. Fascynował się z jednej strony mistycyzmem i pateizmem Majmonidesa, z drugiej zaś racjonalizmem Kartezjusza i naturalizmem Hobbesa. W swoim dziele Etyka w porządku geometrycznym dowiedziona przedstawił tzw. propozycje. Propozycje 1-5 oraz 14 założyły fundamenty pod późniejszą filozofię New Age. Sprowadzały się bowiem do stwierdzenia „Nie istnieje żadna substancja, która by nie była Bogiem”. W ten sposób utożsamiał on Boga z materią – tzn. z przyrodą i naturą. Swoją etykę intelektualistyczną opierał na koncepcjach Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Wiarę w istnienie osobowego Boga uważał za szkodliwą czym założył fundament pod kluczowe filary późniejszej ideologii marksistowskiej. Jego podglądy znane są w postaci teoretycznej wypowiedzi, z którą Bóg mógłby zwrócić się do człowieka, gdyby istniał. Wg Spinozy powiedziałby wówczas: „Przestań we mnie wierzyć! Wiara to tylko zgadywanie i wyobrażanie sobie.

Nie chcę, żebyś we mnie wierzył, chcę, żebyś mnie poczuł”. „Niech Twój stan umysłu będzie Twoim przewodnikiem!”. „Nie szukaj mnie na zewnątrz. Nie znajdziesz tam mnie. Szukaj mnie w sobie. Tam właśnie jestem – «w imię miłości»”. „Mój dom to góry, lasy, rzeki, jeziora, plaże, gdzie mieszkam i wyrażam Miłość do Ciebie”. Dzieła Spinozy są rozchwytywane przez świeckich Żydów z kręgów judaizmu humanistycznego.

Chanuka

Chanuka, czyli Święto Świateł. Żydzi świętują chanukę przez osiem dni, począwszy od 25. dnia miesiąca kislew (przełom naszego listopada i grudnia), na pamiątkę wydarzenia mającego miejsce w czasie powstania Machabeuszy, którzy po odbiciu Jerozolimy z rąk Seleucydów w 164 r. p.n.e. postanowili oczyścić świątynię po profanacji, jakiej dopuścił się w niej władca Syrii Antioch IV Epifanes. Więcej informacji historycznych można znaleźć w księgach deuterokanonicznych: 1 Mch 4,36-59; 2 Mch 1,18; 2 Mch 10,1-8. Częścią rytuału oczyszczenia miało być nieustanne (trwające osiem dni) palenie się lamp w świątyni. Jednak Machabeusze mieli niewielką ilość rytualnie czystej oliwy przeznaczonej do tych lamp. Mogło jej wystarczyć zaledwie na jeden dzień. Mimo to lampy paliły się całe osiem dni, co Żydzi odczytali jako Boże potwierdzenie (i Boży współudział) oczyszczenia świątyni. Jan w swojej relacji opisuje pobyt Jezusa podczas tego święta w Jerozolimie (por. J 10,22-42). Również Jan zrelacjonował rozmowę Jezusa z faryzeuszami (por. J 8,12-20), w czasie której PAN oświadczył, że to On jest Światłością daną temu światu (por. J 8,12). Do dzisiaj Żydzi podczas Chanuki zapalają w swych domach specjalne dziewięcioramienne chanukije (świeczniki chanukowe przypominające siedmioramienną → Menorę).

Patrz też → Jom Kippur; → Pascha, → Rosz ha-Szana; → Sukkot; → Purim; → Szawuot.

Daty powstania ksiąg Nowego Testamentu

Nie ma źródeł, które dawałyby definitywne odpowiedzi na pytania o daty powstania poszczególnych ksiąg NT, jednak Redakcja NPD dołożyła wielkiej staranności, aby podane niżej daty były jak najprecyzyjniejsze. Naukowcy różnią się (czasami bardzo) w kwestiach datowania ksiąg NT. Wynika to m.in. z faktu, że niektóre z ksiąg (szczególnie te większe) powstawały na przestrzeni jakiegoś czasu, a później były jeszcze redagowane. W podanym niżej zestawieniu przyjęliśmy szacunki, które były dla Redakcji NPD najbardziej przekonujące. Więcej informacji można znaleźć we wstępach do poszczególnych ksiąg biblijnych. W niniejszym zestawieniu ułożyliśmy je według najbardziej prawdopodobnej kolejności ich powstania lub finalnej redakcji.

Pierwszy list do Tesaloniczan – ok. 51 r.

Drugi list do Tesaloniczan – ok. 51 r.

Pierwszy list do Koryntian – ok. 53 r.

List do Galatów – ok. 53/54 r.

Drugi list do Koryntian – ok. 55/56 r.

List do Rzymian – ok. 57/58 r.

List do Hebrajczyków – ok. 60 r.

List do Efezjan – ok. 60/62 r.

List do Kolosan – ok. 60/62 r.

List Jakuba – ok. 60/62 r.

List do Filemona – ok. 61/62 r.

List do Filipian – ok. 61/62 r.

Pierwszy list do Tymoteusza – ok. 63/64 r.

List do Tytusa – ok. 64/65 r.

Dobra Wiadomość w relacji Marka – ok. 65/66 r.

Pierwszy list Piotra – ok. 65/66 r.

Drugi list Piotra – ok. 66/67 r.

Drugi list do Tymoteusza – ok. 67 r.

List Judy – ok. 67/69 r.

Dobra Wiadomość w relacji Mateusza – ok. 68/69 r.

Dobra Wiadomość w relacji Łukasza – ok. 68/69 r.

Dzieje wysłanników Chrystusa – ok. 69/70 r.

Dobra Wiadomość w relacji Jana – ok. 85/90 r.

Pierwszy list Jana – ok. 90/95 r.

Drugi list Jana – ok. 90/95 r.

Trzeci list Jana – ok. 90/95 r.

Apokalipsa w relacji Jana – ok. 95 r.

Demon, demony

Słowo „demon” pochodzi od gr. daimones lub daimonia. Daimones literalnie oznacza „duch prowadzący”. W wyobrażeniach pogańskich początkowo identyfikowano demony z grupą zdegradowanych bóstw, które utraciły swoje znaczenie na rzecz innych zajmujących poczesne miejsca w ówczesnych panteonach. Dysponowały jednak jeszcze pewną mocą, którą mogły oddziaływać na ludzi. Hebrajczycy demonami nazywali wszelkie bóstwa pogańskie (por. Ps 106,37). W Septuagincie słowa daimonia używano w charakterze pogardliwym. Grecy w swej pogańskiej religii używali słowa daimon do nazywania bóstw, które – jak wierzyli – były odpowiedzialne za rozdzielanie życiowych losów (gr. daio).

Nowy Testament nie podaje precyzyjnej definicji demonów ani ich pochodzenia, jednak sugeruje, że są to sługi szatana (diabła, Lucyfera, Belzebuba), czyli zbuntowanego anioła, który wystąpił przeciwko Bogu. To sugeruje, iż demonami mogą być inni upadli aniołowie (por. 2 P 2,4; Jud 6). Ich ocena duchowa i moralna w NT jest jednoznacznie negatywna i oznacza całkowicie zepsutą osobowość, która stoi w opozycji do wszystkiego, co pochodzi od świętego Boga lub do Niego przynależy (por. Jk 2,19). Bez wątpienia demony reprezentują zepsuty świat duchowej ciemności.

Demony nie istniały od początku stworzenia, gdyż wszystko, co Bóg uczynił, było bardzo dobre (por. Rdz 1,31). Dopiero po rebelii szatana wspomnianej w Iz 14,12-15, który pociągnął za sobą jedną trzecią zastępów anielskich (por. Ap 12,4), demony pojawiły się na Ziemi. Wbrew powszechnej opinii Bóg nie walczy z szatanem ani z demonami (jego sługami). Najwyższy jest Stworzycielem i jednym tchnieniem wypowiedzianego Słowa może zniszczyć całą duchową opozycję ciemności (por. 2 Tes 2,8). W wojnę duchową (której istnienie jest potrzebne, aby okazało się, kto z ludzi skłania się do ciemności, a kto do Światłości – por. J 3,21; Łk 16,11) zaangażowani są Boży aniołowie i Boży lud (głównie modlitwą). Jezus, będąc na Ziemi, też nigdy z nimi nie walczył. On im rozkazywał, a one w popłochu wykonywały Jego polecenia (por. Mt 17,18; Mk 1,25-27; Mk 9,25; Łk 4,35; Łk 8,28-33 etc).

W NT znajdujemy wiele opisów wypędzania demonów z ludzi, którzy tkwili w duchowych ciemnościach. Jezus nie czynił tego dla zyskania popularności, a jedynie dla uwiarygodnienia przekazu o głoszonym Królestwie Niebios. Tego samego oczekiwał Chrystus od swoich uczniów (por. Mt 9,35-10,1). Jezus nigdy nie pozwalał, aby demony były zaangażowane w głoszenie świadectwa o Nim (por. Mt 16,16; Mk 3,11-12; J 6,69). Ludzie, którzy z niewłaściwych pobudek starali się naśladować Jego lub Apostołów, często doświadczali surowych konsekwencji (por. Dz 19,13-16). Zresztą sama zdolność wypędzania demonów w opinii Jezusa nie jest żadnym znakiem przynależności do Niego (por. Mt 7,21-23). Jest bowiem możliwe, że „skuteczne egzorcyzmy” są wyższą formą zwodzenia i swoistym „spektaklem” wyreżyserowanym przez siły ciemności do uzyskania chwilowej wiarygodności. Tego rodzaju strategia sił ciemności musiała być znana Żydom, skoro takim podejrzeniem zaatakowali Jezusa w Mt 12,24.

Niezdolność do wypędzenia pewnego rodzaju demonów może wynikać z „niedostatku zaufania do Najwyższego”, jak to sformułował Jezus w Mt 17,20 (NPD). To niezwykle ważna uwaga. Aby demon mógł zostać usunięty, potrzebna jest osobista wiara (zaufanie do Boga) egzorcysty. Niestety, wielu egzorcystów czy „uzdrawiaczy” (w istocie fałszywych nauczycieli) żeruje na ludzkich nadziejach i naiwności, a brak skuteczności swego działania zawsze tłumaczą brakiem wiary swoich „klientów”. Winą obarczają innych, nigdy siebie. Działają w myśl zasady: gdy jest sukces – „to nasza zasługa”, gdy go nie ma – „to ich wina”.

Opis z Mt 8,28-32 pokazuje, że demony mogą znaleźć mieszkanie nie tylko w ludziach, ale i w zwierzętach, Ap 20,10 zaś wyjaśnia, że po Sądzie Ostatecznym demony razem z szatanem zostaną wrzucone do ognistego jeziora płonącej siarki. Tymczasem część z nich działa w obecnym świecie, ale część jest uwięziona w piekielnej czeluści (gr. tartar) – ulokowanej w najgłębszych lochach mrocznej Otchłani (por. 2 P 2,4; Jud 6). Demony mogą zamieszkiwać lub opętywać jedynie te osoby, które nie trwają w Chrystusie. Zanurzenie w Duchu Chrystusa zabezpiecza przed demonicznym opętaniem, chociaż nie zabezpiecza przed pokuszeniami czy demonicznymi wpływami. Walka duchowa trwa bowiem nieustannie. Bycie religijnym, podobnie jak pełnienie funkcji duchownych czy posług kościelnych, również nie jest żadnym zabezpieczeniem. Nie są zabezpieczeniem jakiekolwiek symbole czy rytuały. Jedynym zabezpieczeniem przed opętaniem demonicznym jest napełnienie swego wnętrza Słowem i Duchem Bożym (por. Łk 11,24-26 oraz Mk 3,23-27; Dz 19,13-16; Ef 5,18-20; Kol 3,16-17). Demoniczne opętania wcale nie muszą manifestować się jak w filmowych horrorach. W istocie takie manifestacje zdarzają się niezwykle rzadko. Dość powszechnie polegają na takim związywaniu serc i myśli człowieka, że staje się on posłusznym narzędziem w rękach sił ciemności, które prowadzą go w realizacjach planów władcy mroku (por. Ef 2,1-2; Ef 4,17-19). Tacy ludzie z pozoru niczym nie różnią się od innych, mogą nawet piastować eksponowane stanowiska społeczne, polityczne czy kościelne, jednak ich serca zbuntowane przeciwko Bogu (por. Ef 2,1-2), zakochane w doczesnym świecie (por. 2 Tm 4,10; Jk 4,4; 1 J 2,15) lub pochłonięte miłością do pieniędzy czy władzy (konsumpcjonizm, hedonizm, materializm – por. J 3,19; Mt 6,24; Rz 2,17-24; 1 Tm 6,10; 2 P 2,15; 1 J 2,9-11) stały się łatwym łupem sił ciemności.

Na osobną uwagę zasługuje wypowiedź Jezusa zanotowana w Mt 16,18. W oryginale użyto metonimii w zdaniu: „Bramy Hadesu jej [tzn. tej ekklesii, czyli społeczności wierzących (żywego Kościoła)] nie przemogą”. W czasach antycznych określenie „brama” miało zawsze charakter militarny i nie tylko odnosiło się do fragmentu twierdzy, ale również opisywało doborowy oddział zbrojny, który w warownym grodzie strzegł przydzielonej mu konkretnej bramy, np. Bramy Wodnej, Bramy Wschodniej, Bramy Złotej etc. Nazwa oddziału była zatem ściśle powiązana z miejscem, w którym pełnił on swoją służbę. W podobny sposób określane były np. odziały powstańcze, które w 1944 r. broniły określonych miejsc, np. „Mokotów broni się nadal”, „Ochota walczy nieustraszenie”. Grecki oryginał odnotowuje, że Chrystus odnosi się do Otchłani (gr. Hades; hebr. Szeol) w perspektywie potęgi Śmierci, której – jako dziedzictwo po Adamie – podlegają wszyscy ludzie. Jezus zapowiada, że Śmierć nie będzie w stanie zatrzymać Bożego Ludu we wnętrzu Otchłani, gdy w chwili Jego powtórnego przyjścia lud ten zostanie wywołany do wyjścia z niej do odwiecznego i nieskończonego Bożego Życia. Czasami tłumacze błędnie używają tu słowa „Piekło”. W rzeczywistości w oryginale nie ma takiego słowa. Jest tam słowo „Otchłań”, które w Biblii odnosi się do tymczasowego miejsca pobytu wszystkich umarłych czekających na Sąd Ostateczny. W Otchłani (w Hadesie, w Szeolu) znajdują się zarówno „Raj” (gr. Paradeisos, hebr. pardes – słowo pochodzenia perskiego oznaczające ogród warzywny lub park pełen drzew), jak i „Piekło” (gr. Abyssos, Tartaros, Gehenna; hebr. Ge-Hinnom). Nie są one jednak ostatecznym miejscem pobytu zmarłych. Po Sądzie Ostatecznym jedni ludzie trafią do Nowych Niebios, a później na Nową Ziemię, inni zaś do ognistego jeziora płonącej siarki. Tekst nie precyzuje, kim są owi strażnicy wrót Otchłani, ale z pewnością nie są to demony, jak popularnie się to przedstawia, gdyż – zgodnie z 2 P 2,4 – one same (a dokładnie rzecz biorąc – ich część) czekają na Sąd Ostateczny związane w najgłębszych lochach Szeolu. Demony te muszą zatem być pilnowane przez inne postaci (byty) poddane Bogu. Według Ap 1,18 sam Jezus trzyma w swym ręku klucze do bramy Szeolu. Mimo skrótowości i pewnej zawiłości, wynikającej głównie z powszechnie słabej znajomości ówczesnego tła kulturowo-militarnego, przesłanie komentowanego fragmentu jest jednak absolutnie jasne: wieczna Śmierć (nieskończona egzystencja w cierpieniu) nie zapanuje nad tymi, którzy, trwając w przyjaźni z Bogiem, tworzą społeczność ludu ufającego Chrystusowi.

Patrz też → Szatan; → Diabeł; → Wojna duchowa.

Diabeł

Gr. diabolos – „oskarżyciel”, „oszczerca” (por. Za 3,1-2; Ap 12,10). Określany jest także słowem gr. kategor (lub kategoros), które ma znaczenie zbliżone do diabolos. W starożytnym sądzie diabolos (kategoros) jako oskarżyciel był przeciwstawny parakletosowi – obrońcy, doradcy i osobie wspierającej oskarżonego. Warto zauważyć, że słowem Parakletos w NT jest określany zarówno sam Chrystus (por. J 14,16), jak i Jego Duch, czyli Duch Świętego Boga (por. J 15,26). W NT diabolos znaczy także „oszczerca”, „kłamca” i jest określeniem wewnętrznie zakłamanego duchowego bytu, który przeciwstawia się woli Boga Najwyższego. W starożytnej literaturze żydowskiej diabła zwano potocznie imieniem Beliar lub Belial. W 2 Kor 6,15 znajdujemy tego ślad. Jezus nazywał diabła „kłamcą i ojcem kłamstwa” (por. J 8,44), a religijnych Żydów, dla których ekskluzywizm etniczny był ważniejszy niż poleganie na Bożym Słowie, wprost nazwał dziećmi diabła (por. J 8,39-44).

W Biblii diabeł jest wyraźnie identyfikowany z szatanem, a także w zwierzęcej formie z gadem (wężem lub smokiem) – por. Rdz 3,1-14; Ap 12,9; Ap 20,2. Również sam Jezus nazywał diabła szatanem (por. Mt 4,5-11). Dla ludzi wierzących diabeł jest niebezpiecznym przeciwnikiem, którego strategia ataku porównywana jest do metody polowania dzikiego lwa (por. Jk 4,7; 1 P 5,8). Wierzący jednak nie muszą obawiać się jego mocy, o ile trwają w Słowie i Duchu Chrystusa. Nikt bowiem (wliczając w to diabła razem ze wszystkimi siłami ciemności) nie może oderwać żadnego ucznia Jezusa od Bożej miłości, która – niczym skarb – jest złożona w Chrystusie (por. Rz 8,38-39). Sam Jezus ujął to tak: „Moje owce (…) wsłuchują się w mój głos i lgną do mnie. One podążają za mną, ja zaś prowadzę je do odwiecznego i nieskończonego Życia. Nikt z tych, którzy idą za mną, nie zginie na wieki! Nikt nie zdoła oderwać ich ode mnie. Wszystko bowiem, co Ojciec mi powierzył, należy również do Ojca, a z Jego mocy nikt niczego nie może wyrwać. Zrozumcie w końcu, że ja i Ojciec jesteśmy Jednością” (J 10,27-30 NPD).

Diabeł (szatan) według narracji biblijnej jest upadłym aniołem, który był postawiony wysoko w hierarchii niebiańskiej. Nosił wówczas imię „Świetlisty syn poranka” (hebr. Helel ben-szachar – por. Iz 14,12, gdzie słowem Helel Żydzi określali planetę Wenus). Postać diabła była znana w większości starożytnych kultur i również wiązana z jaśniejącą na nieboskłonie porannym (przed wschodem słońca) planetą Wenus, zwaną także „gwiazdą poranną” lub „gwiazdą zaranną”. Z tego powodu starożytni nadali mu imię własne Lucyfer, czyli „niosący światłość” – z łac. lucem (od lux – „światło”) + ferre (nieść). Czasem imię to modyfikowano na Lucyper, czyli „ten, który utracił światłość” – z łac. lucem + perdere (stracić). W mitologii mezopotamskiej uważany był za jedno z wcieleń bogini Isztar, która w Kanaanie była znana jako Asztarte.

Tekst grecki NT stawia czasami tłumaczom spore wyzwania interpretacyjne. Większość z nich przekłada wersety: 1 P 1,19; Ap 2,28 oraz Ap 22,16, z użyciem frazy „Gwiazda Poranna”, odnosząc to do Chrystusa. Takie przekłady umożliwiają fałszywym nauczycielom tworzenie zwodniczych interpretacji sugerujących np., że Lucyfer był „bratem Chrystusa” albo że NT zapowiada wyniesienie Lucyfera. Tego typu spekulacje rozwijały się głównie w dobie teologicznych walk chrystologicznych trwających do IV w. n.e., ale i ostatnio przeżywają swój renesans. Rozumiejąc kulturowo-semantyczne pułapki interpretacyjne, Zespół NPD zdecydował, aby w tych miejscach użyć w odniesieniu do Chrystusa określenia „Wschodząca Światłość”, które oddaje sens greckiego tekstu, a jednocześnie unika synkretyzmu pojęciowego z kultami pogańskimi.

W Biblii znajdujemy wiele ciekawych informacji na temat diabła. Wśród nich jest taka, iż ma on dostęp do Bożego Tronu. Czytamy o tym w Księdze Hioba (por. Hi 1,6 oraz Hi 2,1). Apostoł Paweł w Ef 6,12 potwierdza to, pisząc, że duchowe siły zła nadal funkcjonują w Niebiosach. Jest to, logicznie rzecz biorąc, niezwykle brzemienna w skutki informacja. Okazuje się, że nie wszystko, co pochodzi z Niebios, jest od Boga. Z Niebios mogą zstępować również zwodnicze siły mroku (por. Ga 1,8-9). Nic dziwnego zatem, że jedną ze strategii szatana (diabła) jest podawanie się za „anioła światłości” („wysłannika światłości”) – por. 2 Kor 11,14. Ta szatańska strategia była dobrze znana już w starożytności. Na przykład prorok Jeremiasz opisywał sposób, w jaki szatan zwodził Hebrajczyków, podając się za „królową nieba” (por. Jr 7,18-20; Jr 44,13-22). Ciekawe jest skądinąd to, dlaczego diabeł sam przyznał sobie taki tytuł, skoro tego rodzaju pozycja nie istnieje w Niebiosach. Być może wiązało się to z panteonem bóstw pogańskich. Powszechnie bowiem w całym pogańskim świecie lud oddawał hołdy bogini Asztarte (funkcjonującej również jako Athtart, Asztoret, Issar, Isztar, Izyda, Inana, Innin, Nin-anna, Szauszka, Artemida, Wenus), która była postrzegana jako małżonka Baala. Skoro zaś Baal według owych wierzeń był „królem nieba”, to Asztarte „awansowała” na „królową nieba”. Zresztą sumeryjska nazwa Nin-anna znaczyła wprost „pani nieba”. Ten bałwochwalczy kult, wciąż na nowo przenikający w szeregi Bożego ludu, od zawsze obrażał Boga i sprawiał, że Izrael bardzo często doświadczał bolesnych konsekwencji gniewu PANA.

Inną (bardziej wysublimowaną) praktyką działania diabła jest posługiwanie się Bożym Słowem. Zwykle najpierw dokonuje on rozpoznania, na ile człowiek zna i rozumie Słowo PANA, a później zadaje mu kłam. Tak właśnie postąpił w ogrodzie w Eden, w którym udało mu się zwyciężyć (por. Rdz 3,1-19). Tej samej strategii użył wobec Jezusa na pustkowiu (por. Mt 4,1-11). Jednak tym razem przegrał, gdyż Jezus – będąc doskonale wypełniony Słowem Bożym – nie dał się nabrać na manipulowanie wersetami biblijnymi wyrywanymi z kontekstu. Praktyka wyrywania wersetów z kontekstu i budowania na subtelnym zwodzeniu całych konstrukcji fałszywego nauczania, prowadzącego do życia w grzechu zamiast w uświęceniu, funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Dlatego Apostoł Jan w 1 J 3,3-10 podkreślił, że po tym właśnie można rozpoznać „dzieci diabła” (por. także J 8,42-44).

Choć niektórzy próbują tak go przedstawiać, diabeł (szatan) nie jest bytem samoistnym, który mógłby być porównywany z Bogiem. Jako zdeprawowane stworzenie (ale ciągle stworzenie) nie ma cech Bożych. W szczególności nie jest wszechwiedzący ani wszechobecny. Nie dysponuje mocą, jaką ma Bóg, i brak jest mu Bożej mądrości. Nie zna Bożych planów z wyjątkiem tych, które Najwyższy sam zechciał objawić. Wypowiedzi szatana nie są przekazem Prawdy, a jego słowo nie ma mocy stwórczej, podczas gdy Słowo Boże jest Prawdą (por. J 17,17) – i to Prawdą Wcieloną (por. J 14,6) – oraz ma moc stwarzania (por. Hbr 11,3; Rdz 1). Co więcej, szatan jest ściśle ograniczony limitami, jakie Bóg suwerennie na niego nakłada (por. Hi 1,12; Hi 2,6). Fakt, że szatan nie ma mocy, by cokolwiek stworzyć, powoduje, że specjalizuje się w imitowaniu Bożego działania. Fałszuje, co tylko może, aby do góry nogami wywrócić zrozumienie Bożej woli (Bożego Słowa). W ten sposób od wieków odnosi w świecie sukcesy medialne, fałszując pojęcia „wyzwolenia” i „wolności” (por. J 8,32) przez podkładanie pod nie wszystkiego, co jest swawolą i nurzaniem się w grzechu. Pojęcie miłości (gr. agape – por. 1 J 4,8; 1 Kor 13,1-8) sprowadza do seksu jako fizycznego zaspokojenia żądz cielesnych (gr. eros – to słowo w ogóle nie występuje w NT). W czasach współczesnych zajął się mocno redefiniowaniem takich pojęć jak: „tolerancja”, „akceptacja”, „małżeństwo”, „rodzina”, „pokój”, „posługa”, „jedność”, „zysk”, „bogactwo” i wielu innych, także tych, które funkcjonują w życiu kościelnym (por. Mt 7,15-16; Mt 13,37-39; Dz 20,28-30). Redefiniując kluczowe pojęcia, diabeł wpływa na kierunki rozwoju myśli społecznej i eklezjalnej. Im słabsza jest w danym środowisku znajomość Bożego Słowa, tym jego działanie jest skuteczniejsze.

Ciekawe jest to, że diabeł ma zdolność wpływania na ludzi nie tylko przez kuszenie i redefiniowanie pojęć filozoficznych, lecz także przez wizje (fałszywe objawienia). Ma zdolność czynienia tego nawet w ułamku sekundy. Dlatego, naśladując Jezusa i Apostołów, należy wszelkie duchowe wizje (objawienia) oceniać i weryfikować w świetle Bożego Słowa, które nigdy w swoim przesłaniu nie jest sprzeczne wewnętrznie ani wewnętrznie przeciwstawne (por. 2 Tm 3,16). Wrażenie dostrzegania w Słowie sprzeczności wyraźnie sygnalizuje brak pełnego duchowego rozeznania w tym zakresie (por. 2 P 3,13-16) albo wadliwe tłumaczenie. Jeśli jakakolwiek wizja jest sprzeczna ze Słowem Bożym, tym gorzej dla tej wizji.

Patrz też → Szatan; → Demon, demony; → Wojna duchowa.

Dobra Wiadomość o ratunku w Chrystusie

Podstawowy przekaz wiary biblijnej (kerygmat), którego ogłaszanie Jezus Chrystus zlecił wszystkim swoim uczniom. Treść tego przekazu można zawrzeć w następującym quasi–interaktywnym przesłaniu: 

WPROWADZENIE

W obliczu świętego Boga każdy (bez wyjątku!) człowiek jest grzeszny i dlatego, choćby nawet bardzo się starał, nie ma szansy na spędzenie wieczności ze Stwórcą. NT ujmuje to krótko:

 

 (…) wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni Bożej chwały. (Rz 3,23 NPD)

 

Ludzie, którzy są przekonani, że dzięki własnemu dobremu, moralnemu postępowaniu dojdą do zbawienia, są w straszliwym błędzie, który może zgubić ich na wieczność.

 

DLACZEGO TAK UWAŻASZ?

Ponieważ zbawienie można otrzymać jedynie od Boga jako Jego łaskawy dar, na który w żaden sposób nie można sobie zasłużyć.

 Na tym bowiem polega Boża łaskawość, iż to On dokonuje zbawienia każdego, kto całą swoją wiarę i zaufanie składa w Chrystusie. Taka jest suwerenna Boża decyzja i taki jest dar Najwyższego, który On nam ofiarował. A decyzja ta i Boże działanie w żaden sposób nie zależą od naszych uczynków, aby nikt nie mógł pysznić się czy chlubić! (Ef 2,8-9 NPD)

 

W JAKI SPOSÓB MOŻNA WIĘC OTRZYMAĆ ÓW DAR ZBAWIENIA?

Ponieważ Bóg

 

 (…) pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni, (1 Tm 2,4 NPD)

 

to w osobie Syna – Jezusa Chrystusa – sam przyszedł na Ziemię, aby poprzez przelanie swojej krwi (Dz 20,28) ponieść karę za nasze winy. To jest jedyna droga do pojednania Boga z człowiekiem.

 

 Bóg tylko w jeden sposób okazał światu swoje zmiłowanie: wydając swego Jedynego Prawowitego Syna za grzech tego świata, aby każdy, kto trwa w ufności do Niego, nie zginął, lecz otrzymał Życie – to odwieczne i nieskończone. (J 3,16 NPD)

 

W ten sposób Bóg sam spełnił konieczny warunek zbawienia, którego żaden człowiek nie był i nie jest w stanie wypełnić. Od nas oczekuje, że każdy Mu zaufa, a uznając Go za swojego PANA, odwróci się od starego, grzesznego stylu życia i zacznie pełnić Jego wolę, prowadząc nowe życie według Jego Słowa i Ducha.

 

DLACZEGO PEŁNIENIE WOLI BOŻEJ JEST TAK WAŻNE?

Z prostego powodu: jej pełnienie jest testem naszego serca. Tylko przez podporządkowanie się woli Najwyższego możemy prawdziwie pokazać, czy szczerze złożyliśmy w Bogu całą naszą ufność. Jezus wyraźnie powiedział:

 

 Nie każdy bowiem, kto twierdzi, że jestem jego PANEM, wejdzie do Królestwa Niebios. Tam znajdzie się tylko ten, kto faktycznie pełni wolę Ojca, który jest w Niebiosach. (Mt 7,21 NPD)

 

CZY TO JEDNAK W ISTOCIE NIE OZNACZA, ŻE UCZYNKI SĄ POTRZEBNE DO ZBAWIENIA?

Twoje własne uczynki na nic się nie zdadzą, nawet jeśli będziesz bardzo religijnym i ciągle modlącym się człowiekiem. Jak napisał prorok Izajasz, my, ludzie, jesteśmy w swej naturze

 (…) skalani, całkowicie zbrukani grzechem, a wszystkie nasze dobre czyny są jak skrwawiona szmata. (Iz 64,5 NPD)

 

Na zbawienie nie można zasłużyć sobie uczynkami!

 

ZARAZ, JAK TO MOŻLIWE, ABY NASZE DOBRE CZYNY NIE LICZYŁY SIĘ U BOGA?

Zbawienie jest całkowicie łaskawym Bożym darem, a pełnienie woli Bożej jest potwierdzeniem przyjęcia tego daru. Dobrymi czynami w oczach Najwyższego są tylko te

 

 (…) które On sam wcześniej zaplanował dla nas do wykonania. (Ef 2,10 NPD)

 

Tylko takie się liczą. Kluczem jest więc posłuszeństwo wobec Boga. Dlatego tak ważne jest, byś w każdej dziedzinie życia pełnił wolę Bożą. Czyniąc to, poświadczasz, że Jezus umarł za ciebie nie na marne.

 

ALE JAK POZNAĆ WOLĘ BOGA?

Wspaniałą wiadomością jest to, że Najwyższy uczynił swoją wolę jawną. Dokonał tego na stronicach Biblii. Czytając Pismo św., będziesz mógł osobiście poznać Boga i Jego plany wobec ciebie. Jeśli szczerze zdecydujesz się, by rozpocząć nowe życie, opierając się na Bożym prowadzeniu, to taką decyzję nazywa się nowym narodzeniem (z Ducha Bożego), a życie oparte na pełnym zaufaniu Bogu nazywa się wiarą, która prowadzi do zbawienia.

 

DOBRZE, ALE JEŚLI AKURAT TAKIE ROZWIĄZANIE MI NIE ODPOWIADA, TO CZY ISTNIEJE JAKAŚ INNA DROGA DO ZBAWIENIA?

Zgodnie z nauczaniem Apostoła Piotra

 

 (…) w nikim innym nie ma zbawienia, gdyż [poza Jezusem] nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym mogliby zostać zbawieni. (Dz 4,12 NPD)

 

DLACZEGO PIOTR TAK NAUCZAŁ? PRZECIEŻ W TAKIM EKSKLUZYWIZMIE NIE MA ANI MIŁOŚCI, ANI TOLERANCJI!

Ponieważ to sam Jezus, który jest jedynym objawieniem Bożej miłości, powiedział:

 

 Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie. (J 14,6 NPD)

 

Syntetyczne wyjaśnienie Bożego planu zbawienia można znaleźć w pierwszych dwóch rozdziałach Listu do Efezjan, a poszerzony wykład na ten temat – w pierwszych ośmiu rozdziałach Listu do Rzymian. W „kazaniu na wzgórzu”, zrelacjonowanym w Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie w relacji Mateusza (rozdziały 5–7), Jezus przedstawił Konstytucję Bożego Królestwa – podstawowy opis owocu Bożego duchowego kodu DNA, który rodzi się w ludziach narodzonych duchowo (por. J 3,3-21). W innej formie omówił to Apostoł Jan w Pierwszym liście Jana, a skrócone wersje opisu tego kodu znajdujemy także w 1 Kor 13,4-8a oraz w Ga 5,9-24.

Doketyzm

Herezja twierdząca, że Jezus przyszedł na Ziemię w eterycznym ciele niebiańskim, a więc jedynie w postaci duchowej (gr. pneuma), bez fizycznego ciała (gr. soma), które dla Jego współczesnych było tylko pozorem. W związku z tym również Jego cierpienie i śmierć na krzyżu, według założeń doketyzmu, były pozorne. Nazwa tej herezji pochodzi od greckiego słowa dokein – „wydawać się”, „przypuszczać”. Jednym z powodów spisania przez Apostoła Jana jego Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie oraz jego Pierwszego listu była ochrona młodych wierzących przed narastającą na przełomie I i II w. falą doketyzmu. Stąd też w relacji Jana mamy sformułowania takie jak: J 1,14; 1 J 4,2; 2 J 7. Także Apostołowie Piotr (por. 1 P 2,24; 1 P 3,18; 1 P 4,6) i Paweł (por. Ef 2,14-16; Kol 1,22; 1 Tm 3,16) zdecydowanie głosili życie i cierpienie Chrystusa w ciele (gr. soma).

Droga szabatowa

Chociaż Prawo Mojżeszowe nie używało takiego określenia, to jednak na podstawie zapisu Wj 16,29 (polecającego Hebrajczykom, by w szabat nie opuszczali swoich domostw) rabini wypracowali przepis, który definiował, co należy rozumieć przez „opuszczenie domu”, a co nie. Aby ułatwić Lewitom dostęp do pastwisk, które otrzymali w dziedzictwie wokół 48 miast lewickich (por. Lb 35,1-8), ustalili, że oddalenie się od miejsca (centrum miasta) zamieszkania do 2000 łokci (890 m) nie stanowi naruszenia przepisu z Wj 16,29. Pierwsze skodyfikowanie tego dystansu drogi szabatowej bazowało na Lb 35,4 i wynosiło jedynie tysiąc łokci (445 m). Poświadczenie tego znajduje się w Dokumencie Damasceńskim znalezionym w Qumran. W ustnej tradycji żydowskiej zwanej Miszna, która jest komentarzem do Tory, drogę szabatową ustalono na 2000 łokci. W kolejnych okresach przepis dotyczący drogi szabatowej był dalej łagodzony i umożliwiał przemieszczanie się, a nawet podróże powyżej przepisanych 2000 łokci pod warunkiem przygotowania sobie przed szabatem dwóch posiłków zlokalizowanych w odległościach poniżej 2000 łokci. Taki zabieg rozszerzał zrozumienie idei „domostwa”.

Droga (proces) zbawienia

Zgodnie z Mt 1,21b zasadniczym celem zbawienia nie jest ratunek przed wiecznym potępieniem, ale uwolnienie od mocy, wpływów, konsekwencji i obecności grzechu. Oczywiście człowiek zbawiony od grzechu (tzn. wyzwolony z mocy grzechu i uwolniony spod jego wpływu) będzie także uratowany od wiecznego potępienia, czyli od wiecznych konsekwencji i obecności grzechu. Wyratowanie od potępienia to jednak w tej perspektywie tylko produkt uboczny zasadniczego celu zbawienia, którym jest – już tu i teraz – wyzwolenie z mocy grzechu i od jego wpływu. Wyzwolenie to w praktyce codziennego życia jest procesem przeprowadzanym przez Boga, jedynego Zbawiciela. Jednak Bóg nikomu nie narzuca siłą swojego zbawienia. Bóg zbawia tylko tych, którzy tego pragną i którzy w tej sprawie całkowicie Mu zaufają. Ze Słowa Bożego wynika, że zbawienie od grzechu jest procesem trzyetapowym. Można w różny sposób opisywać te etapy. Z punktu widzenia uwalniania człowieka będą to: uwolnienie z mocy grzechu, uwolnienie od wpływów grzechu i uwolnienie od konsekwencji oraz obecności grzechu.

W pierwszym etapie tego procesu duch każdego człowieka, który złożył swą nadzieję w Chrystusie, zostaje uwolniony z mocy grzechu, a więc spod jego zniewalającego panowania. Duch człowieczy zostaje wtedy opieczętowany Bożym Duchem Uświęcenia na znak wstępnych „zaślubin” ze Zbawicielem. Jest to wydarzenie jednorazowe, które może się dokonać jedynie dzięki temu, że Chrystus w odkupieńczej ofierze za grzech człowieka przelał na krzyżu swoją krew. Te „zaślubiny” (zwane też nowym narodzeniem lub narodzeniem z Ducha Bożego) są decyzją wiary, czyli zaufania, jakie człowiek składa w Chrystusie.

W drugim etapie (który trwa całe ziemskie życie) dusza człowieka przechodzi proces uświęcenia (uwalniania od wpływów grzechu), tak aby ten, kto już zaufał Chrystusowi i okazał w ten sposób posłuszeństwo Bogu, przestał postępować według swej starej natury i nauczył się we wszystkim naśladować Chrystusa. Styl życia i sposób podejmowania życiowych decyzji wzorowany na Chrystusie Biblia nazywa „postępowaniem według ducha” (chodzeniem według ducha), czyli według nowej natury. Chodzi o to, aby człowiek już tu, na Ziemi, nauczył się pełnić wolę Niebiańskiego Ojca. Jest to więc etap metamorfozy i oczyszczania człowieka, w czasie którego, element po elemencie, odcinane są kolejne zależności człowieka od grzechu. Na tym etapie kształtowany jest w człowieku obraz (odzwierciedlenie) charakteru Chrystusa.

Trzeci etap nastąpi dopiero po cielesnej śmierci. Dopiero wówczas ujrzymy w pełni realizację nadziei, której zaufaliśmy, i dopiero wtedy otrzymamy nowe, uwielbione ciała, które nie będą podlegały zepsuciu, bólowi czy śmierci (por. Ap 21,3-5). Będą one podobne do ciała, w jakim Jezus ukazał się uczniom po swoim zmartwychwstaniu.

Jezus w swoim nauczaniu przyrównywał proces zbawienia do sposobu, w jaki Żydzi zawierali małżeństwo. Zrozumienie tego wydarzenia ma kluczowe znaczenie dla pojęcia, czym jest osobista relacja ze Zbawicielem. W kulturze żydowskiej małżeństwa były zawierane inaczej niż w kulturze Zachodu. Zawarcie związku następowało w dwóch etapach. Pierwszym, wstępnym, przygotowawczym krokiem były zaślubiny, które w naszej kulturze odpowiadają zaręczynom lub przyrzeczeniu małżeństwa. Jednak, inaczej niż w kulturze Zachodu, Żydzi (którzy wychowywali się w świecie pojęć przymierza) od tego momentu uważali już małżeństwo za prawnie zawarte, choć jeszcze nieskonsumowane. Dopiero drugim etapem (odsuniętym w czasie) było skonsumowanie małżeństwa. To wydarzenie miało szczególną oprawę. Najpierw pan młody zabierał oblubienicę z domu jej rodziców i wprowadzał do domu swojego ojca, w którym ten wyprawiał wesele. Po przyjęciu weselnym pan młody zabierał swą oblubienicę do komnaty małżeńskiej już w swoim domu.

Pomiędzy zaślubinami (przyrzeczeniem) a formalnym weselem poślubieni (przyrzeczeni) sobie oblubieńcy, chociaż byli już nazywani mężem i żoną, nie współżyli ze sobą ani nawet ze sobą nie mieszkali. W tym czasie oblubieniec szykował mieszkanie dla siebie i swej (przyrzeczonej) małżonki, a oblubienica szykowała się do wesela, na które miała być gotowa w każdym czasie, gdyż oblubieniec miał prawo przyjść po nią o dowolnej porze dnia i nocy. Według tego obrazu zaślubiny odpowiadają więc momentowi decyzji, w której człowiek składa swoje zaufanie w Chrystusie (tzw. nowe narodzenie lub narodzenie z Ducha). Czas życia wierzącego pomiędzy jego nowym narodzeniem a chwilą odejścia z ziemskiej rzeczywistości do wieczności jest czasem jego „narzeczeństwa” z Jezusem. Jeśli jakiś człowiek, będąc już formalnie Oblubienicą, wytrwa w wierności Oblubieńcowi – Chrystusowi (tzn. zwycięsko przejdzie przez próbę trwania w oczekiwaniu Chrystusa, co nazwane jest procesem uświęcenia – por. Hbr 12,14) – wtedy zostanie wprowadzony na wesele (czas uwielbienia), w trakcie którego dokończy się jego zbawienie (a więc ostateczne uwolnienie go nie tylko od mocy i wpływów grzechu, ale również od jego obecności i konsekwencji).

Duch Boży w człowieku

NT wspomina o sytuacjach, w których Duch Boży zstępuje na człowieka. Najlepiej widać to w opisie chrztu Jezusa w Jordanie (por. Mt 3,13-17; Łk 3,21-22). W czasie tego wydarzenia Duch Boży zstąpił na Jezusa łagodnie, niczym synogarlica. Mateusz w swej narracji nie mówi, że Duch Boży przyjął postać synogarlicy, ale że spoczął na Jezusie łagodnie „jak synogarlica” sfruwająca z góry. Gdyby Duch Boży przyjął postać synogarlicy, wówczas trzeba by mówić o kolejnym Bożym wcieleniu (tym razem innym niż ludzkie), a przecież Biblia wyraźnie mówi, że Jezus jest jedynym obrazem niewidzialnego Boga (por. Kol 1,15), a więc jedynym wcieleniem Boga. W ikonografii religijnej interpretacja tego fragmentu znacznie wykroczyła poza relację biblijną i wprowadziła wiele chaosu w sprawy zrozumienia natury Ducha Bożego w człowieku.

Przytoczone wyżej teksty dostarczają również innej, niezwykle ważnej obserwacji, a mianowicie takiej, że Boży Duch zstępujący na człowieka nie powala go, jak twierdzi wielu fałszywych nauczycieli, ale przenika ducha człowieczego, uzdolniając go do poddania się Bogu w posłuszeństwie Jego Słowu i życiu w uświęceniu. Moc, którą Duch Boży wnosi w życie człowieka, służy wzmocnieniu ducha człowieka i obdarowaniu go siłą do zwycięskiego pokonywania grzechu, a nie do fizycznego „powalania”. Zresztą Pismo św. wyraźnie mówi w Dz 5,32, że Bóg udziela swego Ducha tylko tym, którzy są Mu posłuszni. Nie należy zatem się spodziewać, by fałszywi nauczyciele mieli w sobie Ducha Uświęcenia. A skoro powołują się na bycie pod wpływem ducha, to najwyraźniej musi to być inny duch niż Duch Chrystusa. Nie inaczej było w czasach Jezusa i Apostołów (por. Dz 19,13-17). W NT znajdujemy świadectwa tego, że duchami, które targały ludźmi lub powalały ich na ziemię, były duchy ciemności (por. Mk 1,26; Łk 4,35; Łk 9,39; Łk 9,42; Dz 19,16). Należy zatem przyjąć, że wszelkie nauczanie o „powalaniu duchem” czy „padaniu pod wpływem ducha” jest ewidentnym zwodzeniem, które wdarło się do środowiska chrześcijańskiego przez fałszywych proroków i fałszywych nauczycieli, aby wypaczać prawdę Bożego Słowa.

Umacniające do życia w uświęceniu działanie Ducha Bożego może co jakiś czas objawiać się w człowieku również po to, aby sprawdzać daną osobę w zakresie jej wierności Bożemu Słowu. Taka sytuacja miała miejsce w życiu Jezusa. Po chrzcie w Jordanie Duch Boży wyprowadził Go na pustkowie, by tam został „poddany testowi” (por. Mt 4,1-11) przed rozpoczęciem publicznej służby. Gdy Jezus przechodził duchowy egzamin, natychmiast pojawił się diabeł, który zaczął Go kusić. W tekście użyte zostało słowo gr. peiradzo, które można tłumaczyć zarówno jako „test” („próba”), jak i „pokusa”, w zależności od tego, kto jest inicjatorem opisywanego działania. Typowe jest to, że gdy Bóg poddaje wiarę człowieka próbie, natychmiast zjawia się szatan (lub jego wysłannicy), by w tym samym czasie kusić człowieka do łatwiejszych lub przyjemniejszych rozwiązań. Przypomina to nieco sytuację, w jakiej młodzi ludzie znajdują się podczas egzaminu maturalnego (tzw. egzaminu dojrzałości). Młodzież bierze udział w tym sprawdzianie, by udokumentować dojrzałość posiadanej wiedzy, jednak w trakcie testu jest często kuszona, by ściągać, co jest przecież całkowicie przeciwne idei tego egzaminu. Podobnie było z Jezusem. On też był poddany pokusom, ale je przezwyciężył. Ważną wskazówką dla Jego uczniów jest to, by w sytuacjach peiradzo pamiętać, jak postępował Jezus. On trwał w prawdzie Bożego Słowa (por. Mt 4,4; Mt 4,7; Mt 4,10). Znajdując się w ogniu pokus, pamiętajmy, że dysponujemy również szczególną obietnicą Bożego Słowa odnoszącą się do peiradzo – 1 Kor 10,13.

Innym zadaniem (oprócz prowadzenia w uświęceniu), które Duch Boży pełni w człowieku wierzącym, jest wdrażanie go do samodyscypliny opartej na trzeźwym myśleniu, powściągliwości i samokontroli (por. 2 Tm 1,7).

W życiu osób niepolegających na Chrystusie Duch Boży pełni zupełnie inne zadanie. Jest On tym, który prowadzi ich do opamiętania się i zanurzenia w Chrystusa. Duch dokonuje tego przez przekonywanie świata: 

    1)  o grzechu polegającym na tym, że ludzie nie ufają Chrystusowi;

    2)  o Bożej sprawiedliwości, która jest dostępna tylko W CHRYSTUSIE, i

    3)  o sądzie, którego nad wszystkimi, włącznie z szatanem, dokona Chrystus (por. J 16,8–11 oraz Mt 12,20; J 3,19; J 5,22; J 14,6).

Tylko wobec tych, którzy na to działanie Ducha odpowiedzą złożeniem swej ufności w Chrystusie, Duch Boży kontynuuje swoją pracę, otaczając Chrystusa chwałą w ich myślach i sercach (por. J 15,26 oraz J 16,14) oraz prowadząc ich przez resztę życia w procesie uświęcenia, którego celem jest upodobnienie ich charakterów do charakteru Chrystusa (por. 1 P 1,16; Hbr 12,14). Sprawa świadectwa, które składa Duch Chrystusa, jest zatem bardzo czytelna. Tam, gdzie Chrystus jest otaczany chwałą (a w Nim także Ojciec), tam bez wątpienia mamy do czynienia z działaniem Bożego Ducha. Tam zaś, gdzie jakaś inna osoba odbiera chwałę, tam nie ma Ducha Bożego, lecz jest duch zwodzenia pochodzący z ciemności i starający się odciągnąć ludzi od Chrystusa. Duch zwodzenia czyni wszystko, aby zwrócić myśli ludzi na kogokolwiek, byle nie na Jezusa Chrystusa. W tym celu stosuje wszelkie „efekty specjalne”, jakimi tylko dysponuje (por. Mt 24,24), włączając w to nawet podawanie się za „posłańca z Niebios” (por. Ga 1,8) czy „anioła światłości” (por. 2 Kor 11,14). Czasami duch zwodzenia dokonuje przez poszczególne osoby manifestacji, czym stara się przekonać innych ludzi, iż jest „Duchem Świętym”. Jednak proste porównanie tych manifestacji do zachowania się Jezusa pod wpływem Bożego Ducha natychmiast demaskuje te fałszerstwa.

Duch Boży w człowieku jest darem Najwyższego, a nie czymś, co człowiek może sam w sobie wygenerować. Z obietnicy Bożej zawartej w Jl 3,1-5 i Dz 5,32 wynika, że Duch będzie dany każdemu, kto w Chrystusie złoży całą swoją nadzieję oraz okaże Mu swoje posłuszeństwo. Problemem wielu współczesnych chrześcijan jest jednak to, że nie ufają Chrystusowi w sposób radykalny i wyłączny. Również nie okazują Mu posłuszeństwa ani nie wgłębiają się (dosł. „nie wgryzają się”) w Jego Słowo (por. J 6,47-58), które jest Jego Istotą. Część z nich niezmiennie pokłada swą nadzieję w obrzędach, ludzkich autorytetach, organizacjach czy kościelnych instytucjach. Ufają im bardziej niż Bożemu Słowu. Tacy, do czasu swego opamiętania się, nie powinni oczekiwać napełnienia Bożym Duchem.

Czasami zdarza się słyszeć kaznodziejów twierdzących, że wolą Jezusa jest Jego osobiste zamieszkanie w sercu człowieka, jednak z biblijnego punktu widzenia nie jest to prawdą. Świadectwo NT jest jednoznacznie takie, iż Jezus po wstąpieniu w Niebiosa (por. Dz 1,9-11) nadal tam przebywa, co potrwa aż do Jego powtórnego przyjścia na Ziemię. W naszych czasach Święty Bóg jest obecny na Ziemi w postaci Ducha, i to właśnie Boży Duch jest osobą, która może zamieszkać w wierzącym, by napełniać go Prawdą i zrozumieniem Słowa Chrystusa, a także prowadzić w naśladowaniu Jezusa, czyli w procesie uświęcenia.

Inni kaznodzieje (idąc za literalnymi przekładami tekstów 1 Kor 3,16; 1 Kor 6,19; 2 Kor 6,16) twierdzą, że ciało każdego wierzącego jest świątynią Ducha Świętego Boga. Brzmi to bardzo efektownie, lecz nie wynika z gramatyki wskazywanych fragmentów. Wszystkie trzy przywołane teksty są zapisane w liczbie mnogiej, co wskazuje, że świątynią Ducha Świętego Boga jest społeczność wierzących (jako zbiorowość), a nie jej pojedynczy członkowie. On jest również głównym kamienieniem spajającym tę duchową budowlę (por. Ef 2,19-22). Ma to sens, skoro Głową każdej społeczności wierzących (duchowej świątyni, kościoła) jest Chrystus (por. Ef 5,23; Kol 1,18), a poszczególni wierzący są żywymi kamieniami tej duchowej świątyni (por. 1 P 2,5). Oczywiście każdy wierzący jest zapieczętowany Duchem Uświęcenia, ale to określenie ma inny sens i inne konsekwencje w Bożym planie zbawienia, a także w planie duchowego wzrostu człowieka. Zgodnie z 1 Kor 6,15 każdy wierzący jest również częścią Ciała Chrystusa, jednak świątynię stanowią razem, tworząc wspólnotę wiary.

Duch Boży (Duch Chrystusa) działa w człowieku w pełnej synergii z Bożym Słowem. Wynika to z porównawczej analizy tekstów Ef 5,18-19 z Kol 3,16. Duch Boży komunikuje się z człowiekiem, używając Bożego Słowa, a Boże Słowo jest wyraźną ekspresją świadectwa składanego przez Bożego Ducha. Skoro Bóg jest JEDEN, tzn. jest osobowo całkowicie integralny, to Jego Duch i Jego Słowo są również całkowicie spójne. Są one absolutną jednością i w sposób jednoznaczny oraz komplementarny wyrażają ponadczasową myśl i wolę Boga.

Jak duch ludzki nie jest odrębną częścią człowieka, lecz integralnie istotą człowieka, tak również Duch Boży nie jest odrębną częścią Boga, lecz integralnie Jego Istotą (por. J 4,24). Nie jest to dziwne, skoro człowiek został stworzony na obraz Boży (por. Rdz 1,26). Integralność Boskiej Istoty sprawia, że Duch Boży przemawia do ludzi, używając Bożego Słowa (por. np. J 16,7-15). Biorąc zaś pod uwagę, że Duch Świętego Boga jest Duchem Chrystusa (por. Dz 16,6-7), a Jezus jest wcieleniem Bożego Słowa (por. J 1,1-5 oraz J 1,9-14), to sugerowanie, że celem Ducha Świętego Boga jest poświadczanie (przedstawianie) innych treści, których On nie objawił w Słowie, jest fałszywym nauczaniem, przed którym przestrzegał Jezus w Mt 24,24 i Mk 13,22. Nie tylko Jezus, ale również Apostołowie poświęcali wiele uwagi zagadnieniu rozpoznawania fałszywego nauczania – np. Paweł w 2 Kor 11,13, Piotr w 2 P 2,1 czy Jan, który poświęcił tej sprawie swój cały Pierwszy list.

Zgodnie z nauczaniem Apostoła Jana najlepszym sposobem na unikanie fałszywej teologii i wytrwanie w Chrystusie jest pozostawanie przy pierwotnej nauce apostolskiej. Jej najczystszą i niezmienioną formę mamy w Piśmie św., które Duch Boży sam najlepiej wyjaśnia w sercach wierzących. Na tym polega namaszczenie, o którym Jan pisze w 1 J 2,20 i w 1 J 2,27. Jest to namaszczenie duchowe do życia w uświęceniu – wewnętrzne, a nie zewnętrzne. Z tego względu uczniowie Jezusa zawsze muszą zachowywać ostrożność w przyjmowaniu jakichkolwiek ludzkich nauk czy wyjaśnień, choćby pochodziły od największych autorytetów. Zasłyszane opinie i interpretacje powinni oni koniecznie porównywać z tym, co mówi Słowo Boże (por. Dz 17,11).

O tym samym pisał Juda w trzecim wersecie swojego listu, wskazując, że w czasach apostolskich (tzn. za życia Apostołów) Dobra Wiadomość o ratunku w Chrystusie została przekazana ludowi Bożemu w sposób całkowicie pełny i wystarczający, bez żadnych braków i niedopowiedzeń. Treść tego objawienia była zwartą całością Bożego przekazu danego ludziom (co podkreślają także wersety J 3,16 i Dz 4,12). Objawienia tego nie wolno zmieniać ani korygować przez dodawanie czy odejmowanie jakichkolwiek treści (oczywiście nie chodzi o różnicowanie języka i form przekładów na języki nowożytne, ale o zawartość merytoryczną przekazu). A skoro objawienie Boże zostało przekazane ludowi raz na zawsze, w pełny sposób, to znaczy, że wszelkie „dodatkowe” treści merytoryczne oraz inne merytoryczne „objawienia” nie są dziełem Boga.

Patrz też → Duch Świętego Boga.

Duch Chrystusa

W 1 P 1,10-11 Duch Boży działający w prorokach ST (hebr. RUAH HA-KODESZ) jest jednoznacznie zidentyfikowany z Duchem Chrystusa (gr. PNEUMA CHRISTU). W Rz 8,9 Duch Chrystusa został zidentyfikowany jako Duch Boży.

Patrz też → Duch Jezusa; → Duch Świętego Boga; → Jezus Chrystus – Bóg i Człowiek.

Duch człowieczy

Apostoł Paweł w swoich pismach odróżnia ducha człowieka od Ducha Bożego, co jasno widać np. w 1 Tes 5,23. To rozróżnienie podkreślono w przekładzie NPD przez użycie małej i wielkiej litery. Człowieczy duch może być martwy (stan duchowej śmierci, który jest naturalny dla każdego człowieka znajdującego się od urodzenia w mocy królestwa ciemności) lub żywy (gdy człowiek narodzi się duchowo dla Boga, o czym Jezus mówi w J 3,3). Narodzony na nowo człowiek staje (jak niemowlę u progu życia – gr. nepios, teknon) na początku nowej drogi życia – drogi uświęcenia, która ma polegać na tym, że uczy się on postępowania według pragnień swojego narodzonego na nowo ducha. Musi się nauczyć podejmowania decyzji nie na podstawie pragnień i pożądliwości swej skłonnej do grzechu starej natury (wrodzona cielesność), ale według tego, co mówi do niego Duch Boży.

Relacja pomiędzy duchem człowieka a Duchem Boga (Duchem Prawdy, Duchem Uświęcającym) nie jest statyczna ani tym bardziej zinstytucjonalizowana, lecz jest związkiem dynamicznym, w którym liczy się jedynie umiłowanie PANA ponad wszystko i posłuszeństwo Jego duchowemu przewodnictwu (por. Dz 5,32). Bez osobistej relacji z Chrystusem (która realizuje się w sposób duchowy) nikt nie może być chrześcijaninem (por. Rz 8,9). Bez Ducha Chrystusowego (Ducha Uświęcenia) można być co najwyżej człowiekiem religijnym, szukającym gorliwie zbawienia, lecz ciągle pozbawionym Bożego Życia. Taką religijnością cechowali się uczeni w Piśmie i faryzeusze, jednak Chrystus wielokrotnie obnażał hipokryzję ich serc (por. Łk 11,43-44; J 8,42-45). Religijność bowiem nikomu nie gwarantuje wstępu do Bożego Królestwa. Tam można zostać wprowadzonym jedynie W CHRYSTUSIE i PRZEZ CHRYSTUSA, ponieważ tylko On jest jedyną Drogą do Ojca (por. J 14,6), jedyną Bramą Bożego Królestwa (por. J 10,7-9) i jedynym, który ma w sobie odwieczne i nieskończone Życie (por. J 14,6).

Duch Jezusa

W Dz 16,6-10 Duch Jezusa (gr. TO PNEUMA IESU) jest jednoznacznie zidentyfikowany z Duchem Uświęcającym (gr. TO HAGIOS PNEUMA) oraz z Bogiem (werset 10.), a więc również z Duchem Świętego Boga (gr. TO PNEUMA TO HAGION).

Patrz też → Duch Jezusa; → Duch Świętego Boga; → Jezus Chrystus – Bóg i Człowiek.

Duch Świętego Boga

Hebr. RUAH HA-KODESZ („Duch Świętości”), gr. TO PNEUMA TO HAGION („Duch Tego Jedynego, Który Jest Święty”; w popularnych przekładach „Duch Święty”). Literalne potraktowanie słowa HAGION jako formy przymiotnikowej, a nie rzeczownikowej (co bardziej oddaje hebrajskie znaczenie tego słowa), nie zawsze pozwala niewprawionemu czytelnikowi Bożego Słowa dostrzec wymiar istoty Ducha Świętego Boga. Jednak dzięki tej uwadze Pawła w Rz 1,16 jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć, że Bóg, który jest Świętym Duchem (por. J 4,24), koncentruje moc swojego działania na przemienianiu ludzkich serc poprzez głoszenie Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie (por. także 1 Kor 1,18 oraz 2 Kor 10,4). Lekceważenie tej wielkiej prawdy i poszukiwanie objawów „mocy Bożej” w czymś innym albo postrzeganie Bożego Ducha jako bezosobowej mocy (tradycja judaistyczna) prowadzi nie tylko do niezrozumienia istoty i charakteru działania Ducha Świętego Boga, lecz także do wypaczania zdrowej nauki o Chrystusie.

Ściśle rzecz biorąc, hebrajski termin RUAH HA-KODESZ w dokładnym przekładzie znaczy „Duch Świętości” lub „Duch Uświęcenia”. Zgodnie z 1 P 1,11 jest On Duchem Jezusa Chrystusa, a jednocześnie – jak świadczy o tym całe Pismo – Duchem Świętego Boga. W żydowskim rozumieniu RUAH HA-KODESZ był „Mocą Bożą” (hebr. Ha-Gwura, gr. Dynamis), a więc reprezentował moc i potęgę, jaką dysponuje El Szaddaj (Bóg Wszechmogący). W kulturze Zachodu Ducha Bożego nazywa się często – idąc za popularnymi przekładami Biblii – Duchem Świętym. Jednak nie jest to celny przekład, gdyż nowotestamentowa fraza tłumaczona jako „Duch Święty” brzmi: TO PNEUMA TO HAGION, i składa się z dwóch rzeczowników poprzedzonych dwoma zaimkami określonymi. Funkcja tych zaimków w języku greckim jest podobna do angielskiego the czy niemieckich der, die, das (w przypadku Ducha zaimek HO w 3 os. l.p. przyjmuje formę TO) i wskazuje na konkretny podmiot lub przedmiot. W związku z tym określenie TO PNEUMA TO HAGION należałoby odczytywać: „Duch Tego Jedynego, Który Jest Święty”. Warto przy tym pamiętać, że w tekście oryginalnym słowa te pojawiają się bez rozróżnienia wielkich i małych liter, a także bez spacji pomiędzy nimi. Wszelkie wyróżnienia (jak np. wielkie litery czy interpunkcja) są zabiegami redakcyjnymi tłumaczy, edytorów lub wydawców. Tak więc tradycyjne potraktowanie słowa HAGION jako przymiotnika (jak funkcjonuje to w określeniu „Duch Święty”) nie oddaje rzeczownikowego określenia Boga wyrażonego słowem Święty, zgodnie z sensem hebrajskiego KADOSZ (od którego pochodzi kodesz), używanego np. we frazach „Święty Izraela” czy „to mówi Święty”. Niestety, tradycyjne tłumaczenia nie ułatwiają, niewprawionemu czytelnikowi Biblii zauważenia zasadniczego charakteru i natury Ducha Świętego Boga. Z tych powodów oraz dla zachowania płynności i ułatwienia czytania tekstów, w których występuje fraza TO PNEUMA TO HAGION, Redakcja NPD zdecydowała się zastosować przekład: „Duch Świętego Boga” zamiast tradycyjnego „Duch Święty”. W wyborze tym kierowaliśmy się myślą, aby (jak w grece) mieć dwa rzeczowniki (Duch i Bóg), a świętość Boga oddać w formie przydawki przymiotnej określającej Jego charakter – wszystko zgodnie z zasadniczym sensem terminu greckiego oraz hebrajskiego tytułu, jakim określany jest Najwyższy: „Święty”.

Jednak nie we wszystkich wersetach NT słowa PNEUMA i HAGION występują razem z zaimkami określonymi. Ta obserwacja prowadzi nas do zrozumienia, iż nie każdy zapis w NT używający tych słów opisuje Ducha Świętego Boga. Fraza TO PNEUMA TO HAGION (28 wystąpień w NT) bez wątpienia odnosi się do Boskiej Osoby, jednak inne konstrukcje niekoniecznie. W NT bowiem (a także w Septuagincie) znajdujemy frazy: TO HAGION PNEUMA i pochodne, w których mamy jeden rodzajnik określony, jeden rzeczownik i jeden przymiotnik (14 wystąpień), a także PNEUMA HAGION bez żadnych rodzajników (45 wystąpień).

Gdy w oryginalnym tekście mamy do czynienia z określeniem TO HAGION PNEUMA i pochodnymi (jeden rodzajnik określony z rzeczownikiem i jeden przymiotnik), Redakcja NPD zaproponowała przekład „Duch Uświęcenia” lub „Duch Uświęcający”, w zależności od kontekstu.

W miejscach, w których występuje fraza PNEUMA HAGION i pokrewne (w których nie ma ani jednego rodzajnika określonego), z czym spotykamy się np. w Łk 11,13, mamy do czynienia z jednym nieokreślonym rzeczownikiem (pneuma) i przymiotnikiem (hagion). Taka fraza opisuje raczej duchową postawę serca, które cechuje dążenie do świętości. W Łk 11,11-12 Jezus, mówiąc o modlitwie w kontekście dobroci Bożej, wskazuje, że Bóg chętnie obdarza swe duchowe dzieci „duchem uświęcenia”, jeśli tylko wytrwale o to zabiegają. Czyni to, aby mogły one realizować Jego oczekiwanie o wzrastaniu w świętości, ponieważ On Jest Święty (por. 1 P 1,15-16). W tym wypadku chodzi zatem raczej o duchową postawę uświęcenia (tzn. trwanie w duchu uświęcenia).

W dniu Pięćdziesiątnicy Duch Świętego Boga został posłany na Ziemię, by swą powszechną obecnością zastąpić Jezusa. Główną cechą (atrybutem charakterologicznym) tego Ducha, który jest Duchem Chrystusa (por. J 16,14), jest świętość, a zasadniczym celem Jego działania – złożenie świadectwa o Chrystusie (por. J 15,26), co realizuje w dwojaki sposób: 

    1.  Przekonując świat o: 

        (a) jego fundamentalnym grzechu, którym jest brak zaufania do Chrystusa;

        (b) Bożym kryterium uznawania ludzi za sprawiedliwych, czyli trwaniu w Chrystusie;

        (c) Bożym Sądzie (→ Sąd Ostateczny), który zostanie przeprowadzony przez Jezusa Chrystusa. Jako kryterium tego Sądu zostanie wzięta pod uwagę jedynie praktyczna relacja ludzi z Chrystusem i Jego Słowem (por. J 12,44-48; 1 J 5,12); 

    2.  Przekonując Boży lud (a więc tych, którzy złożyli swoją ufność w Chrystusie) o konieczności przejścia przez proces uświęcenia (por. Hbr 12,14).

Ponieważ w oryginale NT w Mt 3,11 i Łk 3,16 znajdujemy określenia Ducha Świętego Boga jako „Istoty płomienistej”, nie jest zaskakujące, iż stosowane są w stosunku do Niego określenia: „rozniecanie (rozpalanie) daru Ducha” (por. 2 Tm 1,6) i „gaszenie Ducha” (por. 1 Tes 5,19). Sam Bóg jest również określany jako „ogień pochłaniający” (por. Pwt 9,3 i Hbr 12,29).

Czasami Duch Boży jest porównywany w Piśmie do „wody żywej” (czyli czystej, źródlanej – por. J 7,38-39). Patrząc z tej perspektywy, nie dziwimy się również napotykanym w Piśmie św. sformułowaniom „zanurzanie w Ducha” (por. Mt 3,11; Mk 1,8; Łk 3,16; Dz 1,5; Dz 11,16), co zwykle jest tożsame również z zanurzeniem w Boże Słowo (por. sens i brzmienie Ef 5,18-19 z przekazem Kol 3,16).

Pismo św. wyraźnie stwierdza, że Jezus po swoim Wniebowstąpieniu nadal przebywa w Niebiosach, a więc na Ziemi Go nie ma. Z kolei wersety Mt 28,20 i J 14,16-18 wyraźnie wskazują, iż zesłany przez Niego Duch jest Osobową Postacią, w której On sam – tzn. Jezus – postanowił towarzyszyć swym uczniom na Ziemi do końca obecnego świata (obecnego wieku, eonu – por. Mt 28,20b). Aby lepiej zrozumieć, jakie to pociąga za sobą różnice, przyjrzyjmy się sposobowi działania Bożego Ducha w czasach Starego i Nowego Przymierza.

W Starym Przymierzu Duch Boży oddziaływał na społeczność wierzących (Izrael) w szczególny sposób – tylko przez pojedynczych przedstawicieli (proroków, królów, kapłanów). Tylko oni byli namaszczani Duchem. W Nowym Przymierzu Bóg również wpływa na społeczność wierzących – na żywe Ciało Chrystusa, zwane Oblubienicą Chrystusa, ekklesią lub kościołem (w sensie lokalnego zgromadzenia wierzących) – lecz w ramach tego Przymierza Duch Boży został wylany powszechnie, na całą tę zbiorowość. O ile więc w Starym Przymierzu poszczególni ludzie byli wyróżniani namaszczeniem Bożym Duchem, o tyle w Nowym Przymierzu nikt nie jest wyróżniany, gdyż Duch Boży został dany powszechnie wszystkim wierzącym (tzn. tym, którzy trwają w posłuszeństwie Chrystusowi i Jego Słowu). Relacja człowieka trwającego w zaufaniu do Boga z Bożym Duchem Uświęcenia ma charakter dynamiczny, tzn. Bóg wyposaża osobę, która jest Mu posłuszna, w zdolność do zrealizowania Jego woli. W tym celu udziela takiemu człowiekowi potrzebnej mocy, wskazówek (mądrości), a także daje mu swoje prowadzenie. Stąd tak często w opisach działania Ducha Świętego Boga pisarze NT używają słów gr. dynamis („moc”, „zdolność”, „umiejętność”) oraz dynamai („móc”, „potrafić”, „zdołać coś uczynić”). Celem tej dynamicznej relacji z Duchem Wiekuistego Boga jest przygotowanie wierzących do realizacji tych samych dwóch celów, które stanowiły zasadniczy wektor służby Jezusa Chrystusa na Ziemi: 

    1)  ratowania innych ludzi przed nadciągającym na ten świat Bożym gniewem i czekającym ich wiecznym potępieniem (przez głoszenie im Dobrej Wiadomości o ratunku, jaki jest w Jezusie Chrystusie, oraz czynienie ich uczniami Jezusa);

    2)  przeciwstawiania się grzechowi w ich osobistym życiu (Duch przeprowadza ich przez osobisty proces uświęcenia – por. Hbr 12,14).

Skoro zaś relacja człowieka z Duchem Świętego Boga jest dynamiczna, oczywistością jest, iż w żadnej mierze nie jest statyczna. Nie ma zatem charakteru „biletu do nieba” czy „polisy ubezpieczeniowej o nazwie «wieczne namaszczenie»”, które byłyby niezależne od faktycznego, osobistego posłuszeństwa człowieka Bogu. Relacja ta – podobnie jak wierne trwanie w małżeństwie – ma charakter funkcjonalny i w tym sensie jest pożądana, ale i opcjonalna. Jej podstawą jest trwanie człowieka w zaufaniu do Najwyższego i wytrwanie w najszerzej pojętym posłuszeństwie wobec Jego Ducha (por. Dz 5,32). Niestety, możliwa jest również sytuacja, w której człowiek zdecydował się na życie według własnych priorytetów (wolna wola) i pomimo wcześniejszego zakosztowania działania Ducha Uświęcenia (który obficie niczym deszcz sprowadzał na niego Boże błogosławieństwo z Niebios – por. Hbr 6,4-5) przestaje pełnić wolę Najwyższego. Jest to negatywna konsekwencja faktu, że Bóg wyposażył ludzi (na swój obraz) w wolną wolę, a co za tym idzie – dał im możliwość swobodnego wyboru (podobnie jak to jest w małżeństwie). Uczynił tak, ponieważ miłe Mu są szczera wierność i posłuszeństwo wypływające z postawy ofiarnej miłości agape. Jeśli więc ktoś doświadczył wspaniałości świętego i hojnego Bożego błogosławieństwa, a mimo to po jakimś czasie okazał się bezowocny (czyli okazał się glebą, która wbrew użyźnianiu Słowem nadal rodzi tylko ciernie i osty – por. Mt 13,22), to w końcu i on zostanie uznany za bezużytecznego i – jak nieużyteczna gleba zasługująca na przekleństwo i wypalenie ogniem – również zostanie przeklęty i wydany na działanie płomieni Bożego gniewu.

Niestety, coraz częściej ostatnio słyszy się opinie (zakorzenione głównie w ekstremalnej teologii charyzmatycznej) przedstawiające Bożego Ducha wręcz jako źródło „efektów specjalnych” (tzw. manifestacji „mocy”) podobnych do tych, które można zobaczyć w filmach science fiction lub sztuczek rodem z rozrywkowych programów TV prezentujących zawodowych prestidigitatorów. Jednak dzięki uwadze poczynionej przez Apostoła Pawła w Rz 1,16 rozumiemy, że Bóg, który sam w sobie jest Postacią Duchową (por. J 4,24), moc swego działania koncentruje na przemienianiu ludzkich serc, do czego używa swego Słowa. Dlatego głoszenie prawdziwej Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie (por. Mt 28,18-20; 1 Kor 1,18; 2 Kor 10,4) jest tak ważne i ma potężne wsparcie realnej Bożej mocy. Lekceważenie tej wielkiej prawdy i poszukiwanie objawów „mocy Bożej” w czymś innym prowadzi nie tylko do niezrozumienia istoty działania Ducha Świętego Boga, Jego charakteru i celów, ale również do wypaczania zdrowej nauki o Chrystusie. W całym NT widzimy, że Duch Boży nazywany jest także Duchem Chrystusa oraz Duchem Uświęcenia lub Duchem Uświęcającym (gr. TO HAGION PNEUMA). Zgodnie ze słowami Jezusa Duch jest inną Postacią Osobową Jedynego Boga Stwórcy wszechświata, w której objawia się Ten Jedyny, Który Jest Święty. Osobowy charakter Bożego Ducha jest więc odzwierciedleniem istoty i charakteru świętego Boga (por. J 4,24).

Z tego powodu niezwykle przykre oraz hańbiące jest to, iż w niektórych wspólnotach, zgromadzeniach czy kościołach, które same siebie zwą chrześcijańskimi, wznieca się niewłaściwą ekscytację wokół spraw całkowicie pobocznych i w centrum nauczania stawia się przekaz o „efekciarskim” działaniu rzekomego Ducha Świętego. Głosiciele takich nauk twierdzą, że zasadniczym znakiem działania Ducha Świętego są przede wszystkim glosolalia (rozumiana przez nich jako mówienie rzekomymi językami anielskimi) lub innego typu zewnętrzne „manifestacje Ducha”. Nic bardziej mylnego. Głównym i absolutnie zasadniczym przejawem działania Ducha Świętego Boga jest prowadzenie grzeszników do opamiętania pod wpływem Bożego Słowa, zwracanie ich ku Chrystusowi oraz skłonienie ich do złożenia całej swej nadziei i ufności wyłącznie w Chrystusie. Tak złożone sercem zaufanie (wiara) prowadzi ludzi do prawdziwego poddania się Bogu w posłuszeństwie pełnienia woli Ojca w Niebiosach. Kolejne kroki działania Bożego Ducha w ludziach wierzących polegają na kształtowaniu w nich charakteru Jezusa (proces uświęcenia), co – jak wyżej wspomniano – rodzi w nich osobiste pragnienie unikania grzechu oraz wzrastanie w ofiarnej Bożej miłości (por. 1 Kor 12,31-13,8; Ga 5,22-23).

Powtórzmy: zgodnie z nauczaniem NT celem i zadaniem Ducha Bożego w odrodzonym duchowo człowieku jest wypełnianie go (napełnianie, nasycanie) Słowem Bożym, tzn. prowadzenie go w codziennym myśleniu i postępowaniu przez objaśnianie mu Bożego Słowa. Najstosowniejszym więc określeniem działania Ducha jest Jego zdolność oświecania człowieka (por. Ef 1,17), aby mógł on w całej mądrości i świętości pojąć znaczenie Bożego Słowa i praktycznie wprowadzać w życie wolę Boga Wiekuistego.

Chociaż Duch Boży jest niezmienny (niezmienny bowiem jest Bóg), to zauważamy w Biblii pewne niuanse Jego działania między ST a NT. O ile w czasach Starego Przymierza nie był On wylany powszechnie, lecz co najwyżej zstępował na wybranego człowieka (namaszczając go zewnętrznie, jak miało to miejsce w wypadku proroków) i wręcz przymuszał go do określonego działania i przemawiania – komunikowania Bożego przesłania – o tyle w NT wyraźnie widzimy, że Duch został wylany powszechnie (por. Jl 3,1-2; Dz 2,17-18). Teraz, zamiast namaszczenia zewnętrznego, kieruje się do wnętrza człowieka, by dokonać przemiany jego serca (motywacji), a więc dokonać odnowy wewnętrznej człowieka (por. Hbr 10,16), czyli jego uświęcenia (por. Hbr 12,14).

Z Ga 4,6 wynika, że miejscem w człowieku, na które oddziałuje Duch Boży, jest serce. Nie chodzi tu oczywiście o narząd wewnętrzny (mięsień sercowy pompujący krew), ale o symboliczne określenie, wzięte z kultury żydowskiej, opisujące wewnętrzny ośrodek decyzyjny i motywacyjny człowieka. To miejsce wydaje się zresztą jedynym sensownym dla przemiany człowieka. W rozumieniu semickim (inaczej niż we współczesnej kulturze Zachodu) serce nie miało nic wspólnego z emocjami (ośrodkiem emocji w antropologii biblijnej były nerki). A skoro wyrazem osobistej ufności do Boga ma być pełne poddanie Najwyższemu oraz ukorzenie się przed Nim w posłuszeństwie, to ośrodek woli należy do tej sfery egzystencji człowieka, nad którą powinien panować Boży Duch Świętości. Zatem serce – w znaczeniu biblijnym – jest siedzibą ducha człowieczego, który wpływa na obszar jego sumienia i który jest odpowiedzialny za jego decyzje w relacjach ze światem duchowym (niematerialnym). To właśnie przez człowieczego ducha Bóg swoim Duchem komunikuje się z człowiekiem i oddziałuje na niego.

Jak to ukazuje Paweł w Ef 1,12-14, gdy człowiek szczerze składa swoją ufną nadzieję w Chrystusie, zostaje zanurzony w Ducha Bożego (zapieczętowany Duchem Uświęcenia). Na to samo wskazuje Apostoł Piotr w 1 P 1,16. Oznacza to, że duch człowieka – po jego duchowym narodzeniu – wchodzi w osobistą relację z Duchem Bożym. W ten sposób Duch Świętego Boga ma bezpośredni dostęp do ludzkiego serca. Jednak to odpowiedzialnością człowieka jest dbanie, by ta relacja pozostała czysta, żywa i dynamiczna. To człowiek musi zadbać o to, by nie doprowadzić swego serca do skamienienia (jako to uczynił faraon – por. Rz 9,17-18 – czy znaczna część narodu żydowskiego – por. Rz 10,18-21; Rz 11,7-10), nie gasić (tłumić) swego ducha (por. 1 Tes 5,19), a tym bardziej nie zasmucać Bożego Ducha (por. Ef 4,30), nie sprzeciwiać się Mu (por. Dz 7,51) ani Go nie okłamywać (por. Dz 5,3), nie obrażać Go (por. Hbr 10,29) ani tym bardziej nie wystawiać na pośmiewisko czy szyderstwo (por. Hbr 6,4-6).

Wersety Ga 4,6-7 pokazują również, że cudowną konsekwencją duchowego narodzenia z Bożego Ducha (por. J 3,3-7) jest otrzymanie poprowadzenia drogą duchowego wzrostu do stania się osobą dojrzałą i przygotowaną do prawnego objęcia wiecznego dziedzictwa (gr. hyios). Gdy człowiek rodzi się duchowo (nowe narodzenie), jest duchowym niemowlęciem (gr. nepios por. Hbr 5,13), które powinno umacniać się i wzrastać, aż do osiągnięcia dojrzałości (gr. hyios). W tym czasie jego umysł, serce i charakter mają zostać przemienione na wzór umysłu, serca i charakteru Jezusa. Człowiek prowadzony tą drogą przez Ducha Świętego Boga przestaje się lękać Boga (np. jako surowego sędziego czy policjanta), a zaczyna widzieć w Nim kochającego i troskliwego Ojca (hebr. Abba). Przestaje nosić w sercu inne fałszywe obrazy Boga głoszone przez świat lub siły ciemności (np. jako zgrzybiałego starca, który stracił kontrolę nad światem), a zaczyna w Nim widzieć wszechpotężnego Stwórcę całego stworzenia, który skutecznie zarządza wszechświatem. Czy taka zmiana postrzegania Najwyższego sprawia, że Bóg przestaje być Sędzią, którego straszliwy gniew pochłonie zepsuty świat? Absolutnie nie! Trzeba jednak zrozumieć, że choć gniew Boga nadal skierowany jest przeciwko wszelkiej bezbożności (por. Rz 1,18), to swoje dzieci (czyli wszystkich składających w Chrystusie ufność i nadzieję), które wytrwają w Chrystusie i przejdą proces uświęcenia (por. Hbr 12,14), Bóg w Dniu Sądu potraktuje z miłością i łagodnością (por. Ef 2,7). Tę fundamentalną prawdę Duch Świętego Boga objawia w sercach ludzi trwających W CHRYSTUSIE. Pierwszym owocem zanurzenia się W CHRYSTUSA i trwania w Nim jest przemożne wewnętrzne pragnienie życia w czystości (bez grzechu). Zewnętrznie owoc ten widoczny jest w postawie opisanej przez Pawła w Ga 5,22-24, a także w 1 Kor 13,4-8. Takie przekształcanie wnętrza człowieka (proces jego uświęcania) jest głównym zadaniem Ducha Świętego Boga w życiu ucznia Jezusa.

W szczególny sposób Duch Boży działa w społeczności wierzących (gr. ekklesia), czyli w lokalnej wspólnocie wiary (zwanej także kościołem). Taką społeczność Duch Boży umacnia i buduje jako Boży dom (por. 1 P 4,16-17), tzn. duchowe mieszkanie Boga (por. Ef 2,22). To właśnie społeczność wierzących została nazwana przez Apostoła Pawła „Świątynią Ducha” (por. 1 Kor 3,16). Do jej budowania Duch Chrystusa udziela poszczególnym wierzącym → darów duchowych, jednak nie po to, by oni sami chlubili się nimi, lecz aby ich używali do budowania CIAŁA CHRYSTUSA – żywej wspólnoty ludu Bożego myślącej i postępującej jak Chrystus, którego głoszą. Równolegle Duch Świętego Boga przekonuje niewierzących o grzechu, sprawiedliwości i sądzie (por. J 16,8), aby doprowadzić ich do zaufania Bogu W CHRYSTUSIE (por. J 16,9-11). Bez wątpienia zatem cała posługa Ducha Świętego Boga jest zogniskowana na Chrystusie – na przyprowadzaniu ludzi do Niego i na zakorzenianiu ich w Nim; na duchowym przekształcaniu charakteru każdego człowieka na wzór charakteru Chrystusa. Duch Świętego Boga nie promuje sam siebie. Ciekawe określenie tej funkcji Ducha Bożego jako Vicarius Christi wprowadził do teologii Tertulian (150-240 r. n.e.), stwierdzając, że żaden człowiek nie może się zwać zastępcą Chrystusa na Ziemi, gdyż takim zastępcą jest wyłącznie Duch Świętego Boga.

Bóg oczywiście działa, jak chce, ale swoje Słowo dał przecież po to, by ludzie uczyli się z niego, a nie lekceważyli je lub, co gorsza, odrzucali. Głupotą zatem jest rezygnacja z Prawdy i Mądrości Bożej. Słowo Boże zaś pokazuje, że świętość życia (tzn. całkowite zorientowanie życia na Świętego Boga), czystość postępowania, która wynika ze świętości (tzn. z unikania grzechu), posłuszeństwo woli Boga oraz przekazywanie i pomnażanie owocu Jego ofiarnej miłości agape (tzn. takiej, która wyświadcza dobro również tym, którzy na nie wcale nie zasługują) są w życiu człowieka FUNDAMENTALNYMI ZNAKAMI OBECNOŚCI Ducha Świętego Boga (Ducha Chrystusa, Ducha Świętości). Nauczanie czegokolwiek innego jest zbaczaniem z głównej drogi Prawdy Bożego Słowa, odchodzeniem od Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie.

Biorąc pod uwagę powyższe, dochodzimy do wniosku, że koncentrowanie nauczania na rzekomych „manifestacjach” Ducha jest w najlepszym wypadku dowodem rozpasanej cielesności głosicieli tych „manifestacji”. Ludzie ci bowiem stawiają w centrum swojego zainteresowania doznania psychofizyczne, a nie wiarę (zaufanie do Bożego Słowa). Kierują swoją uwagę na to, co w ostatecznym rozrachunku nie ma żadnego znaczenia, gdyż wiąże się z cielesnością człowieka, z jego naturalnymi reakcjami, a nie z jego duchem, na którym Duch Boży chce złożyć swój trwały znak (odcisk pieczęci). Jeśli nawet przeżycia, jakich ludzie doznają na styku rzeczywistości ziemskiej z rzeczywistością duchową, są faktem, to w żadnym wypadku nie powinny one stanowić drogowskazu w życiu chrześcijańskim. Przeżycia (emocje) towarzyszą wszystkim ludziom, także tym, którzy tkwią w pogaństwie. Takie same emocje czy przeżycia są dobrze znane i opisane w kultach pogańskich i manifestacjach demonicznych. Tymczasem uczniowie Jezusa powinni kierować się w życiu nie przeżyciami czy fizycznymi doświadczeniami, lecz zaufaniem do Słowa Chrystusa (Słowa Bożego). Taka postawa jest w Biblii nazywana wiarą (zaufaniem do Najwyższego).

Trzeba z całą mocą podkreślić, że w wielu miejscach, w których nie ma jasnego głoszenia prawdziwej Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie (będącej przecież mocą Bożą do zbawienia każdego człowieka – por. Rz 1,16), dzieją się również zdumiewające cuda poświadczane przez lekarzy i setki czy nawet dziesiątki tysięcy świadków. Następują cudowne uzdrowienia, przekazywane są proroctwa, które w jakiejś mierze – biorąc to po ludzku – spełniają się. Są one nawet opisywane w Biblii (por. Dz 8,9). Często znaki te nazywane są nawet „znakami z nieba”, jednak zawsze kluczowe pozostaje pytanie: czy rzeczywiście są to znaki od Boga? Czy są to manifestacje działania Ducha Świętego Boga? Na to pytanie sam Jezus daje odpowiedź w Mt 7,21-23. Mówi tam, że w Dniu Ostatecznym za bezprawne uzna On działania pewnych osób czy sił, które wyznając Go jako PANA, potrafiły prorokować, wyganiać demony czy nawet dokonywać cudów. Jednak ostatecznie powie tym ludziom (siłom), by odstąpili precz od Niego, gdyż nigdy nie miał z nimi osobistego związku (to właśnie znaczą słowa: „(…) nigdy was nie znałem”). Mając więc w pamięci tę wypowiedź Chrystusa, musimy wnikliwie badać to, o czym czasami słyszymy, czytamy, a nawet to, co widzimy na własne oczy. Jeśli te manifestacje nie prowadzą jasno do pełnienia woli Boga W CHRYSTUSIE (por. Mt 7,21b; Ef 2,10), która została objawiona w Bożym Słowie, a więc do prawdziwego uświęcenia życia (por. 1 P 1,14-16), to nie można im ufać ani budować na nich swojej wiary. W najlepszym bowiem razie mogą to być osobiste psychosomatyczne doświadczenia ludzi, którzy pobłądzili z dala od głównego przesłania Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie. W najgorszym – zwodzenia demoniczne, których celem jest oszukanie i związanie ludzkiego umysłu, tak aby przeniósł swoją uwagę z centrum Bożego przesłania, jakim jest Chrystus, na kogoś lub coś innego. Dlatego musimy być tak bardzo ostrożni w odpowiadaniu na „duchowe manifestacje” dokonujące się przed naszymi oczami. Szatan bowiem, próbując dorównywać Bogu, stara się imitować wszelkie Boże działania. Jego zwodzenie łatwo można zrozumieć na przykładzie pozamałżeńskich pożądań i namiętności emocjonalnych oraz relacji seksualnych, które świat nazywa „miłością”. Tego rodzaju zwodzenie dokonuje się we współczesnym świecie na każdym kroku. To samo dzieje się z rzekomymi „objawieniami” i „duchowymi manifestacjami”.

Wiele imitacji działania Ducha Świętego Boga może być trudnych do szybkiego rozpoznania. Z tego powodu Jan Apostoł w swoim pierwszym liście wzywa wierzących do wnikliwego badania duchów (por. 1 J 3,24; 1 J 4,1). W procesie tym powinniśmy kierować się prostą zasadą, że idziemy tylko za tym, co jednocześnie spełnia wszystkie poniższe warunki: 

    1)  znajduje jasne potwierdzenie w Bożym Słowie;

    2)  prowadzi nas do szczerego poszukiwania Bożej woli i posłusznego jej wypełniania;

    3)  prowadzi nas do życia w świętości i czystości;

    4)  stawia Chrystusa w samym centrum naszego życia (jako PANA).

Warunki te są znakomitym duchowym kompasem, a ich spełnianie jest dowodem działania Ducha Świętego Boga w życiu człowieka.

Niestety, w dzisiejszych czasach podążanie za przeżyciami, a nawet za osobistym doświadczeniem, zamiast głębokiego, osobistego zakorzeniania się w Prawdzie Bożego Słowa niebezpiecznie potęguje się w wielu kościołach na całym świecie. Szczególnie mocno narasta to od lat 50. ubiegłego stulecia. Ciekawa dla wielu może być obserwacja, iż w tym samym okresie widzimy w świecie szerzenie się pewnego światopoglądu, który nazywamy postmodernizmem. Filozofia ta w skrócie mówi, że nie ma prawdziwych, fundamentalnych wartości i że wszystko jest względne. Twierdzi wręcz, że wbrew J 15,26 oraz J 16,13 nie istnieje prawda absolutna, a każdy człowiek ma swoją względną prawdę, która dla niego samego jest wyrocznią – w myśl zasady: „Ty masz swoją prawdę, a ja mam swoją. Nie wtrącaj się więc do mojego życia i nie przekonuj, że istnieje jakaś prawda absolutna”. Tymczasem Jezus wyraźnie wskazuje, że Jego Duch jest Duchem Prawdy, a Jego Słowo jest Słowem Prawdy (por. J 6,63; J 14,6; J 14,16-17; J 16,13; J 17,17).

Wygląda więc na to, że wiele poglądów i nurtów teologicznych, jakie w kościołach wykształciły się od tego czasu, jest pokłosiem takiego myślenia. Ten owoc grzesznej ludzkiej natury (por. Ga 5,19-21) stał się zasiewem pod rozliczne zwodnicze koncepcje teologiczne, szczególnie te, które dotyczą kwestionowania wiarygodności Bożego Słowa oraz wypaczania roli Ducha Świętego Boga. Przełożyły się one na niewłaściwe zrozumienie → darów duchowych i doprowadziły do wielu podziałów w Ciele Chrystusa.

Związek Ducha Chrystusa (Ducha Bożego) i Słowa Chrystusa (Słowa Bożego) jest nierozerwalny. Duch Boży przemawia Słowem Bożym, a przekaz tego Słowa jest możliwy do zrozumienia tylko w Bożym Duchu Uświęcenia.

Duch Świętego Boga i Duch Chrystusa są jedną i tą samą Postacią. Jezus, zapowiadając posłanie Ducha, stwierdził, że On sam jest Przewodnikiem, Doradcą, Adwokatem (gr. Parakletos – por. J 14,16; 1 J 2,1) i że pośle do uczniów (por. J 15,26; J 16,7) inną Postać Przewodnika, Doradcy, Adwokata (gr. Parakletos), aby z nimi był na zawsze (por. J 14,16). Słowo „inny” (gr. allon od gr. allos) oznacza inną postać czegoś, co dalej jest tej samej natury. Różni się ono od słowa gr. heteron (od gr. heteros), które opisuje coś innego co do rodzaju (coś o innej naturze – por. 2 Kor 11,4). Porównanie wypowiedzi Jezusa z Mt 28,20 i J 14,16-18 wyraźnie pokazuje, że zapowiadany przez Niego Parakletos (Duch Świętego Boga) jest tą Boską Postacią, w której Jezus będzie towarzyszył swym uczniom do końca obecnego świata (obecnego wieku, eonu).

Jednym z największych problemów współczesnego chrześcijaństwa (obok fałszywego nauczania o → Bożej miłości) jest błędna interpretacja natury, funkcji i sposobów działania Ducha Świętego Boga. Budowane są fałszywe teologie oparte na cielesnej uczuciowości różnego typu „nauczycieli”, którzy z wnętrza swej przesiąkniętej rozbuchanymi emocjami ludzkiej natury budują konstrukty teologiczne mówiące o „powalającej mocy ducha”, formowaniu „tuneli duchowego ognia”, histerycznym zaśmiewaniu się „pod wpływem ducha”, „namaszczaniu duchem” prowadzącym do rzekomych „proroctw pod wpływem ducha”, w których – jak sami twierdzą (wbrew Hbr 1,1-4) – Bóg rzekomo „mówi do nich” i przekazuje im „nowe prawdy”, które wcześniej nie były ujawnione. Ludzie ci nadmiernie koncentrują się na tekstach mówiących o „darach duchowych”, w tym na „mówieniu językami (dosł. „na językach” – pisownia wzięta z publikacji tych nauczycieli), którym nadają znaczenie niemające nic wspólnego z Prawdą Bożego Słowa w tym zakresie. Ich ekstatycznym praktykom często towarzyszy „wypędzanie demonów” z ludzi, których najczęściej sami „opętali” swym emocjonalizmem. Nauczają o „zanurzaniu w ducha”, jakby chodziło o wejście w obłok mgły, w której ludzie nic dalej nie widząc, muszą się kierować własnymi rozchwianymi emocjami oraz „pomocą” tych, którzy sami siebie oferują za „przewodników” (por. Mt 15,14; Mt 23,13-33). Często ludzie ci mówią o „poczuciu szczególnej obecności ducha” w danym miejscu i o „odczuwaniu ducha poruszającego się” w miejscu, w którym się znajdują. Czasami „wzywają ducha, aby zstąpił” na dane miejsce lub grupę ludzi, co od razu pokazuje, że w tego typu wezwaniach nie może chodzić o Bożego Ducha Świętości, który raz na zawsze został powszechnie wylany na świat w Jerozolimie w dniu Pięćdziesiątnicy – i w tym zakresie nic się nie zmieniło. Opisane wyżej zachowania pokazują, że tego typu nauczanie jest jednym wielkim zwodzeniem, które uwagę osób szczerze poszukujących Boga odciąga od Bożego Słowa i nadaje osobistym emocjom autorytet ponad autorytetem Słowa Chrystusa. Emocjonalizm takich nauczycieli zwykle nie uwzględnia głównego przesłania Chrystusowego nauczania o konieczności wzrastania w osobistym uświęceniu (por. Hbr 12,14), ugruntowywaniu się w Słowie Chrystusa (por. J 12,48) i pełnieniu woli Ojca Niebiańskiego objawionej przez Chrystusa (por. Mt 7,21-23). Emocjonalizm nauczania takich fałszywych nauczycieli sprawia, że wiele osób nieznających Bożego Słowa skłania się do zaufania im, gdyż biorą ich za szczere sługi Chrystusa. Kłopot z tego typu „szczerością” polega jednak na tym, że gdy jest oderwana od Prawdy Bożego Słowa (choćby nawet tylko częściowo), staje się łatwo pożywką dla duchowego świata ciemności, któremu najbardziej zależy właśnie na odrywaniu ludzi od Chrystusowego Słowa i Jego Ducha Uświęcenia. W tej batalii emocjonalizm grzesznej ludzkiej natury staje się jednym z głównych narzędzi działania sił ciemności. Jezus ostrzegał przed takimi zwodzicielami, podkreślając wagę przemiany serca człowieka, która ma być widoczna praktycznie w duchowym owocu uświęcenia (por. Mt 7,15-27). Cały przekaz NT mówi wyraźnie, że zbawienie od grzechu (czyli uwolnienie od mocy, wpływu i konsekwencji grzechu) dokonuje się przez wiarę, a więc przez zaufanie Słowu Chrystusa (por. Rz 10,17), a nie przez emocje. Emocje oczywiście są obecne w życiu każdego normalnego człowieka, ale nigdy nie powinny być jego przewodnikiem na Drodze Chrystusowej. Niech służą lepszemu zrozumieniu innego człowieka i jego problemów (empatia), ale powinny być odseparowane od zdrowego poznawania Prawdy przez Słowo Chrystusa.

Patrz też → Duch Uświęcający (Duch Świętości); → Hermeneutyka biblijna.

Duch Święty

Patrz hasła → Duch Świętego Boga; → Duch Uświęcający (Duch Świętości).

Duch Uświęcający (Duch Świętości)

Hebr. RUAH HA-KODESZ znaczy dosłownie „Duch Świętości” lub „Duch Świętego” (w popularnych przekładach „Duch Święty”). Zgodnie z 1 P 1,11 jest On Duchem Jezusa Chrystusa, a jednocześnie – jak świadczy o tym całe Pismo – Duchem Świętego Boga. W związku z tym, i w nawiązaniu do znaczenia zwrotu Go opisującego, jest to Boży Duch Uświęcenia, który został przez Boga posłany na Ziemię, by doprowadzić wszystkich ludzi (cały świat) do Chrystusa, a gdy już złożą całą swoją ufność i nadzieję w Nim jako Zbawicielu – przeprowadzić ich przez proces uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy PANA (por. Hbr 12,14). Duch Uświęcający został dany ludziom jako Przewodnik, Doradca, Adwokat (gr. Parakletos – por. J 15,26; J 16,7), by doprowadzić ich do uświęconego życia wzorowanego na świętości samego Boga i inspirowanego nią (por. 1 P 1,16).

W NT Duch Świętego Boga jest opisywany słowami TO PNEUMA TO HAGION. Jednak nie każdy zapis w NT używający dwóch słów PNEUMA i HAGION jednoznacznie odnosi się do osobowej postaci Ducha Świętego Boga. W zwrotach z dwoma rodzajnikami określonymi (gr. TO PNEUMA TO HAGION) mamy bez wątpienia do czynienia z odniesieniem do Boskiej Postaci Osobowej. W takim sformułowaniu znajdujemy bowiem dwa rzeczowniki poprzedzone dwoma rodzajnikami określonymi. Język polski niestety nie oddaje dobrze sensu takich rodzajników, które istnieją w języku angielskim czy niemieckim. Prawidłowe więc (rzeczownikowe) oddanie tej nazwy powinno brzmieć: „Duch Tego Jedynego, Który Jest Święty” (a więc całkowicie zgodnie z sensem hebrajskiego RUAH HA-KODESZ). Jednak skrótowy przekład na język polski w postaci „Duch Święty” nie oddaje w pełni sensu tego przekazu, gdyż proponuje wersję rzeczownikowo-przymiotnikową, stosowanie zaś w przekładzie zapisu „Duch Tego Jedynego, Który Jest Święty” mocno skomplikowałoby w wielu miejscach płynność tłumaczenia. Z tego względu Redakcja NPD zdecydowała się na użycie określenia „Duch Świętego Boga” tam, gdzie tekst grecki zawiera określenie TO PNEUMA TO HAGION (28 razy w NT) lub gdzie kontekst wyraźnie wskazuje na takie odniesienie (pomimo uchybień w gramatyce greckiej).

Uważna analiza tekstów NT pokazuje, że mamy w nim również określenia: TO HAGION PNEUMA i pochodne (jeden rodzajnik określony i dwa rzeczowniki – 14 wystąpień) oraz PNEUMA HAGION i pochodne (bez żadnych rodzajników – 45 wystąpień). Z podobną sytuacją mamy do czynienia w → Septuagincie.

Zapisy zwierające słowa PNEUMA oraz HAGION pojawiają się w tekście oryginalnym bez rozróżnienia liter na duże czy małe, a także bez żadnych spacji czy znaków przestankowych. Tak jest zapisany cały NT. Z uwagi na to, że określenie PNEUMA HAGION (np. w Łk 11,13) nie zawiera żadnego rodzajnika, można je odczytywać jako duchową postawę serca, które pragnie lgnąć do świętości (duch uświęcenia). Jezus zaleca wierzącym zanoszenie w modlitwach do Boga próśb o taką przemianę serc, aby były one wypełnione pragnieniem dążenia do świętości na wzór Bożej świętości (por. 1 P 1,15-16). Niektórzy tłumacze twierdzą, że obecność rodzajników określonych lub ich brak jest wynikiem słabej znajomości greki przez pisarzy NT. Być może tak jest w części NT, jednak w przypadku Łukasza, dobrze wykształconego lekarza, który był Grekiem z urodzenia, obecność rodzajników lub ich brak w jednym tekście – por. Dz 19 (wersety: 2, 6) – nie uprawniają do takiego stwierdzenia.

W sytuacjach, w których w oryginalnym tekście mamy do czynienia z określeniem TO HAGION PNEUMA i pochodnymi (jeden rodzajnik określony i dwa rzeczowniki), Redakcja NPD proponowała przekład „Duch Uświęcenia” lub „Duch Uświęcający” w zależności od kontekstu. Gdy w tekście greckim występuje tylko słowo PNEUMA z rodzajnikiem określonym (gr. TO PNEUMA), wówczas w przekładzie NPD tłumaczone jest to jako „Duch” lub „Duch Boży” – z uwagi na występujący rodzajnik.

Duchowa światłość i ciemność

Zgodnie z przesłaniem Pierwszego listu Jana określenie „chodzenie w ciemności” jest synonimem takiego stylu życia, w którym grzech jest swoistym nawykiem, czymś normalnym i dopuszczalnym. W przeciwieństwie do tego określenie „chodzenie w światłości” charakteryzuje życie, którego nawykiem jest dążenie do Chrystusowej Światłości, a grzech budzi obrzydzenie.

Sposób myślenia panujący w świecie jest domeną duchowego mroku (por. Jk 4,4), a wszyscy ludzie, którzy trwają w tym sposobie postrzegania rzeczywistości, staczają się ku wiecznemu potępieniu (por. 1 J 2,11), nawet o tym nie wiedząc. Aby rozwiązać ten problem, Bóg, który sam jest Światłością (por. 1 J 1,5), utworzył w tym świecie – mówiąc obrazowo – swoją Strefę Światłości (Strefę Łaski) – por. 1 J 2,9-10. Uczynił to przez wkroczenie na świat ze swoją Światłością (por. J 1,9). Sam dokonał wcielenia i w osobie Jezusa z Nazaretu pokazał nam, co to znaczy być dojrzałym Bożym potomkiem – zdolnym do objęcia dziedzictwa (gr. hyios). Dlatego (używając przenośni) Jezus Chrystus, i tylko On, jest Bożą „strefą specjalną” (Strefą Miłosierdzia, Łaski i Światłości), która jaśnieje pośród ciemności tego świata. Każdy, kto zaufa Jezusowi, może zanurzyć się w utworzonej przez Najwyższego Strefie Światłości i trwając w niej do śmierci fizycznej, zostać uratowanym od wiecznego potępienia, gdyż tylko w tej Strefie (na zasadzie wyłączności) dostępne są: miłość, miłosierdzie, łaskawość, dobroć i wszelkie duchowe błogosławieństwo Boga. Tylko zanurzenie się w Światłość Chrystusa (por. J 3,20-21) i wytrwanie w Tym, który jest Bożą Światłością, jest stuprocentową gwarancją bezpieczeństwa i ratunku przed nadciągającym Bożym gniewem, który przeciwko wszelkiemu grzechowi już gromadzi się w Niebiosach (por. Rz 1,18). Bóg bowiem – wbrew piewcom fałszywej ewangelii – nie jest rozmiłowany w tym zdeprawowanym i zdegenerowanym świecie, lecz patrzy na ten świat ze wstrętem i szykuje już nad nim swój Sąd (więcej w Komentarzu NPD → J 3,16 – Aspekty tłumaczeniowe i teologiczne).

Ponieważ Najwyższy w swej naturze jest sprawiedliwy, zdecydował, iż przeprowadzi nad światem sprawiedliwy sąd. Będzie to sąd obiektywny, zgodny z ustanowionym i ogłoszonym przez Boga Prawem (chodzi zarówno o Prawo Powszechne, tzn. przedmojżeszowe, obowiązujące od czasu stworzenia, Prawo Mojżeszowe, jak i Prawo Sumienia – por. Rz 2,12-15), które stanowi, iż karą za grzech jest wieczna Śmierć (por. Rz 6,23). Bóg ma prawo to uczynić, gdyż to On – jako jedyny PAN i Władca, Stworzyciel i Prawodawca panujący nad wszystkim – sam decyduje, z kim chce przebywać na wieki w rzeczywistości zwanej odwiecznym i nieskończonym Życiem (gr. Dzoe). On też zdecydował, że wieczną społeczność, wspólnotę (gr. koinonia) chce mieć tylko z tymi, którzy faktycznie przyjęli – w wolny sposób, z głębi serca – Jego Światłość. Bóg podjął decyzję (i ogłosił ją jako Dobrą Wiadomość o ratunku w Chrystusie), że podczas Sądu Ostatecznego na tych, którzy przyjmą Jego Światłość w Chrystusie, nie będzie patrzył obiektywnie i sprawiedliwie, lecz subiektywnie. Będzie to podejście miłosierne i łaskawe – przez pryzmat sprawiedliwości Chrystusa, a więc z uwzględnieniem ceny, jaką Boży Syn zapłacił za grzech świata. Zatem w Dniu Sądu ocaleni zostaną tylko ci, którzy rozumiejąc swoją grzeszność, skorzystali z Bożej ofiary zastępczej, która dokonała się na krzyżu. Chodzi o ludzi, którzy zaufali Bożej Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie. Tylko tacy wejdą do odwiecznego i nieskończonego Bożego Życia. Reszta świata zostanie przez Boga potraktowana obiektywnie i sprawiedliwie. Każdy buntownik sam zapłaci cenę swojego grzechu i poniesie tego wieczne konsekwencje – znajdzie się w mroku (ciemności) wiecznej Śmierci, gdzie będzie straszliwie cierpiał. To cierpienie będzie wynikiem odłączenia od Boga i doświadczania bezpośredniego oddziaływana szatana i jego demonów. Każdy człowiek ma wpływ na to, gdzie spędzi wieczność. Jednak możliwość podjęcia decyzji w tej sprawie jest ograniczona. Może się dokonać przez decyzję serca, jaką każdy człowiek musi podjąć osobiście tu, na Ziemi, podczas doczesnego życia (gr. bios). Tej decyzji nikt inny nie może podjąć za niego. Śmierć fizyczna definitywnie kończy czas, w którym człowiek może dokonać takiego wyboru (por. Hbr 9,27). Sposób życia i decyzje, jakie ktoś podejmuje, pokazują, gdzie dana osoba złożyła swe serce, a więc którą strefę świadomie wybrała na wieki.

Patrz też → Stara i nowa natura człowieka; → Soma i sarks; → Grzech.

Duchowe narodzenie

Patrz hasło → Narodzenie z Bożego Ducha.

Dusza

Zgodnie z antropologią biblijną przedstawioną przez Apostoła Pawła w 1 Tes 5,23 dusza (gr. psyche), obok ducha (gr. pneuma) i ciała (gr. soma), jest istotną częścią osobowości człowieka. Trzeba jednak pamiętać, że w tradycji hebrajskiej (w przeciwieństwie do greckiej, na której od czasów Augustyna z Hippony – IV/V w. n.e. – budowana była teologia chrześcijańska) człowiek postrzegany był jako integralna całość, zatem zapisu Pawła (świetnie wykształconego rabina) nie można interpretować w sensie analitycznym, ale jako emfatyczne określenie człowieka w sensie całościowym. W ST (jak w całym myśleniu semickim) określenie „moja dusza” jest tożsame z określeniem „ja”. W przeciwieństwie do tego w filozofii platońskiej dusza była postrzegana jako odrębna jednostka, byt uwięziony w ciele (gr. soma). Hebrajczycy widzieli w duszy (hebr. nefesz) specyficzny „nośnik życia”, który jest związany z krwią (por. Rdz 9,4; Kpł 17,11; Kpł 17,14 oraz Pwt 12,23). Bazując na związku życia z krwią, rabini żydowscy twierdzili, że dusza pojawia się w ludzkim embrionie dopiero z chwilą pojawienia się krwi, czyli ok. 40. dnia obliczeniowego ciąży (współczesna medycyna mówi o ok. 25. dniu od poczęcia). Podobne poglądy mieli Augustyn z Hippony i Tomasz z Akwinu, co w teologii chrześcijańskiej zaważyło na wieki pojęciami „embrionu preanimowanego” oraz „embrionu animowanego”. W hebrajskim tekście Rdz 2,7 znajdujemy sformułowanie, że wskutek Bożego tchnienia człowiek stał się „duszą żyjącą”, co w nowszych przekładach jest oddawane określeniem „istotą żyjącą”, a w NPD „istotą żyjącą zmysłowo”. Użyte w tym wersecie hebrajskie słowo nefesz jest odpowiednikiem gr. psyche (co znalazło swoje odzwierciedlenie w Septuagincie). Wydaje się zatem słuszne wiązanie duszy ze zmysłami, które istocie żyjącej dają lepszy lub gorszy kontakt z otaczającą ją rzeczywistością. Istotne jest więc pytanie: w jaki sposób dusza istoty żyjącej łączy ją z tą rzeczywistością i czy pojęcie duszy odnosi się tylko człowieka?

Na świadomy kontakt istot żyjących z zewnętrzną rzeczywistością mają wpływ ich umysł, wola oraz emocje. Te trzy aspekty żywotności całkiem dobrze opisują funkcjonalny aspekt duszy. Umysł decyduje o zdolności uczenia się, dokonywania ocen i wartościowania. Jest także odpowiedzialny za zdolność myślenia abstrakcyjnego. Wola bazuje na poznaniu dostarczonym przez umysł i umożliwia podejmowanie decyzji na podstawie subiektywnych kryteriów. Emocje z kolei są ważnym „produktem towarzyszącym” działania umysłu i woli, który – o ile jest zdrowy – pozwala zharmonizować całość w jeden właściwie działający konstrukt.

Choć taka charakterystyka funkcji duszy daje całkiem niezłe możliwości opisywania stanu i kondycji istot żyjących, napotyka jednak pewne trudności, gdy dochodzi do porównania człowieka ze światem zwierzęcym. Bez wątpienia zwierzęta posługują się umysłem, mają wolę oraz emocje, a jednak biblijny opis ich stworzenia różni się od opisu „tchnięcia duszy” w człowieka przez Boga. O ile zwierzęta zostały stworzone od razu jako „istoty żyjące”, o tyle człowiek otrzymał „tchnienie (dech) życia” z ust samego Boga. To wyjaśnia w pewnym zakresie prawdę o tym, że człowiek został stworzony na podobieństwo Boże (por. Rdz 1,26). I chociaż co jakiś czas pojawiają się interpretatorzy (być może wyznający teorię Darwina), którzy starają się dowieść, iż zwierzęta mają dusze takie same jak ludzie, to jednak „dusze zwierzęce” nie mają najważniejszej kwalifikacji – Bożego tchnienia. Pismo św. nie traktuje zwierząt na równi z ludźmi. Widać to choćby w opisie ładunku arki Noego. W łodzi tej było mnóstwo zwierząt, jednak Słowo Boże stwierdza, iż było tam tylko „osiem dusz” (por. 1 P 3,20), co jest odniesieniem tylko do Noego i jego rodziny. Zresztą od samego początku człowiek został postawiony ponad zwierzętami (por. Rdz 1,28). Ta obserwacja prowadzi nas do wniosku, że dusza ludzka jest czymś więcej niż tylko prostą sumą umysłu, woli i uczuć. Ma ona w sobie jeszcze istotny pierwiastek – Boskie tchnienie. Być może związane jest to z → duchem człowieczym (gr. pneuma) – integralną częścią osobowości ludzkiej. Nie ma bowiem żadnego dowodu, aby zwierzęta posiadały ducha. Duch człowieczy jest w Biblii często łączony z jego → sercem (traktowanym jako centrum świadomego podejmowania decyzji). W NT czytamy wprost, że duch (gr. pneuma) jest łącznikiem człowieka ze światem duchowym. Nieożywiony duch człowieczy sprawia, że choć zmysłowo człowiek wydaje się żywy, to jednak jest duchowo martwy (por. Jk 2,26; Ap 11,11). Pewnie dlatego Jezus podkreślał w swoim nauczaniu, że bez → powtórnego narodzenia (czyli narodzenia z Ducha Bożego) nikt nie ma nawet szansy na ujrzenie Bożego Królestwa (por. J 3,3-8). Miał do tego prawo, gdyż tylko On, będąc na Ziemi, miał pełną znajomość spraw Niebios (por. J 3,10-15). Tak jak zewnętrzne ciało człowieka jest obrazem (opakowaniem) jego niewidzialnej istoty (duszy + ducha), tak samo Jezus z Nazaretu był na Ziemi widzialnym obrazem (odzwierciedleniem) niewidzialnego Boga (por. Kol 1,15).

Chociaż duch człowieczy jest w jakiś sposób złączony z jego duszą, to jednak ma swoją odrębność (por. Hbr 4,12) i inne cechy charakterystyczne. To on jest odpowiedzialny za reakcję człowieka na Boże Słowo. W gruncie rzeczy dusza (przez swoje związki ze zmysłową naturą sarks) nie jest nawet zdolna poddać się wpływom Bożego Słowa (por. Rz 8,7). Te skomplikowane związki tłumaczone są czasami tym, że podczas gdy dusza człowieka pozostaje żywa, jego duch może być „martwy” (por. Ef 2,1) albo „żywy”. Te określenia oddają symbolicznie duchową rzeczywistość, w której duch człowieka (a z nim jego dusza) poddany jest albo siłom ciemności (naturalny stan egzystencji – por. Jk 1,23; opętanie – por. Mk 1,26; Łk 4,33; wpływy duchowych ciemności – por. Ef 6,12), albo Bożej Światłości (narodzenie z Bożego Ducha – por. J 3,6; życie wg ducha poddanego Duchowi Bożemu – por. Ga 5,22-23). Nie jest wykluczone, że w sytuacji gdy duch człowieka tkwi w duchowej ciemności, funkcjonowanie jego duszy zbliża go egzystencjalnie do zwierzęcego sposobu życia, co znajduje swoje odzwierciedlenie w języku, jakim opisywani bywają ludzie „bez serca” (czyli „bez ducha”) – „zwierzę”, „monstrum”, „bestia”. Zezwierzęcenie duszy takich postaci jest bowiem widoczne dla wszystkich gołym okiem.

Wszystkie główne teologie, które swymi podstawami sięgają do Biblii, uważają duszę ludzką za nieśmiertelną. Odmienny pogląd głoszą jedynie Świadkowie Jehowy i częściowo Adwentyści Dnia Siódmego. Ci ostatni chcą widzieć potępienie (zapowiadane przez Jezusa np. w Ap 20,10; Ap, 20,15; Ap 21,8) nie jako wieczne cierpienie, ale raczej jako całkowitą anihilację człowieka niezbawionego z jego duchem, duszą i ciałem. Z tego względu w ich teologii nie mieści się pojęcie bezwzględnej nieśmiertelności duszy ludzkiej.

Dziecięctwo Boże

We współczesnym nauczaniu eklezjalnym można spotkać się z twierdzeniem, że wszyscy ludzie są dziećmi Bożymi. Jednak pogląd taki jest fałszywy, gdyż nie ma żadnego oparcia w Piśmie św. Dzieckiem Bożym jest tylko ta osoba, która narodziła się duchowo, tzn. z Bożego Ducha. Jezus wyraźnie stwierdził, że bez „nowego narodzenia”, czyli bez „narodzenia duchowego” (gr. gennethe anothen oznacza „narodzenie z góry”, a więc „narodzenie z Bożego Ducha”), które prowadzi do życia ku Bożej chwale, nikt nie ma szansy na dziedzictwo w Królestwie Bożym (por. J 3,3). Zatem tzw. nowe narodzenie jest warunkiem absolutnie koniecznym do wiecznej społeczności z Bogiem, który jest Postacią Duchową (por. J 4,4). Rodzi się jednak pytanie: czy jest ono warunkiem wystarczającym? Wielu interpretatorów twierdzi, że tak. Do zobrazowania tego przytaczają przykład dziecka rodzącego się w jakiejś rodzinie i wykazują, że niezależnie od tego, co dane dziecko uczyni, jak będzie postępowało i w co się angażowało, zawsze będzie dzieckiem swego ojca. Twierdzą, że tego faktu nic ani nikt nie może zmienić. Porównanie to jest niezwykle sugestywne, lecz niestety nie wytrzymuje analizy krytycznej przeprowadzonej na podstawie zasad hermeneutyki biblijnej.

W Biblii jest kilka różnych słów, które na język polski są tłumaczone jednakowo: „dziecko” lub „syn”. Jednak w oryginale ich znaczenie nie jest takie samo. Tradycyjne dosłowne przekłady Biblii zwykle nie pomagają w zrozumieniu tej kwestii, gdyż tłumaczą słowa teknon i nepios, paidion i neaniskos oraz hyios jako „dziecko” lub „syn”, wcale nie rozwijając kontekstów znaczeniowych, jakie te wyrazy mają w języku greckim.

Słowo teknon (pochodzące od czasownika tikto, oznaczającego „rodzenie owocu”) jest używane w NT najczęściej (99 razy) i oznacza małe, dopiero co narodzone dziecko (noworodka), które jest całkowicie zależne od innych i poddane głowie rodziny. Śmiało można by to słowo przetłumaczyć jako „niemowlak”, „dzieciątko”, „dzieciuch”, „dzieciaczek”, co nawet lepiej oddawałoby opisywany wiek i cechy jemu przynależne. Podobne znaczenie ma inne, podobne znaczeniowo słowo nepios (15 wystąpień w NT).

Słowo paidion (w NT występuje 52 razy) pochodzi od pais (paidos – 24 wystąpienia w NT), które jest ogólnym określeniem podrostka – zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej – będącego w wychowawczej fazie rozwojowej. Nie jest on dojrzały, tzn. nie jest jeszcze na tyle ukształtowany, aby mógł przejąć dziedzictwo. Samo słowo paideuo (13 wystąpień w NT) odnosi się do procesu wychowawczego (trenowania, szkolenia), zaś paideia (6 wystąpień w NT) jest określeniem systemu wychowawczego, jak to czytamy w Hbr 12,5.7.8.11. Ciekawe jest to, że paidion wcale nie musiał być dzieckiem zrodzonym w danej rodzinie, w przeciwieństwie do teknon. Paidion mógł być dzieckiem adoptowanym lub przyjętym do służby (jak np. staropolski giermek), dzięki czemu wchodził w cały system wychowawczy, jakiemu w danym domu podlegały wszystkie podrośnięte dzieci.

Paidion w czasie swego rozwoju stawał się neaniskos – pełnym siły i wigoru młodym człowiekiem, który mógł już z powodzeniem służyć innym swą pomocą. Z tego powodu czasami słowem tym określano młode sługi. Nadal jednak znajdował się on w procesie wychowania i przygotowania do objęcia roli pełnoprawnego dziedzica – hyios.

Słowo hyios (382 wystąpienia w NT) ma w NT szczególne znaczenie. Opisuje ono dojrzałego potomka, który po przejściu całego procesu wychowawczego ma już charakter i osobowość ukształtowane w taki sposób, że jest przygotowany do objęcia dziedzictwa. Hyios zasadniczo różnił się od teknon i paidion. Był nie tylko od nich starszy (musiał mieć ponad 20 lat), ale dzięki temu, że był już dojrzały i sprawdzony (zwycięsko bowiem przeszedł różne testy i próby, którym był poddawany), kwalifikował się do formalnego procesu legislacyjnego uznania go za pełnoprawnego dziedzica. Procedurę uznania za dziedzica nazywano usynowieniem, a w zasadzie ustanowieniem dziedzicem. Warto zwrócić uwagę, że termin „usynowienie” (gr. hyiothesia) jest związany ściśle z uznaniem kogoś za hyios, a nie za teknon, nepios, paidion czy neaniskos. Dopiero po takiej legalizacji ktoś, kto w danej rodzinie wcześniej uważany był za niemowlaka, dziecko czy młodzieńca, stawał się pełnoprawnym dziedzicem. To właśnie słowem hyios Pismo św. określa Chrystusa w czasie Jego ziemskiej służby, wskazując w ten sposób, że to On stał się pierwszym z tych, którzy – Jego wzorem – mają dojść do pozycji hyios.

Brak zrozumienia tego istotnego kontekstu społeczno-kulturowo-historycznego sprawia, że wielu interpretatorów dochodzi do wniosku (często na podstawie swoich wyobrażeń lub doświadczeń kulturowo-rodzinnych), iż człowiek, stając się Bożym dzieckiem (gr. teknon) – dzięki narodzeniu duchowemu (tzw. nowemu narodzeniu) – staje się od razu dziedzicem (gr. hyios) mającym już pełny dostęp do Bożego dziedzictwa. W swych tezach komentatorzy ci zapominają jednak o niezmiernie ważnym etapie zakorzeniania się w Chrystusie, o konieczności ukształtowania się w człowieku charakteru na wzór charakteru Jezusa, o wzrastaniu w mądrości, posłuszeństwie i wierności Bogu. Właśnie ten etap Apostoł Paweł określa mianem procesu uświęcenia, a autor Listu do Hebrajczyków nazywa paideia. Zresztą i on sięga do terminologii Pawła, pisząc, że „bez uświęcenia nikt nie ujrzy PANA” (por. Hbr 12,14 NPD). Zaakceptowanie koncepcji, że od razu po nawróceniu (opamiętaniu się) ludzie stają się na wieki pełnoprawnymi dziedzicami Bożego Królestwa, nie znajduje potwierdzenia w Bożym Słowie. Oznaczałoby bowiem, że zbawienie (ratunek od mocy, wpływów i konsekwencji oraz obecności grzechu) jest w życiu każdego człowieka wydarzeniem jednorazowym (i jednocześnie finalnym), podczas gdy Słowo Boże zaświadcza, że jest ono procesem. Przyjęcie koncepcji „raz zbawiony na zawsze zbawiony” oznaczałoby, że człowiek po nowym narodzeniu byłby od razu hyios, a to jest w całkowitej opozycji do tego, czego uczy Biblia. Punkt startowy biegu, o którym pisze Apostoł Paweł w Dz 20,24 oraz w Flp 3,12-14, byłby jednocześnie metą. Zupełny nonsens.

Całe Słowo Boże wyraźnie komunikuje, że jedynym prawowitym dziedzicem pełni Bożego błogosławieństwa, Bożej mądrości, świętości i chwały jest tylko Jezus Chrystus (por. J 5,39; Ef 1,3-14 oraz Kol 1,13-20). Wierzący zaś mają dostęp do całego Bożego bogactwa i chwały zbawienia jedynie W CHRYSTUSIE. Tylko w Nim i tylko przez Niego całe błogosławieństwo Niebios stoi przed nimi otworem i jest do ich dyspozycji. Warunkiem dostępu do niezniszczalnego dziedzictwa w Niebiosach jest więc TRWANIE W CHRYSTUSIE, a nie zwodzenie samego siebie przekonaniem o rzekomej mocy jakiejś pojedynczej modlitwy zapraszającej Jezusa do życia, która jest traktowana niemal jak magiczne zaklęcie. Oczywiście decyzja człowieka poprzedzająca taką modlitwę ma sens i znaczenie jedynie w sytuacji, gdy wyraża szczere poddanie się woli Najwyższego i przyjęcie Jego planu zbawienia. Jeśli jednak taka modlitwa nie jest poprzedzona opamiętaniem się, jeśli nie stoją za nią żal, skrucha i przylgnięcie do Bożego Słowa w celu przemiany życia – uświęcenia (co dopiero jest znakiem pełnego i całkowitego zorientowania się na Chrystusa) – to jest ona (modlitwa) jedynie kolejną formą nabycia sobie religijnej „polisy ubezpieczeniowej”, która nie ma nic wspólnego z nowym stworzeniem i osobistym wzrastaniem do statusu hyios w procesie uświęcenia.

Życzeniowe myślenie religijne często jest wspierane przez fałszywe wyobrażenia o Bożym dziecięctwie. Niestety, poleganie na „magicznej” sile obrzędów religijnych (por. 1 Kor 1,14), które rzekomo mogą zastąpić osobiste wzrastanie w mądrości i łasce (por. Łk 2,52) oraz w uświęceniu (por. Hbr 12,14), było obecne w życiu wspólnot chrześcijańskich już od samego początku formowania się chrześcijaństwa. Apostoł Paweł zetknął się z tym problemem w Koryncie, o czym czytamy w 1 Kor 3. W rozdziale tym Apostoł napominał Koryntian, że zachowują się jak nepios, by dalej (w wersetach 18-21) przejść do nauczania o konieczności wzrastania w mądrości i uświęceniu. W wersecie 1 Kor 3,17 Paweł daje mocne ostrzeżenie, zbieżne z tym, które Bóg włożył w usta proroka Izajasza: „Biada dzieciom zbuntowanym, które postępują niezgodnie z moim planem” (Iz 30,1 NPD).

Apostoł Paweł pisał o tym również w Liście do Rzymian. W Rz 8,19 wskazał, że całe stworzenie oczekuje objawienia tego, kto rzeczywiście jest Bożym dziedzicem (hyios), i że wszystkie Boże dzieci (teknon) są wzywane do chwały, która została dla nich przygotowana przez Najwyższego.

Również Apostoł Jan w 1 J 3,2 zwraca uwagę, że narodzeni duchowo wierzący są obecnie tekna (dzieci zrodzone), ale dopiero gdy będzie w nich widoczne wzrastanie w podobieństwie do Chrystusa (czyli do statusu hyios), ujrzą Go, jakim jest (a więc twarzą w twarz – por. 1 Kor 13,12). Apostoł używa dalej słowa paidia (por. 1 J 3,7) wskazującego na to, że ci, którzy stali się teknon, muszą przejść do etapu wychowania (paideia), aby w przyszłości stać się hyios na wzór Chrystusa (por. 1 J 3,8).

Także Apostoł Piotr w 1 P 1,14 zwraca uwagę, że nowo narodzeni wierzący (tekna) są wezwani do życia w posłuszeństwie prowadzącym do uświęcenia. To właśnie była droga, którą przeszedł Chrystus, pokazując wszystkim, jak – będąc Bożym dzieckiem – dorastać do pozycji dziedzica (hyios).

Dzień Zagłady

Dzień Zagłady (por. Rz 12,19; 1 Tes 5,2-3; Hbr 10,30; Jud 6) jest tożsamy z określeniami: Dzień PAŃSKI (por. Dz 2,20; 1 Tes 5,2; 2 Tes 2,2; 2 P 3,10), Wielki Dzień Sądu Ostatecznego (por. Mt 10,15; Rz 2,5; 2 P 2,9; 2 P 3,7), Dzień Wiekuistej Rzezi (por. Jr 12,3; Jk 5,5) czy Dzień Pomsty (por. Łk 20,21; Hbr 10,30). Tego dnia Jezus powtórnie przyjdzie na Ziemię, jednak tym razem nie dla odkupienia ludzi z grzechu, ale w celu wykonania Bożego Sądu (por. J 5,22; Hbr 9,27) nad wszystkimi (por. Rz 14,10; Hbr 12,26-27; Jk 2,13). Dla ludzi wyczekujących Go w wierze będzie to Dzień Zbawienia (por. Hbr 2,28; 1 P 4,17), gdyż wtedy Jezus przyzna się do nich (por. Mt 25,31-40; Ap 20,14). Dla tych, którzy nie zaufali Słowu i Duchowi Jezusa (por. J 12,48; Hbr 4,12; 2 P 3,7), będzie to Dzień Potępienia (por. Mt 24,39; Jk 4,12; 2 P 2,9). W tym czasie w ogniu dokona się również oczyszczenie całego starego stworzenia (por. 1 P 1,7; 2 P 3,10; Ap 20,9).

Dziesięciny i ofiary

Według większości współczesnych kaznodziejów dziesięcina jest czymś, co w bezdyskusyjny sposób należy się Bogu, a dopiero datki ponad dziesięcinę składane z dobrej woli są ofiarami. Zatem kiedy kaznodzieje mówią o ofiarności, sugerują, że chodzi o to, co jest liczone ponad 10% dochodu uzyskiwanego przez wierzącego. Trzeba jednak stwierdzić, że taki sposób nauczania jest fałszywy, gdyż nie znajduje oparcia w przekazie niesionym przez Pismo św. Co więcej, jest on fałszywy na kilka sposobów, co zostanie wykazane poniżej.

Kluczowym problemem w błędnym nauczaniu o dziesięcinach w kościołach chrześcijańskich jest niewłaściwa interpretacja wersetów:

 

 Czy człowiek może oszukiwać Boga? Bo wy mnie oszukujecie! Lecz wy pytacie: W czym cię oszukaliśmy? W dziesięcinach i daninach. Jesteście obłożeni klątwą, ponieważ mnie oszukujecie, wy, cały naród. Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, i w ten sposób wystawcie mnie na próbę – mówi Pan Zastępów – czy wam nie otworzę okien niebieskich i nie wyleję na was błogosławieństwa ponad miarę. (Ml 3,8-10 BW)[1]

 

Zwykle interpretacje przedstawiane przez ewangelicznych kaznodziejów stoją w sprzeczności z biblijnymi informacjami na temat dziesięciny i całego systemu ofiarniczo-finansowego, który panował w starożytnym Izraelu. Rozpowszechnione w kościołach chrześcijańskich nauczanie o finansach mówi: 

    1.  Dziesięciny to 10% dochodu brutto każdej osoby wierzącej, która to część w bezdyskusyjny sposób należy się Bogu. Jest to danina obowiązkowa.

    2.  Ofiarami są dobrowolne datki powyżej 10% dochodu brutto.

    3.  Lud oszukuje Boga przez nieprzynoszenie swych dziesięcin do kościoła.

Kiedy zatem kaznodzieje mówią o ofiarności, sugerują, iż chodzi o to, co jest liczone ponad 10% dochodu uzyskiwanego przez każdego wierzącego. Jeszcze raz podkreślmy: taki pogląd nie znajduje oparcia w Piśmie św. W Biblii Hebrajskiej terminy „dziesięcina” i „ofiara” opisują bowiem dwie zupełnie różne daniny nałożone na jedenaście pokoleń Izraela. Zarówno dziesięciny, jak i ofiary były obowiązkowe. Różniły się jedynie tym, kto miał być ich odbiorcą.

Dziesięciny były składkami jedenastu pokoleń Izraelitów dla Lewitów[2], a ofiary były darami dla kapłanów z rodu Aarona. Kiedy czytamy uważnie Stary Testament, widzimy, że kapłani wcale nie mieli utrzymywać się z dziesięcin. Partycypowali oni w podziale mięsa wszystkich zwierząt składanych w ofierze. Do nich trafiały wszystkie dobrowolne ofiary na świątynię, byli też beneficjentami podatku świątynnego (por. 1 Krn 24,6 i Mt 17,24-27), bo taki również płacono. Jedyną „dziesięciną”, która prawnie im się należała, była dziesięcina z dziesięciny otrzymywanej przez Lewitów, gdyż ci mieli obowiązek łożenia na rzecz kapłanów jednej dziesiątej tego, co sami otrzymali. W ten sposób oprócz ofiar kapłani otrzymywali także secinę (por. Lb 18,28 i Ne 10,38). Na ich własność w roku jubileuszowym przechodziły także te grunty z posiadłości dziedzicznych innych rodów Izraela, które zostały poświęcone PANU, a które wcześniej nie zostały wykupione przez osoby je poświęcające[3]. Także dochody z obrotu gruntami poświęconymi PANU zasilały kasę kapłanów[4]. Takie źródła utrzymania kapłanów zaplanował sam Bóg.

Za protoplastów wszystkich plemion (rodów, pokoleń) Izraela uważa się dwunastu synów Jakuba. To od ich imion wzięły nazwę zarówno same plemiona, jak i ziemie, na których one osiadły w Kanaanie. Żydzi początkowo byli niewielkim plemieniem. W wielki naród rozrośli się dopiero w Egipcie. Gdy tam przybyli, stanowili grupę około 80 osób. Kiedy zaś opuszczali ów kraj, ich liczba sięgała dwóch milionów. Każdy Hebrajczyk dokładnie wiedział, do jakiego rodu przynależy, gdyż ta przynależność rodziła jego konkretne zobowiązania wobec całej społeczności. Z Biblii wiemy, że jeden z tych rodów (ród Lewiego) został wybrany przez Boga do szczególnej służby w dziedzinie sprawowania kultu. Lewici zostali wręcz oddzieleni od reszty ludu jako szczególna własność Najwyższego – tak jakby nie byli już integralną częścią narodu. Powstał zatem problem: skoro Lewi należy wyłącznie do Boga, to Izraelowi pozostało jedenaście plemion, a nie dwanaście, tak jak wynikało to z Tradycji. Jednak i z tą sprawą Żydzi poradzili sobie szybko. Podzielili plemię Józefa na dwie grupy: na ród Efraima i ród Manassesa, zgodnie z liniami potomstwa jego synów. Jeśli tego nie zauważymy, to czytając Biblię, możemy nieopatrznie doliczyć się trzynastu plemion izraelskich. Trzeba zatem pamiętać, że plemię Lewiego, choć należało do narodu Izraela, administracyjnie było z niego wyłączone. To wyłączenie dotyczyło m.in. przydziału gruntów w ziemi obiecanej Izraelowi w Kanaanie. Kiedy Bóg dał Izraelowi tę ziemię, każde z plemion – proporcjonalnie do swojej liczebności – otrzymało pewną jej część. Wszystkie plemiona (z wyjątkiem plemienia Lewiego) dostały tego rodzaju nadania ziemskie.

Trzeba również pamiętać, że Lewici nie byli grupą jednorodną. W ramach rodu wyróżniona została jedna z jego gałęzi (rodzina Aarona, brata Mojżesza), którą Bóg ustanowił grupą kapłańską. Spośród Lewitów to oni odpowiadali za składanie ofiar w przybytku (świątyni). Reszta rodu zajmowała się obsługą przybytku. Chociaż Lewici zostali wykluczeni z podziału ziemi, Bóg zadbał o ich utrzymanie przez nałożenie na pozostałe rody obowiązku dzielenia się z Lewitami owocami, które rodziła ziemia znajdująca się w ich posiadaniu. W Księdze Liczb czytamy:

 

 Zaś synom Lewiego[5] oddaję w dziedzictwo wszystkie dziesięciny składane przez lud Izraela – w zamian za ich służbę, którą wykonują przy Namiocie. (Lb 18,21 NPD)

 

Dziesięciny miały być bowiem wydzielane tylko z tego, co rodziła ziemia będąca Bożym darem, a nie z tego, co człowiek mógł sam wytworzyć. Dlatego składano je wyłącznie z produktów rolnych, to znaczy z pól, winnic, sadów i łąk (hodowla). Dochody rzemieślników i innych wytwórców, a także kupców i wszelkiego typu handlowców, wcale nie podlegały opodatkowaniu dziesięciną. Wprowadzając do Prawa Mojżeszowego przepisy dotyczące dziesięcin, Bóg ukazał swoją wolę: Jego lud miał się dzielić darami, które otrzymywał z Jego ręki. Podkreślmy raz jeszcze, że dziesięciny nie miały nic wspólnego z ofiarami składanymi na ołtarzu. Były jedynie metodą przekazywania środków na utrzymanie pokolenia Lewiego.

Prawdopodobnie wielu współczesnych wierzących może być zaskoczonych informacją, że Bóg nie oczekiwał wspierania Lewitów z dochodów uzyskiwanych z ludzkiej pracy w rzemiośle, usługach, wytwórstwie czy handlu. Dochody z pracy niezwiązanej ściśle z ziemią i jej płodami nie wymagały składania dziesięcin. Jeśli więc ktoś pracował jako cieśla, stolarz, kowal, złotnik, szył namioty, handlował towarami, sprzedawał cokolwiek na straganach i otrzymywał za to pieniądze, Prawo Mojżeszowe nie polecało mu wspierania Lewitów. Jasne jest więc, że w Izraelu nie wszyscy składali dziesięcinę. Nie była ona bowiem ani powszechnym podatkiem dochodowym, ani podatkiem pogłównym (osobowym), ani podatkiem obrotowym czy podatkiem od wartości dodanej (VAT). Miała charakter szczególnego rodzaju podatku agrarnego (rolno-hodowlanego), który pochodził tylko z tego, co – dzięki łaskawości Boga – rodziła ziemia obiecana. Dlaczego dochody niezwiązane z ziemią były zwolnione z dziesięcin? Pewnie dlatego, że Lewici mogli wykonywać takie same prace zawodowe jak inni członkowie narodu Izraela, którzy nie byli właścicielami ziemi.

Zasady dotyczące dziesięcin zostały ustalone na samym początku, w chwili zawarcia Przymierza (Mojżeszowego). Później w Księdze Powtórzonego Prawa dodano przepisy szczegółowe. I tu znajdują się kolejne ciekawe polecenia.

 

 Z każdego plonu swego zasiewu, z tego, czym każdego roku obrodzi twoje pole, oddasz dziesięcinę. A zatem oddasz dziesięcinę ze swego zboża, wina i oliwy, a także z pierworodnych sztuk twego bydła i trzody. I będziesz spożywał tę dziesięcinę ku chwale PANA, twojego Boga, w miejscu, które On wybierze na swój Przybytek, abyś nauczył się zawsze trwać w bojaźni PANA, twego Boga.

         A jeśli droga do miejsca[6], które wybierze PAN, twój Bóg, będzie dla ciebie zbyt długa i zbyt ciężka i nie będziesz w stanie dostarczyć tam swojej dziesięciny, z uwagi na to, że PAN, twój Bóg, wielce tobie pobłogosławił, wtedy zaniesiesz tam równowartość swej dziesięciny w pieniądzach. Weźmiesz je w odrębnej sakiewce i pójdziesz do miejsca, które PAN, twój Bóg, wybierze na Przybytek. Tam wydasz wszystkie te pieniądze, na co tylko zapragniesz – na bydło, trzodę, wino, sycerę[7]; na wszystko, czego zażyczy sobie twoja dusza. I tam, ku chwale PANA, twojego Boga[8], będziesz jadł i się cieszył – ty, twoja rodzina i słudzy[9]. Nie zapomnisz przy tym o Lewicie, który mieszka w twojej miejscowości, gdyż on nie ma udziału w dziedzictwie ziemi wraz z tobą.

(Pwt 14,22-27 NPD)

 

Z przytoczonego wcześniej tekstu wynika wprost, że jednym z celów dziesięciny miało być społeczne radowanie się darami Bożego błogosławieństwa. Co więcej, w kolejnych wersetach czytamy:

 

 Pod koniec trzeciego roku[10] oddzielisz całą dziesięcinę z plonów tego roku i złożysz ją w swojej miejscowości[11]. Następnie zaprosisz Lewitę, który nie ma – jak ty – działu w dziedzictwie ziemi, a także przybysza[12], sierotę i wdowę, którzy mieszkają w twojej miejscowości, by jedli razem z tobą i nasycili się. Jeśli tak będziesz czynił, PAN, twój Bóg, będzie ci błogosławił w każdym dziele, którego się podejmiesz.

(Pwt 14,28-29 NPD)

 

Tak więc w pierwszym roku rozliczania dziesięciny dorosły Żyd uprawiający ziemię lub hodujący zwierzęta musiał się udać z dziesięciną do Jerozolimy i tam całą rodziną korzystać z niej wespół z Lewitami oraz znajomymi. W drugim roku miał uczynić to samo, ale w trzecim już nie wolno mu było osobiście korzystać z dziesięciny. Powinien odłożyć ją całą do przekazania innym ludziom w swoim mieście lub wiosce. Należało nią obdarować Lewitów, obcokrajowców, wdowy i sieroty. Tym razem to oni mieli korzystać w pełni z Bożych darów.

Zasady te były dość proste, ale historia pokazała, że nie zabrakło chciwych na grosz uczonych w Piśmie, którzy twierdzili, że w przedstawionych tekstach była mowa o trzech różnych dziesięcinach. Pierwsza, którą – jak twierdzili – należało sługom świątynnym przekazywać w całości, miała być ta dla Lewitów. Drugą – według nich – należało przynosić na święta do Jerozolimy i spożywać ją przed Bogiem, ciesząc się tym, co Bóg dał, a trzecią przeznaczyć dla lokalnych ubogich. Według takiego rachunku Lewici mieliby swój udział zarówno w „dziesięcinie lewickiej” (w całości), w „dziesięcinie świątecznej”, jak i w „dziesięcinie dla ubogich”. Trudno jednak uzasadnić taką interpretację na podstawie Bożego Słowa. To bowiem oznaczałoby nieproporcjonalnie duże dochody Lewitów, co z kolei jest sprzeczne z innymi zapisami biblijnymi. Pokazuje to analiza demograficzna.

Ziemia w Izraelu została rozdzielona pomiędzy rody proporcjonalnie. Kiedy więc spojrzymy na biblijne spisy ludności, zobaczymy, że plemię Lewiego było najmniejsze z nich wszystkich. Wcale nie stanowiło jednej trzynastej narodu, jak moglibyśmy się spodziewać, ale zaledwie jedną pięćdziesiątą całej populacji. Stanowili około 2% wszystkich Żydów. Gdyby otrzymywali dwie lub czasami nawet trzy dziesięciny, mieliby każdego roku pięć do sześciu razy większe dochody niż Żydzi z pozostałych klanów dysponujący ziemią (w tym hodowcy i sadownicy), nie wspominając tu o zwykłych biedakach, którzy stanowili główną bazę społeczną. W sytuacji przepisanej tylko jednej dziesięciny, która co trzeci rok miała trafiać do rąk Lewitów niemal w całości (w innych latach tylko w jakiejś części), to po zaspokojeniu radości rolników i hodowców rozkład dochodów pomiędzy plamionami Izraela był znacznie bardziej równomierny. Nawet gdy Żyd przybywający do Jerozolimy wydawał dziesięcinę na świętowanie samemu lub z przyjaciółmi, Lewici i tak mieli dochód z jego zakupów, gdyż byli dzierżawcami stoisk handlowych na bazarze przyświątynnym (zwanym → Bazarem Annasza), na którym pielgrzymi wydawali pieniądze uzyskane z wykupu swych dziesięcin. Arcykapłani również czerpali z tego korzyści, gdyż jako właściciele bazaru wydawali Lewitom odpłatne licencje na prowadzenie tam działalności handlowej.

Nawet pobieżne przyjrzenie się sytuacji Lewitów w Izraelu pokazuje, że byli niezwykle uprzywilejowaną grupą społeczną, której powodziło się całkiem dobrze. Wcale nie musieli przesiadywać miesiącami w świątyni. Nie byli też ograniczeni do pracy wyłącznie w jej obrębie. Chociaż nie mieli prawa posiadania ziemi dziedzicznej na terenie Izraela[13], dostali od swych współrodaków czterdzieści osiem miast rozrzuconych po całym kraju do nieodpłatnego użytkowania. W każdym z nich mogli swobodnie zamieszkać, nie płacąc jakiegokolwiek czynszu dzierżawnego. Nie gnieździli się więc w zabudowaniach sakralnych, lecz do pracy w świątyni przybywali jedynie od czasu do czasu. Po zakończonej służbie wracali do swych domów (do różnych miast) i tam zajmowali się własnymi sprawami. Biblia poświadcza, że Lewici mieli też prawo posiadania pastwisk wokół miast lewickich, na których mogli wypasać zwierzęta otrzymane z dziesięcin. Z czasem król Dawid, porządkując swoje królestwo, podzielił wszystkich kapłanów i Lewitów na dwadzieścia cztery grupy (tak zwane zmiany kapłańskie), które w określonym porządku pełniły służbę świątynną. Po tej reformie przeciętny Lewita rocznie pracował na rzecz świątyni niewiele dłużej niż dwa tygodnie. Co robił z pozostałym czasem? Najczęściej był zatrudniony w państwowym aparacie administracyjnym. Na przykład król Dawid, organizując swój rząd, oparł go przede wszystkim na Lewitach. W ten sposób Lewici stawali się urzędnikami królewskimi lub sędziami. Mogli też służyć w wojsku.

Warto zauważyć, że po ustanowieniu monarchii w Izraelu każdy Żyd płacił podatek na rzecz króla. Nie była to dziesięcina religijna, tylko dodatkowy świecki podatek, pomimo że zwany był również dziesięciną. Czasami mogło to być mylące. Dziesięcina królewska, jako podatek rządowy, obowiązywała wszystkich obywateli. Ustalenie monarchii oraz podatku rządowego nie leżało w Bożych planach dla Izraela. Najwyższy wyraźnie oznajmił swemu ludowi, iż to On sam chce pozostawać wyłącznym władcą pośród nich. Jednak uparci Izraelici zażądali od Boga, żeby nadał im króla – według wzorca zaczerpniętego od ościennych narodów (por. 1 Sm 8,1-7). Sami też zgodzili się na dodatkową dziesięcinę, którą mógł od nich pobierać ich ziemski król (por. 1 Sm 8,7-22) na potrzeby swoje i swego dworu.

Po powyższym wstępie porządkującym temat dziesięcin i ofiar, o których mówi Biblia, wróćmy do błędnych interpretacji wersetu Ml 3,8-10. Większość kaznodziejów przedstawia go w swych nauczaniach jako naganę dla ludu, który „oszukuje Boga” przez to, że nie przynosi do kościołów należnych Bogu 10% swoich dochodów. Dodatkowo, wyrywając ten werset z kontekstu, stwierdzają, że obok napomnienia zawarta jest w tym wersecie obietnica dla każdego wierzącego mówiąca o tym, że jeśli ktoś będzie wierny w oddawaniu 10% swego dochodu, to Bóg mu to wynagrodzi pomnożeniem jego majątku. Tymczasem Księga Malachiasza nie jest skierowana przeciwko ludowi. Ona jest jednym wielkim napomnieniem kapłanów. To oni, a nie lud, są oskarżani przez Boga o malwersacje dziesięcinami. Jest wiele obserwacji zarówno socjologicznych, jak i historycznych, które dokumentują ten pogląd i zostaną one przytoczone poniżej. 

    1.  Skoro nie wszyscy Izraelici mieli obowiązek składania dziesięcin, to lud w całości nie mógł ponosić winy za „oszukiwanie Boga”. Nie sposób było zatem zarzucać ludowi tak haniebnego postępowania. Większość Izraelitów nie posiadała na własność nawet kawałka ziemi. Pracowali więc jako słudzy innych, jako pracownicy najemni, pasterze, a nawet jako niewolnicy (sprzedawali się do niewoli w zamian za pieniądze na wsparcie swych rodzin). Wielu z nich nie miało nie tylko ziemi, ale nawet jakiegokolwiek zwierzęcia, które mogłoby dawać im utrzymanie. Ta przeważająca grupa ludzi była zwolniona ze składania dziesięcin. A jeśli ktoś nawet dorobił się kilku zwierząt, to często nie musiał rozliczać dziesięciny z ich miotów, gdyż w wypadku hodowli dziesięcinę składało się dopiero wówczas, kiedy w danym roku urodziło się w stadzie co najmniej dziesięcioro zwierząt. Jeżeli urodziło się tylko dziewięć, nie było podstawy do odliczania dziesięciny, gdyż zwierząt się nie dzieliło. Należało je oddawać w całości, tak więc dopiero każde dziesiąte zwierzę przeznaczało się na wsparcie dla Lewitów.

 

    2.  Po śmierci króla Salomona jego królestwo rozpadło się na dwie części. Północna część została nazwana Izraelem, a południowa – Judą. Żydzi mieszkający na terytorium północnym byli odcięci od Jerozolimy, nie mieli więc możliwości znoszenia swej dziesięciny do Jerozolimy. Ich królowie zdecydowanie nie chcieli, aby poddany im lud w ogóle tam się udawał. Z tego powodu ustanowili własne centra kultu religijnego, z sanktuariami konkurencyjnymi dla Jerozolimy. Główne znajdowało się na górze Garizim – w pobliżu miasta Sychar znanego z J 4,1-42. Z tego powodu mieszkańcy Królestwa Północnego, czyli Izraela, nie mieli możliwości składania dziesięcin Lewitom i ofiar kapłanom.

 

    3.  Panujący w Judzie królowie byli czasem dobrzy, a czasem źli. Kiedy rządzili źli monarchowie, zdarzało się, że zamykali świątynię jerozolimską na cztery spusty, a jej wrota były zabijane deskami. W miejsce kultu PANA (hebr. JHWH), Boga Wszechwładnego, wprowadzano wówczas kult pogańskich bóstw, których świątynie pojawiały się zarówno w Judzie, jak i w samej Jerozolimie. Z pewnością można przyjąć, że w takich okresach upadku narodu nikt nie składał dziesięcin. A jednak nawet w takich czasach Bóg nie mówił o oszukiwaniu Go w sprawach dziesięcin. To oskarżenie pojawiło się dopiero pod koniec historii starożytnego Izraela. Rodzi się zatem pytanie: DLACZEGO DOPIERO WTEDY? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy przyjrzeć się historii narodu żydowskiego w tamtym czasie.

Za panowania króla Ezechiasza nastało w Judzie niezwykłe ożywienie duchowe. Można o nim przeczytać w Drugiej Księdze Kronik 29–31. Ojciec Ezechiasza był fatalnym monarchą, lecz jego syn zwrócił swe serce ku Bogu. Wprowadzanie reform zaczął od wydania polecenia ponownego otwarcia świątyni, która przez kilkanaście lat stała zamknięta. Przez kilka tygodni sprzątano Boży przybytek, a następnie powtórnie go poświęcono. Lud, pod przewodnictwem króla, zapragnął odnowić przymierze z Bogiem i dlatego, po raz pierwszy od wielu lat, postanowiono celebrować Paschę – jedno z najważniejszych świąt Izraela. Rozesłano posłów zarówno po Judzie, jak i terytoriach północnych, zapraszając cały naród. Jednak posłańcy w wielu miejscach zostali wyśmiani.

Tymczasem pojawił się problem. Otoczenie króla uświadomiło sobie, iż zabraknie im czasu na należyte przygotowanie ceremonii. Zdecydowano więc opóźnić uroczystości o miesiąc. Miesiąc minął, a oni nadal nie byli gotowi. Na dodatek nie znaleziono wystarczającej liczby kapłanów ceremonialnie czystych, którzy mogliby pełnić służbę podczas święta. W związku z tym za składanie ofiar zabrali się również Lewici (chociaż nie powinni tego robić). Ciekawe jest to, że Słowo Boże stwierdza, iż Lewici wykazywali większą gorliwość do poświęcenia niż kapłani (por. 2 Krn 29,34). Jednak, generalnie rzecz biorąc, lud nie był przygotowany do świętowania. Przybysze z Królestwa Północnego spożywali wieczerzę paschalną niezgodnie z przepisami – nie poddali się bowiem oczyszczeniu. Sytuacja stała się wręcz groźna. Widząc to wszystko, Ezechiasz błagał Boga słowami:

 

 Wybacz nam, PANIE, dobry Boże naszych przodków! O, PANIE, nasz Boże, wybacz każdemu z nas, kto nieczysty przystąpił do tego, co Ty uświęciłeś, z uwagi na to, że w sercach swych gorliwie pragniemy pełnić Twoją wolę! (2 Krn 30,18-19 NPD)

 

Bóg zaś, widząc szczere serca króla oraz ludu, wybaczył im ich zaniedbania i w końcu, po różnych perypetiach, rozpoczęła się Pascha.

Ową pamiętną Paschę obchodzono z miesięcznym opóźnieniem i celebrowano ją przez siedem dni. Świętowanie tak bardzo spodobało się wszystkim, iż zgromadzenie ludu uchwaliło, że poświętują sobie jeszcze przez kolejne siedem dni. W taki sposób urządzili sobie „przedłużoną Paschę”. Biblijne narracje o tych wydarzeniach pokazują wielką spontaniczność ludu.

Kiedy już skończyła się ta „przedłużona Pascha”, ludzie rozeszli się do domów, niszcząc po drodze wszystkie posągi, statuetki i obrazy bożków. Ezechiasz przeznaczył sporą część swego majątku na odnowienie kultu świątynnego i nakazał ludowi przekazywanie do dyspozycji Lewitów oraz kapłanów dziesiątej części plonów z ziemi, którą otrzymali od PANA. Było to zgodne z oryginalnym Bożym planem zabezpieczenia funkcjonowania kultu świątynnego. Wtedy na nowo zaczęto znosić obfite pierwociny wszelkich płodów rolnych i bydła jako dary poświęcone PANU. Słowo Boże tak to opisuje:

 

 Gdy tylko wiadomość ta się rozeszła, mieszkańcy Izraela[14] zaczęli znosić wielkie ilości pierwocin ze zboża, moszczu, oliwy, miodu i wszystkich płodów rolnych, a także pieniądze ze sprzedanej dziesięciny ze wszystkiego. Również Izraelici oraz Judejczycy, mieszkający w miastach Judy[15], zaczęli składać dziesięciny z wołów, owiec i ze wszystkiego, co poświęcili PANU, swemu Bogu. Przynosili to i układali w stosy. To układanie w stosy zaczęło się w trzecim miesiącu kalendarza[16], a skończyło w siódmym[17].

(2 Krn 30,5-7 NPD)

 

A zatem lud znosił dziesięciny przez cztery miesiące! Kiedy Ezechiasz przyszedł do świątyni sprawdzić, jak jest realizowane jego polecenie, ujrzał stosy płodów rolnych zwalonych na ziemi. Najpierw podziękował Najwyższemu za gorliwość ludu, po chwili jednak zwrócił się do arcykapłana nadzorującego świątynię z pytaniem, dlaczego te dary tak się poniewierają. Arcykapłan, nie wiedząc, co odpowiedzieć, stwierdził więc tylko:

 

 Od kiedy zaczęto znosić dary do świątyni PANA, jemy do syta, a mimo to wiele jeszcze pozostaje, gdyż PAN błogosławi swemu ludowi. (2 Krn 31,10 NPD)

 

Po zastanowieniu się Ezechiasz doszedł do wniosku, że konieczne są dalsze porządki. Świątynia stoi przecież już od kilkuset lat, a nigdy wcześniej dziesięcina tak się nie marnowała. Skoro obecnie leży w nieładzie, to znaczy, że coś trzeba zmienić. Wtedy wpadł na pomysł zbudowania składów przyświątynnych, swego rodzaju spichlerzy, które spełniałyby funkcję magazynów. I właśnie o tych składach czytamy w Księdze Malachiasza. Trzeba bowiem pamiętać, że dziesięcin, którymi zawsze były płody rolne, nigdy nie składano w świątyni. W niej nie było na to miejsca. Wcześniej – zgodnie z przeznaczeniem – znoszono je do miast lewickich. Lewici natomiast przynosili kapłanom do świątyni w Jerozolimie jedną dziesiątą tego, co sami otrzymali (tzn. secinę). Robili to wtedy, gdy w ramach swojej zmiany przybywali na służbę do świątyni.

Kiedy więc lud zaczął gorliwie, niezwykle ochoczo i w szczerości, z głębi serca, znosić dziesięciny do świątyni (zamiast do miast lewickich), to w swej spontaniczności ponownie nie czynił tego tak, jak należało. Król jednak znów znalazł rozwiązanie powstałego problemu: kazał wybudować spichlerze, w których będzie gromadzona żywność dla Lewitów. Lewici mieli z tych składów pobierać żywność i zabierać ją ze sobą, gdy po służbie w świątyni wracali ze swej zmiany do domów. W związku z nową sytuacją ustanowiono nowe prawo i specjalnych nadzorców, których zadaniem było uczciwe rozdzielanie deputatów żywnościowych tym, którzy posługiwali w świątyni.

Kolejny król po Ezechiaszu – Manasses – okazał się fatalnym władcą. Co prawda w pewnym momencie życia opamiętał się, lecz jego syn Amon całkowicie odstąpił od PANA. Po nim władzę objął prawnuk Ezechiasza, Jozjasz, który powrócił do reform religijnych Ezechiasza. Ten okazał się ostatnim przyzwoitym królem w Judzie. Później było już tylko coraz gorzej. Kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach nadciągnęli Babilończycy, którzy podbili Judę, zniszczyli świątynię, a naród uprowadzili do niewoli. Wszystko, co wcześniej funkcjonowało, w praktyce przestało istnieć.

Po mniej więcej 70 latach garstka Izraelitów wróciła z niewoli babilońskiej i w tym momencie dochodzimy do właściwego kontekstu Księgi Malachiasza. Do ziemi obiecanej ludowi przez Boga wróciło znacznie mniej Izraelitów, niż pierwotnie weszło do niej pod wodzą Jozuego. Tym razem stanowili żałosny widok. Jerozolima również wyglądała tragicznie. Jej mury zburzono, a bramy spalono (por. Ne 1,3). Gdy ludzie wracający z wygnania zobaczyli świątynię, zapłakali nad nią. Nic się nie ostało z jej poprzedniej chwały. Odbudowali więc świątynię taką, jak ją pamiętali. Jednak ta nowa okazała się mniejsza i nie tak wspaniała. Odbudowano również składy (spichlerze), ale i te w znacznie ograniczonej wielkości. Nie było zresztą potrzeby odtwarzać rozmiarów poprzedniej świątyni. Ludu było niewiele, Lewitów jeszcze mniej, podobnie jak kapłanów.

Z punktu widzenia analizy historycznej tekstu Księgi Malachiasza mamy jednak sporo szczęścia. W tym okresie powstały obok niej także Księga Ezdrasza i Księga Nehemiasza. Możemy więc posiłkować się nimi i dokładnie ustalić, co takiego wzbudziło bezsprzecznie silną reakcję Boga.

W Księdze Ezdrasza informacje przedstawiono dość ogólnie, ale Księga Nehemiasza obfituje w niezwykle ciekawe zapisy. Czytamy w niej, że Izraelici byli w tym czasie bardzo oddani Bogu. Kiedy już odbudowali i poświęcili mury Jerozolimy, pierwsze, co postanowili uczynić, to wrócić do przestrzegania Prawa Mojżeszowego otrzymanego od Boga wieki wcześniej. Nałożyli na siebie zobowiązanie, rodzaj kontraktu, który podpisał cały lud:

 

 (…) zobowiązaliśmy się do płacenia rocznego podatku w wysokości 3,8 grama[18] srebra na sprawowanie kultu w Bożej[19] świątyni, czyli na: zakupy chlebów pokładnych, na stałą ofiarę pokarmową, na stałą ofiarę całopalną, na wydatki związane z szabatami, świętami nowiu, z pozostałymi świętami, na przedmioty kultowe, na przebłagalne ofiary za grzechy Izraela i na wszelkie prace związane z utrzymaniem świątyni naszego Boga.

(Ne 10,33-34 NPD)

 

 Dodatkowo również zobowiązaliśmy się, że co roku będziemy przekazywać na rzecz świątyni PANA pierwociny naszej ziemi i owoców wszystkich drzew, a także naszych pierworodnych synów i pierworodne naszego bydła, jak jest zapisane w Prawie: pierworodne naszych wołów i owiec należy przyprowadzić do świątyni Boga, to jest dla kapłanów posługujących w świątyni naszego Boga. Również część naszych wypieków, naszych datków, owoców wszystkich drzew, wina i oliwy przyniesiemy kapłanom, by złożyli je w magazynach świątyni naszego Boga, a dziesięcinę z plonów naszej ziemi – Lewitom, którym należy się dziesięcina we wszystkich miejscowościach, gdzie tylko uprawiamy ziemię. Lewici zaś powinni odbierać tę dziesięcinę w obecności kapłana, potomka Aarona. Otrzymawszy ją, będą mieli obowiązek wydzielenia dziesiątej jej części i przekazania jej do magazynów świątyni naszego Boga. Potomkowie Izraela i Lewiego mają bowiem obowiązek składania danin zboża, wina i oliwy w magazynach, gdzie również powinny być przechowywane przedmioty kultu i rzeczy kapłanów, strażników bram i śpiewaków, którzy w świątyni pełnią swą służbę. Nie chcemy bowiem zaniedbać służby w świątyni naszego Boga. (Ne 10,36-40 NPD)

 

Postanowili więc czynić wszystko dokładnie tak, jak było ustalone od początku. To, co przeznaczano dla kapłanów, znoszono do świątyni, a to, co dla Lewitów, miało trafiać prosto z pól (jako pierwocina) do miast lewickich. Dopiero później dziesięcinę z tej dziesięciny Lewici powinni znosić do składu (magazynu) świątynnego. Pozornie wszystko wróciło do normy, ale jeśli przyjrzymy się dokładnie sytuacji, to zauważymy, że na dostarczycieli towarów do świątyni zostali wyznaczeni Lewici, a nie lud. Jeśli więc ktokolwiek mógłby zostać oskarżony o „oszukiwanie Boga”, to oni pierwsi są na celowniku. Jednak nieco dalej czytamy, że Lewici starali się czynić wszystko najlepiej, jak umieli.

 

 W tym dniu złożono wielkie ofiary i wszyscy radowali się, bo Bóg napełnił ich serca wielkim weselem. Cieszyły się również kobiety i dzieci. Radość panującą w Jerozolimie słychać było z daleka. Wtedy również wyznaczono mężczyzn, którzy mieli dbać o pomieszczenia do składowania zapasów, darów, pierwocin i dziesięcin z wyznaczonych miast[20], zgodnie z prawem przeznaczonych dla kapłanów i Lewitów. Mieszkańcy Judy bardzo życzliwie i z szacunkiem odnosili się bowiem do kapłanów i Lewitów, którzy w świątyni ich Boga dokonywali oczyszczeń. Podobnie śpiewacy i strażnicy bram pełnili służbę zgodnie z rozporządzeniami Dawida i jego syna Salomona. Już bowiem wcześniej, w czasach Dawida i Asafa, wyznaczano kierowników śpiewaków, którzy na cześć Boga śpiewali pieśni uwielbienia i dziękczynienia. W czasach Zorobabela i Nehemiasza cały Izrael składał ofiary przeznaczone na utrzymanie śpiewaków i stróżów bram. Podobne ofiary składano na potrzeby Lewitów, a ci przekazywali ich część synom Aarona.

(Ne 12,43-47 NPD)

 

Zwróćmy uwagę na słowa: „Mieszkańcy Judy bardzo życzliwie i z szacunkiem odnosili się bowiem do kapłanów i Lewitów, którzy w świątyni ich Boga dokonywali oczyszczeń” oraz „W czasach Zorobabela i Nehemiasza cały Izrael składał ofiary przeznaczone na utrzymanie śpiewaków i stróżów bram. Podobne ofiary składano na potrzeby Lewitów, a ci przekazywali ich część synom Aarona”. Nehemiasz wyraźnie mówi, że ze strony ludu wszystko było w jak najlepszym porządku. Lud chętnie przekazywał Lewitom dziesięciny, gdyż był zadowolony z tego, co się działo. W żaden sposób nie odpowiada to popularnym współcześnie interpretacjom Księgi Malachiasza oskarżającym lud o „oszukiwanie Boga” w dziesięcinach. Zatem ktoś inny, a nie lud, okradał Boga z danin oraz dziesięcin. To przeciwko tym ludziom Najwyższy skierował swoje Słowo.

Zwykle bywa tak, że jeśli w trakcie śledztwa występuje naoczny świadek relacjonujący to, co się wydarzyło, atmosfera w sądzie robi się niezwykle interesująca. Posłuchajmy więc zeznania Nehemiasza, który – jako naoczny świadek – przedstawił ówczesne wydarzenia.

 

 W tym czasie okazało się, że odpowiedzialny za zarządzanie pomieszczeniami należącymi do świątyni naszego Boga kapłan Eliaszib, będący krewnym Tobiasza, wyasygnował dla niego duże pomieszczenie, w którym wcześniej składowane były ofiary ze zboża, kadzidło, sprzęty, dziesięcina ze zboża, wina i oliwy, przydziały dla Lewitów, śpiewaków i stróżów bram, a także świadczenia dla kapłanów. (Ne 13,4-5 NPD)

 

A więc pojawia się kapłan, krewny Tobiasza. Gdy uważnie wczytamy się w Księgę Nehemiasza, dowiemy się, że Tobiasz był zatwardziałym poganinem i jednym z najbardziej zagorzałych wrogów Nehemiasza. Człowiek ten starał się robić wszystko, co tylko możliwe, by nie dopuścić do odbudowy Jerozolimy. Kuriozalne jest to, że kapłan odpowiedzialny za zarządzanie nieruchomościami świątynnymi – w szczególności za pomieszczenia do składowania dziesięciny – usunął z nich wszystko, co tam przechowywano, chociaż Prawo Mojżeszowe tego zabraniało, i urządził tam mieszkanie. Dosłownie zamienił skarbiec świątynny na lokum dla swego pogańskiego krewniaka. Wzburzony tym Nehemiasz tak dalej zeznaje:

 

 Nie było mnie wtedy w Jerozolimie, gdyż w trzydziestym drugim roku swojego panowania Artakserkses, król babiloński, wezwał mnie do siebie. Dopiero po jakimś czasie udało mi się uprosić króla o zgodę na powrót. Gdy przybyłem do Jerozolimy, szybko się zorientowałem, jak straszliwej niegodziwości dopuścił się Eliaszib, udostępniając Tobiaszowi na mieszkanie pomieszczenie należące do Bożej świątyni. Bardzo mnie to rozgniewało. Wyrzuciłem więc Tobiasza z tego pomieszczenia, a z nim całe jego domowe wyposażenie. (Ne 13,6-8 NPD)

 

Kiedy Nehemiasz wrócił, zrobił porządek, gdyż nie mogło być tak, by z miejsca przeznaczonego na sprawowanie Bożego kultu korzystał poganin, i to w celach prywatnych, jedynie dlatego, że był spokrewniony z kapłanem zarządzającym tą nieruchomością. Ale co działo się dalej?

 

 Potem nakazałem oczyszczenie tego pomieszczenia i ponowne wniesienie do niego sprzętów należących do świątyni Boga, a także zboża i kadzidła na ofiary.

(Ne 13,9 NPD)

 

Jednak dziesięcin nie dało się już odnaleźć. Prawdopodobnie zostały przejedzone albo zmarnowane. I to właśnie było problemem, na który Bóg wskazał, przemawiając przez proroka Malachiasza (por. Ml 3,6-12). A jaki wpływ na innych miały działania kapłana Eliasziba?

 

 Wtedy dowiedziałem się również, że Lewici nie otrzymywali swoich przydziałów i że zarówno oni, jak i śpiewacy, którzy mieli pełnić służbę Bożą, porozchodzili się do swoich domów i osad. (Ne 13,10 NPD)

 

Lewici musieli przeżyć wielki szok, gdy pewnego dnia, jak zwykle, zgłosili się po przydział żywności do wyznaczonej komnaty, a tam, zamiast zapasów, zastali wylegującego się w łożu poganina, który kazał im się wynosić i zagroził powiadomieniem kapłana Eliasziba o ich bezczelności. Co więc zrobili? Nie mając co jeść, zostawili świątynię i wrócili do swoich domów. Całkiem możliwe, i nawet wielce prawdopodobne, jest to, że lud, widząc, co się dzieje, przestał składać dziesięciny, no bo przecież magazyny świątynne zmieniły swoje przeznaczenie.

 

 Potem na nowo ściągnąłem do świątyni Lewitów i poleciłem im, by nadal pełnili swoją służbę. Od tej chwili wszyscy mieszkańcy Judei znów znosili dziesięcinę ze zboża, wina i oliwy, które przechowywano w przeznaczonych do tego magazynach.

(Ne 13,11-12 NPD)

 

I to jest niesamowite. Z chwilą kiedy Nehemiasz zrobił porządek, lud bez żadnego nakazu, sam z siebie, znów zaczął wiernie znosić dziesięciny. Sięgnijmy raz jeszcze do wyjściowego fragmentu z Księgi Malachiasza:

 

 Czy naprawdę sądzicie, że wy, ludzie, zdołacie oszukać mnie – Boga? Bo przecież ciągle mnie oszukujecie! Ciąży na was przekleństwo, a z waszego powodu wisi ono także nad całym narodem! (Ml 3,8-9 NPD)

 

Jasno widać, że Bóg kieruje te słowa do religijnego establishmentu – do kapłanów. Sens Bożej wypowiedzi można streścić krótko: sprzeniewierzyliście się mi, przez co zniechęciliście lud. Z powodu tego, co wy, przywódcy religijni, wyczyniacie, nie ma błogosławieństwa nad całym narodem.

 

 Oddajcie mi całą dziesięcinę, którą przyniósł lud! Przenieście ją ze swych domów i złóżcie w mym spichlerzu, aby w mej świątyni było dosyć żywności. Wtedy dopiero mnie sprawdźcie – mówi PAN Zastępów – czy nie otworzę wam Niebios i nie wyleję na ziemię obfitego błogosławieństwa, tak że wszyscy będziecie mieć pełnię dostatku. Wtedy wasz naród doświadczy obfitych zbiorów, gdyż ja ochronię jego zboża przed szkodnikiem i przed chorobami. Winogrona uprawiane w waszej ziemi nie uschną przed dojrzewaniem – mówi PAN Zastępów. (Ml 3,10-11 NPD)

 

Biblia wyraźnie pokazuje, że to nie lud był winien powstałej sytuacji. To skorumpowani kapłani, którzy traktowali Bożą świątynię jak swój prywatny folwark, dopuszczali się haniebnych uczynków. Swoim postępowaniem skrzywdzili Lewitów i odstręczali lud od wiernego podążania za Bogiem.

Jak zatem jest możliwe, że w kościołach tak powszechnie głosi się fałszywe nauczanie o dziesięcinach? Dlaczego padają słowa typu: „Uważajcie, aby i was coś takiego nie spotkało, bo jeżeli tylko zaniedbacie się w składaniu dziesięciny, to z całą pewnością nie doświadczycie w swym życiu Bożego błogosławieństwa”? Czy kaznodzieje nie czytają tekstów: „Wszystko bowiem, co tamtych spotkało, zostało odnotowane w Piśmie ku naszej przestrodze, jako przykład dla nas, którzy żyjemy w ostatniej fazie obecnego czasu” (1 Kor 10,11 NPD) oraz „A i to jeszcze powinniście wiedzieć, że żadne proroctwo zawarte w Bożym Słowie nie powinno być interpretowane czy roztrząsane oddzielnie[21], to znaczy w oderwaniu od całego Pisma. Albowiem wszystkie proroctwa, które się w nim znalazły, zostały tam umieszczone nie decyzją człowieka, lecz pojawiły się tam z woli Boga – przekazane ustami ludzi prowadzonych w tej sprawie przez Ducha Uświęcenia” (2 P 1,20-21 NPD).

Nie ma prostej odpowiedzi na te pytania. Być może bierze się to zwyczajnie z niewiedzy kaznodziejów, którzy nie poświęcili wystarczająco dużo czasu, by samodzielnie wczytać się w Boże Słowo. Być może ludzie ci nigdy nie sprawdzili tego, co sami usłyszeli od innych. A może jest im po prostu wygodniej przedstawiać temat finansów w taki sposób. Może głoszą tak z powodu chciwości serca, a może ze strachu, że zabraknie pieniędzy na potrzeby kościoła i ich własne przeżycie?

Jednak najgorszą możliwą przyczyną błędnego nauczania byłaby przebiegła i wyrafinowana manipulacja Bożym Słowem. Gdyby ktoś, wiedząc, jak miały się sprawy z dziesięciną w czasach Starego Testamentu, używał tej koncepcji w okresie Bożej łaskawości[22] jako haka do wyciągania danin z wierzącego ludu i czerpania korzyści majątkowych z głoszonego Słowa oraz do mnożenia majątku swojego i organizacji, której służy, kosztem ofiarności Bożego ludu, wzbudzając w ludziach poczucie winy lub obowiązku, powinien wspomniane słowa z Księgi Malachiasza odnieść do siebie i odczytywać je jako Boże oskarżenie skierowane do niego samego. Nie były to bowiem słowa adresowane do ludu, ale do jego religijnych przywódców. Tak naprawdę lud był wierny zarówno w ofiarach, jak i w dziesięcinach. Wierności zabrakło jego przywódcom.

Jeśli poważnie traktujemy Słowo Boże i chcemy być uczciwi nie tylko wobec jego przesłania, ale także wobec samych siebie, to sprawa uczciwego nauczania o dziesięcinie powinna stać się w kościołach i wspólnotach asumptem do głębszej rewizji nauczania na temat pieniędzy i powodzenia materialnego. Być może będzie się to wiązać z weryfikacją całego sposobu odczytywania Pisma św.

Prawda jest taka, że większość ludzi w ogóle nie czyta Biblii, więc głosiciele dziwacznych nauk lub pokrętnych teologii mają bardzo ułatwione zadanie. Jeśli tylko posługują się wystarczająco emocjonalnym i teologicznym słownictwem, są w stanie wmówić innym prawie wszystko. Zręcznie dobrane wersety biblijne (najczęściej wyrwane z kontekstu) pojawiają się w ich kazaniach niczym listki figowe, których zadaniem jest zamaskowanie haniebnej nędzy duchowej oraz wewnętrznej pustki. Kto ich zweryfikuje, jeśli nie zna kontekstu cytowanych przez nich wersetów? Kto im powie, że nauczają niezgodnie z przesłaniem przytaczanego fragmentu Biblii lub niezgodnie z całym jej przesłaniem? Brak znajomości Bożego Słowa oraz zasad hermeneutyki biblijnej jest zmorą naszych czasów! Czy w ogóle można być chrześcijaninem, nie znając przesłania Biblii? A przecież już Hieronim ze Strydonu[23], urodzony około 300 lat po Chrystusie, powiedział: „Nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”.

Przesłaniem tego rozbudowanego komentarza (pogłębionej analizy tematu) nie jest podburzenie kogokolwiek do rewolty, pretensji czy „bicia kogoś Biblią po głowie”. Celem powyższej analizy jest zachęta do wnikliwszego czytania Bożego Słowa i powrotu do wierności Bogu i Jego Słowu. Powinniśmy być wierni Najwyższemu w każdej dziedzinie życia, także i finansowej, ale w taki sposób, w jaki On tego od nas oczekuje. W trwającym obecnie Eonie Łaski jesteśmy zachęcani do zupełnie innego sposobu działania. Dziesięcina rolna i hodowlana były w swej istocie integralną częścią Prawa Mojżeszowego, które było przeznaczone wyłącznie dla Żydów – i tylko dla nich. Obecnie, gdy nie ma już świątyni jerozolimskiej, kapłanów i Lewitów, Żydzi nie praktykują już biblijnej dziesięciny. Część z nich odkłada 10% swych dochodów jako formę pielęgnowania żydowskiej tradycji, a środki zebrane w ten sposób przeznacza na własną działalność dobroczynną.

W NT, który jest skierowany do wszystkich ludzi w czasach Bożej łaskawości, ukazany został zupełnie nowy, dobrowolny wzór postępowania. Bazuje on na wzajemnej trosce braci i sióstr w wierze. Wynika on nie tylko z trwania w ofiarnej Bożej miłości (gr. agape), ale jest też właściwym zrozumieniem sensu Bożej łaskawości. Czytamy o nim w ósmym i dziewiątym rozdziale Drugiego listu do Koryntian. Ofiarna miłość bowiem, wzorowana na miłości Chrystusa, ani nie jest przymusem, ani nie ogranicza się do „regulaminowej” dziesięciny. Powinna cechować się hojnością i radością, które – według wzorca Chrystusowego – rozkwitają w ludziach Jemu ufających.



[1] W przekładzie NPD wersety te brzmią: „Czy naprawdę sądzicie, że wy, ludzie, zdołacie oszukać mnie – Boga? Bo przecież ciągle mnie oszukujecie! I jeszcze do tego bezczelnie mówicie: «Przecież to niemożliwe! Kiedyż to Ciebie oszukaliśmy?». Zobaczcie sami: oszukujecie mnie choćby w dziesięcinach i w kwestii danin, które do mnie należą. To z waszego powodu przekleństwo wisi nad narodem! Oddajcie mi całą dziesięcinę, którą przyniósł lud! Przenieście ją ze swych domów i złóżcie w moim spichlerzu, aby w mej świątyni było dosyć żywności. Wtedy dopiero do mnie przychodźcie – mówi PAN Zastępów – i wtedy sprawdzajcie, czy nie otworzę wam Niebios i nie wyleję na waszą ziemię obfitego błogosławieństwa, tak że wszyscy będziecie mieć pełnię dostatku”.

[2] Lewici – potomkowie Lewiego. Był to jedyny ród izraelski, który nie otrzymał przydziału ziemi po wejściu do Kanaanu, gdyż jego zadaniem nie miała być uprawa roli czy hodowla, ale obsługa kultu świątynnego. Na jego utrzymanie miały więc łożyć pozostałe plemiona izraelskie.

[3] Por. Kpł 27,16-21.

[4] Chodzi o sprzedaż gruntów poświęconych PANU, które przeszły na własność kapłanów. Kapłani nie mogli ich uprawiać, więc musiały być sprzedawane – por. Kpł 27,22-25.

[5] Czyli Lewitom.

[6] Tzn. do przybytku świątynnego.

[7] Sycera – nazwa mocnego napoju alkoholowego, który przypominał nieco dzisiejszą wódkę.

[8] Hebr. Elohim.

[9] Dosł. „dom”.

[10] A więc co trzy lata.

[11] Dosł. „w obrębie swoich bram”, a zatem dziesięcina nie miała być noszona do Jerozolimy.

[12] Tzn. obcokrajowca, który podobnie jak Lewita nie miał udziału w ziemi obiecanej.

[13] Jak pokazuje tekst Dz 4,36-37, Lewici mogli mieć ziemię poza Izraelem.

[14] Określenie Północnego Królestwa.

[15] Określenie Królestwa Południowego.

[16] Trzeci miesiąc wg kalendarza żydowskiego to siwan. Wypada on na przełomie naszego maja i czerwca.

[17] Siódmy miesiąc wg kalendarza żydowskiego to tiszri. Wypada on na przełomie naszego września i października.

[18] Jedna trzecia sykla.

[19] Hebr. Elohim – Bóg.

[20] Chodzi o dziesięć miast lewickich.

[21] Niektóre przekłady tłumaczą słowo idias jako „prywatnie” lub „samodzielnie”, co jednak stoi w ewidentnej sprzeczności z 1 J 2,20.27. Zasadniczym znaczeniem słowa idias jest „oddzielnie”, „w wydzielony sposób” (w sensie „w sposób wyrwany z kontekstu”). Chodzi więc o tragiczną w skutkach praktykę wyrwania z kontekstu wersetów biblijnych (w tym proroctw i obietnic) i po takim ich wyizolowaniu woluntarystyczne ich interpretowanie. Niestety, w obecnych czasach stało się to bardzo powszechne. Mało kto, nawet wśród teologów, zwraca dziś uwagę na kontekstualność interpretacji poszczególnych proroctw (czy innych fragmentów Bożego Słowa). Niewielu rozważa je w świetle przekazu całego fragmentu, akapitu, księgi czy całej Biblii, a przedstawiane interpretacje Bożego Słowa coraz częściej spełniają wymagania tuby ideologicznej danej organizacji religijnej (por. także 2 Tm 3,16-17) zamiast być wyrazem rzetelnego poszukiwania Prawdy.

[22] Zasadniczym celem Eonu Łaski, w którym obecnie żyjemy, jest rozgłoszenie Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie.

[23] Hieronim ze Strydonu (ur. 345 r. lub 347 r., zm. 420 r.), teolog i egzegeta, autor Wulgaty, czyli przekładu Biblii na łacinę dokonanego na zlecenie papieża Damazego I w latach 382-406.

Dziesięć Przykazań

Dziesięć Przykazań (zwane przez Żydów „Dziesięcioma Słowami” lub „Dziesięcioma Oświadczeniami” – hebr. Aseret ha-Dibrot) stanowi część Prawa, które Izrael otrzymał od Boga przez ręce Mojżesza (por. Wj 20,2-17 oraz Pwt 5,6-21). W tradycji chrześcijańskiej przykazania te nazywa się Dekalogiem. Najogólniej patrząc, były one moralnym kompasem dla narodu Izraela.

Po pierwsze, trzeba zauważyć, że Dziesięć Przykazań (jako część Prawa Mojżeszowego) zostało danych Izraelowi, a nie wszystkim ludziom, co oznacza, że były skierowane tylko do tego narodu (por. Wj 20,18-22).

Po drugie, trzeba pamiętać, że celem → Prawa Mojżeszowego nigdy nie było zbawienie kogokolwiek, ale wykazanie, że każdy człowiek jest grzeszny i nie jest w stanie osiągnąć poziomu Bożej świętości (por. Ga 3,19-22).

Po trzecie, należy sobie uświadomić, że Prawo Mojżeszowe (a z nim Dziesięć Przykazań) ukazuje Boży charakter, a w szczególności Bożą świętość. Z tego względu ludzie, którzy kochają Boga i pragną dostosować swoje życie do Jego standardów, chętnie sięgają do Dziesięciu Przykazań, nawet jeśli nie są Żydami, którzy byli zobowiązani do ich przestrzegania.

Niektóre osoby w dramatyczny sposób podnoszą różnice w zapisach i numeracji poszczególnych przykazań. Głównie chodzi o to, które przykazanie i w jakim zakresie jest pierwsze, które i w jakim zakresie jest drugie, a które trzecie. Podobne dyskusje dotyczą zakresów dziewiątego i dziesiątego przykazania. Różnice te wynikają jednak z rozbieżnych zapisów Wj 20,2-17 oraz Pwt 5,6-21, co sprawiło, że numeracja Dziesięciu Przykazań w różnych epokach i tradycjach przedstawiana była (i nadal jest) w różny sposób. W tej sprawie wypowiadali się Teofil Antiocheński, Klemens Aleksandryjski, Tertulian, Orygenes czy Augustyn z Hippony. Głównym problemem najbardziej krzykliwych współczesnych krytyków tego zagadnienia jest kompletny brak zrozumienia, iż w → Septuagincie, która przez kilkaset lat była de facto Biblią pierwszego Kościoła, greckie zapisy Wj 20,2-17 oraz Pwt 5,6-21 brzmiały identycznie i były zgodne z zapisem, jaki występuje w hebrajskiej wersji Pwt 5,6-21. Drobiazgowe katalogowanie Dziesięciu Przykazań wydaje się największym problemem dla tych osób, które mają wyraźne skłonności do judaizowania (co było nie lada problemem już w pierwszych społecznościach wierzącego ludu – por. Dz 15,1-2 oraz Dz 15,24). Jednak dla ucznia Jezusa zasadnicze znaczenie ma osobiste poznanie Chrystusa oraz trwanie z Nim w niezmąconej relacji przyjaźni (por. Flp 3,3-8), a nie walka o słowa i kwalifikacje metodyczne, szczególnie jeśli dotyczą one Prawa Mojżeszowego (por. Ga 5,4; 2 Tm 2,14), którego częścią jest Dziesięć Przykazań.

Patrz też → Septuaginta; → Prawo Mojżeszowe.

Narodzenie z Bożego Ducha

Narodzenie z Bożego Ducha, zwane również: „powtórnym narodzeniem”, „narodzeniem na nowo”, „narodzeniem z Boga”, „narodzeniem z Ducha”, „narodzeniem z góry”, jest określeniem jednej z najważniejszych prawd ogłoszonych przez Jezusa Chrystusa. Jest ono kluczowe dla zrozumienia przesłania Nowego Testamentu.

Zgodnie z wypowiedzią Jezusa z J 3,5-7 narodzenie z Bożego Ducha jest absolutnie niezbędne (warunek konieczny) do wejścia człowieka do Bożego Królestwa. Jest to jednocześnie pierwszy krok w procesie zbawienia człowieka. W duchowym wymiarze polega on na uwolnieniu człowieka z mocy grzechu (spod władzy grzechu). Nowe narodzenie dokonuje się wewnętrznie (duchowo) jako wynik spotkania człowieka z treścią Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie. Ta treść jest w najgłębszym wymiarze sensem Bożego Słowa, które zostaje posiane w sercu człowieka. Zgodnie z Mt 13,3-23; Mk 4,3-20; Łk 8,4-15 dzieje się to jako działanie samego Chrystusa, który dokonuje tego przez swego Ducha (Ducha Chrystusa, Ducha Świętego Boga). W tym celu może On wykorzystać zarówno osobistą lekturę Biblii, jak i proste głoszenie komuś Dobrej Wiadomości o ratunku ustanowionym przez Boga tylko w Chrystusie przez ludzi posłusznych Jezusowi. Jeśli to spotkanie z Bożym Słowem w sercu człowieka zaowocuje decyzją ludzkiej woli przyjęcia Bożej łaskawości okazanej mu W CHRYSTUSIE, uznania swej grzeszności i poddania się woli Ojca Niebiańskiego, to wtedy dopiero można mówić o narodzeniu duchowym (a więc powtórnym narodzeniu – tym razem z wysokości Bożego Ducha). Wydarzenie to można porównać do zrodzenia się w duchu człowieka Bożego kodu DNA. Zgodnie z nauczaniem NT praca Bożego Ducha na Ziemi polega na: 

    1)  przyprowadzeniu niewierzącego człowieka do Chrystusa. W tym celu Duch Boży z mocą świadczy o Chrystusie (por. J 15,26) – wcielonym Słowie Boga – i czyni to w sposób szczegółowy (por. J 15,8-14),

    2)  przeprowadzeniu wierzącego przez proces uświęcenia, bez którego nikt nie może ujrzeć PANA (por. Hbr 12,14).

Każdy człowiek dziedziczy po pierwszych ludziach stan oddzielenia od Boga. Kiedy szczerze przyjmuje Boży dar ZBAWIENIA W CHRYSTUSIE, okazując Mu swoje zaufanie (wiarę), zostaje przywrócony do relacji z Ojcem w Niebiosach i dopiero od tego momentu Bóg zaczyna wsłuchiwać się w jego modlitwy (por. Iz 59,2). Pierwszą wysłuchaną przez Boga modlitwą każdego człowieka jest modlitwa opamiętania się i pokornego poddania Jego planom W CHRYSTUSIE (por. 1 P 5,6). W konsekwencji w chwili nowego narodzenia człowiek – dzięki mocy Chrystusa – staje się dzieckiem Bożym (dosł. niemowlęciem – gr. teknon, nepios). Martwy duch człowieczy zostaje ożywiony Duchem Boga, przez co człowiek uzyskuje zdolność nawiązywania relacji z Wiekuistym na płaszczyźnie duchowej. Przez zespolenie ducha człowieka z Duchem Bożym rodzi się w sercu człowieka Nowe Życie. Nasieniem, od którego się to życie zaczyna i dzięki któremu się rozwija, jest Boże Słowo.

Nowe narodzenie można porównać do wciągnięcia człowieka na listę Bożego programu uświęcenia. Człowiek otrzymuje status sprawiedliwego w Chrystusie i zostaje objęty „programem uświęcenia”, podobnie jak to się dzieje w programie świadka koronnego. Przestępca (grzesznik), który okazuje skruchę (opamiętanie i nawrócenie), otrzymuje status jakby świadka koronnego (Biblia określa to jako otrzymanie statusu sprawiedliwego). Wraz z wpisaniem go do „programu” grzesznik otrzymuje W CHRYSTUSIE pełne anulowanie wszystkich swoich win, nową tożsamość, nowe miejsce zamieszkania, ochronę etc. (a więc cały zakres ochrony zwany ogólnie „Nowe Życie”). Od teraz wystarczy, by wytrwał w tym programie, współpracując z Najwyższym Wymiarem Sprawiedliwości (Sędzią Najwyższym). Oczywiście każdy człowiek na własne życzenie lub z powodu własnej głupoty może sam wystąpić z „programu uświęcenia” i zrezygnować z przyznanych mu przywilejów (por. Hbr 10,26-27). Program ten bowiem jest przygotowany tylko dla chętnych, którzy są nim zainteresowani w najwyższym stopniu i gotowi do przyjęcia jego warunków całym sercem. Bóg nikogo nigdy nie zmusza do wejścia w „program uświęcenia”.

Nie wszyscy zauważają, że uznanie przez Boga kogoś za „sprawiedliwego” jest wstępem do rozpoczęcia procesu uświęcania danego człowieka. Ten proces może bowiem dokonać się tylko W CHRYSTUSIE przez TRWANIE w żywej Jego Obecności. A zatem nowe narodzenie jest swoistego rodzaju „duchową adopcją” do Bożej rodziny, której dokonuje Najwyższy i od której rozpoczyna proces dostosowania charakteru człowieka do standardów Bożego Królestwa, a więc proces upodabniania go do Chrystusa.

Czasami pojawia się pytanie, czy samo „powtórne narodzenie” (narodzenie z Bożego Ducha) wystarczy, by znaleźć się w Bożym Królestwie. Jezus wyraźnie mówi, że nie. Chrystus stwierdził, że bez tego narodzenia nikt „nie może wejść do Bożego Królestwa” (J 3,5). Jest to więc warunek konieczny, jednak nie stwierdził On, iż jest wystarczający. W Mt 7,21-23 Jezus zapowiada, że do Królestwa Niebiańskiego wejdą tylko ci, którzy faktycznie pełnili wolę Ojca, niezależnie od tego, jakich duchowych czy religijnych „wyczynów” dokonywali. Według Jezusa kluczową sprawą jest osobiste posłuszeństwo Bożemu Słowu:

 Jeśli ktoś słucha mojego nauczania, lecz nie stosuje się do niego, nie osądzam go teraz, gdyż celem mojego obecnego przyjścia na świat nie jest potępienie, ale ratowanie! Jednak przyjdzie czas, kiedy każdy, kto słucha mego Słowa, lecz go nie stosuje, zostanie potraktowany na równi z tymi, którzy mnie odrzucają, gdyż Słowo, które ja głoszę, będzie ich sędzią w Dniu Ostatecznym! (J 12,47-48 NPD)

 Podobne przesłanie wynika z wypowiedzi Jezusa odnotowanej w Mt 25,40. Znajdujemy tam opis przyszłego sądu. Okazuje się, że samo wzywanie Jezusa jako PANA nie wystarczy (z pewnością ci, którzy to robili, sami siebie nazywali wierzącymi). Także trzy przypowieści Jezusa poprzedzające Mt 25,40 odnoszą się do wiernego lub niewiernego służenia Mu na tej Ziemi, do właściwego lub niewłaściwego postępowania z tym, co Najwyższy powierza swoim sługom. Teksty te mówią o sługach, a nie o wrogach. Wynika z tego, że wiele osób może przeżyć w czasie Sądu Ostatecznego wielki dramat, gdy okaże się, że „bilet do nieba”, w który tak bardzo wierzyli, nie zadziała. Praktyki religijne, ślepa wiara czy magiczne traktowanie rozlicznych liturgii lub obrzędów okażą się zupełnie bezwartościowe. Apokalipsa potwierdza, że zbawienia dostąpią tylko zwycięzcy, tzn. ci, którzy wytrwali w Chrystusie (por. Ap 2,7; Ap 2,11; Ap 2,17; Ap 2,26; Ap 3,5; Ap 3,12; Ap 3,21; Ap 21,7).

Eon

Gr. aion – umowne pojęcie czasu stosowane zarówno w geochronologii, jak i w narracji biblijnej.

W geochronologii jest jednostką formalną dzielącą się na ery i odpowiada jednostce chronostratygraficznej zwanej eonotem. W języku biblijnym eon nie jest pojęciem tak bardzo technicznym, jednak i tu pełni funkcję makrookreślenia epok w historii zbawienia.

W Biblii wyróżniamy następujące eony: 

    1.  Eon Stworzenia (od stworzenia do wygnania pierwszych ludzi z Raju). W tym czasie nie było grzechu na świecie, a ludzie mieli nieskrępowany dostęp do Boga. Życie na Ziemi funkcjonowało zgodnie z Bożym planem. Nie było śmierci i zepsucia (por. Rdz 1,1-2,25).

    2.  Eon Prawa Naturalnego (od wygnania pierwszych ludzi z Raju do dnia udzielenia Abrahamowi Obietnicy). W tym czasie grzech wszedł na świat i stał się przyczyną zerwania relacji między Bogiem a ludźmi. Zapanowały śmierć i zepsucie (por. Rz 5,12-14).

    3.  Eon Obietnicy (od dnia udzielenia Abrahamowi Obietnicy do dnia nadania Prawa Izraelowi). Chociaż dalej obowiązują konsekwencje grzechu (w tym śmierć), to od dnia udzielenia Abrahamowi Obietnicy Potomka (Zbawiciela) rozpoczyna się formalnie bieg historii zbawienia przez wiarę (por. Ga 3,6-9).

    4.  Eon Prawa Mojżeszowego (od dnia nadania Prawa Izraelowi do dnia powszechnego wylania Ducha Chrystusa). Chociaż dalej obowiązują konsekwencje grzechu (w tym śmierć) oraz obowiązuje Obietnica Zbawiciela udzielona Abrahamowi, Bóg wprowadza w życie Izraela Prawo Mojżeszowe, które będzie mu służyć jako wychowawca mający doprowadzić go do Chrystusa (por. Ga 3,19-29). Ponieważ Prawo wskazywało kary za grzech, Bóg w tym czasie w widoczny sposób reaguje na grzech – okazuje gniew z jego powodu i dość szybko karze ludzi, którzy się go dopuszczają.

    5.  Eon Łaski, zwany też Eonem Prawa Chrystusowego albo Eonem Ducha Bożego (od dnia powszechnego wylania Ducha Chrystusa do Dnia Sądu Ostatecznego). Dalej obowiązują konsekwencje grzechu (w tym śmierć), ale Obietnica dana Abrahamowi już się wypełniła, zaś Prawo Mojżeszowe straciło swój sens, gdyż Chrystus jasno ogłosił swoją Dobrą Wiadomość o Bożym Królestwie i jako Baranek Boży złożył z siebie jedną ofiarę raz na zawsze (por. Hbr 10,10-12). Bóg zaprzestał widocznego okazywania gniewu z powodu grzechu. Ten gniew zbiera się teraz w Niebiosach, ale nie wylewa na Ziemię (por. Rz 1,18). Obecnie okazuje On swoją łaskawość, dając każdemu człowiekowi szansę na wejście do swego Królestwa przez Chrystusa (por. J 14,6; Dz 4,12; 1 Tm 2,4-5 oraz Ga 3,20).

          6.  Eon Chwały dla ludzi, którzy wytrwali w Chrystusie (od Dnia Sądu Ostatecznego na wieki). Wszystkie poprzednie eony zostaną trwale zakończone. Nie będzie już grzechu ani jego konsekwencji (śmierci i zepsucia). Społeczność ludzi z Bogiem zostanie na stałe przywrócona (por. Ap 21,1-4). Dla ludzi, którzy nie związali się trwale z Chrystusem, Eon Chwały będzie czasem wiecznego potępienia wraz z siłami ciemności (por. Ap 21,8).

Filip Apostoł

Filip pochodził z Betsaidy. Zanim stał się Apostołem Jezusa z Nazaretu, był uczniem Jana zwanego Chrzcicielem. To on przyprowadził Natanaela do Jezusa. Czasami Filip Apostoł jest mylony z Filipem, diakonem wspólnoty jerozolimskiej (por. Dz 6,5; Dz 8,5-40; Dz 21,8), o którego życiu wiemy nieco więcej. Biblia nic nie wspomina o śmierci Filipa Apostoła. Jedna z legend mówi, że za panowania Domicjana został ścięty w Hierapolis, inna, że został ukrzyżowany głową w dół. Pseudo-Abdiasz i Herakleon twierdzili, że zmarł śmiercią naturalną.

Gehenna

Gr. Gehenna, czyli dolina Hinnom (hebr. Ge-Hinnom), znajdowała się tuż za południowym murem Jerozolimy. W czasach pogańskich w tej dolinie sprawowano pogański kult Molocha. W czasach Jezusa z Nazaretu było to wielkie miejskie śmietnisko, do którego wyrzucano wszelkie odpady i nieczystości. Śmietnik ten palił się bez przerwy i straszliwie cuchnął, dlatego był kojarzony ze zniszczeniem i potępieniem. Gehenna stała się w nauczaniu Jezusa symbolem miejsca wiecznej kaźni. Gromadziły się tam sępy żywiące się ścierwem (por. Mt 24,28). Gehenna była również miejscem porzucania ciał samobójców i krzyżowanych przestępców, których nie grzebano. Tam dokonywał się ich rozkład, a w końcu, tląc się w ogniu, który był tam stale utrzymywany, ulegały one zniszczeniu (por. Dz 1,18).

Gehenna była także przenośnią odnoszącą się do innych miejsc identyfikowanych z potępieniem, jak gr. abyssos czy tartaros. Słowa te są czasami tłumaczone nieprecyzyjnie jako „Otchłań” (kraina zmarłych). Jednak Otchłań ma w Biblii inną nazwę: gr. Hades, hebr. Szeol. W niej zlokalizowane są zarówno Piekło (gr. Abyssos, Tartaros), jak i Raj (gr. Paradeisos), które mają charakter swoistej „poczekalni” zlokalizowanej w krainie zmarłych, gdzie ludzie, w postaci duszebnej – po odejściu z tego świata, oczekują na Sąd Ostateczny. Wszyscy ci ludzie znajdują się pod strażą istot (tzw. strażnicy bram Otchłani), które służą Bogu, pilnując, by nikt bez zgody PANA nie wydostał się z Otchłani. Jednak w Mt 16,18 Jezus wspomina, że owi strażnicy bram Otchłani nie będą mieć mocy nad tymi, których On sam, tzn. Jezus – mający klucze do Otchłani (por. Ap 1,18) – wyprowadzi z Raju do odwiecznego i nieskończonego Życia. Gdy to się już dokona, Otchłań zostanie zlikwidowana (por. Ap 20,14-15), a niezbawione dusze ludzkie (por. Ap 21,8), wraz z potępionymi istotami duchowymi, zostaną wtrącone do ognistego jeziora płonącej siarki (por. Ap 19,20; Ap 20,10; Ap 20,14). Po tym Sądzie (zgodnie z Apokalipsą) nie będzie już ani Raju, ani Piekła. Będą tylko Nowe Niebiosa, Nowa Ziemia oraz ogniste jezioro płonącej siarki (por. Ap 3,12; Ap 21,1-2).

Empty tab. Edit page to add content here.

Interpretacja Apokalipsy (różne założenia i kierunki)

Na przestrzeni lat zrodziło się wiele szkół interpretacji tej księgi. Cztery zasadnicze kierunki to: 

    1)  historyzm – kierunek, który uważa, że Apokalipsa opisuje w zwarty sposób pełną historię chrześcijaństwa: od okresu pierwotnego aż do czasu Sądu Ostatecznego. W tej metodzie na przestrzeni wieków w wielkiej wyuzdanej Nieprzyzwoitości widziano kolejno różne mocarstwa lub imperia, organizacje świeckie lub religijne, a Bestią była coraz to inna osoba (w zależności od interpretatora). Interpretacja ta była szczególnie popularna w średniowieczu.

    2)  preteryzm – kierunek, który interpretuje wydarzenia opisane w tej księdze jako historię wczesnego chrześcjaństwa. Według preterystów wszystkie proroctwa Apokalipsy wypełniły się w I wieku n.e. Między innymi bitwa pod Har-Magedon jest interpretowana jako wojna żydowska (opisana dokładnie przez Józefa Flawiusza), w wyniku której Jerozolima została kompletnie zniszczona. Bestia i wielki Babilon to symbole Imperium Romanum, a cierpienia i prześladowania wierzących opisywane w tej księdze to cierpienia pierwszych chrześcijan, jakich doświadczali oni ze strony swych dwóch największych wrogów: rzymskiego imperium oraz środowiska religijnych Żydów (zwanych razem Synagogą).

    3)  futuryzm (eschatologizm) – kierunek interpretacyjny upatrujący w Apokalipsie odsłony przyszłych wydarzeń, które dokonają się przy końcu obecnego świata (obecnego eonu). W tym prądzie interpretacyjnym wydaje się, że jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia interpretatora. Na bazie tej metody w ostatnich dwóch stuleciach powstało wiele teorii, zrodziło się wiele organizacji religijnych, a także napisano wiele futurologicznych książek i publikacji.

    4)  idealizm (uniwersalizm) – według tego sposobu interpretacji Apokalipsa jest jedną wielką metaforą walki dobra ze złem. Nazwa „uniwersalizm” odnosi się do głównego założenia tej metody, które jest postulatem, iż księga ta została ponadczasowo zaadresowana do wszystkich chrześcijan, niezależnie od epoki, w jakiej żyją, i że dla każdego z nich jest w jednakowym stopniu aktualna i ważna. Interpretacja ta koncentruje się na próbie wyjaśnienia czytelnikowi tekstu księgi w sposób krytycznoliteracki. W tym celu zaadaptowała ona olbrzymi aparat naukowy związany z krytyką tekstu i stosując go, stara się odnaleźć aktualne przesłanie dla współczesnego czytelnika.

Każda z tych metod ma swoje mocne i słabe strony, każda ma bardzo ciekawe obserwacje, ale też mnóstwo mocno naciąganych argumentów. Z uwagi na to Redakcja NPD w pracy nad Apokalipsą nie bazowała tylko na jednej z wymienionych metod, ale na ich kompilacji, która w biblistyce zyskała nazwę metody eklektycznej.

Jednak mimo korzystania z szerokiej gamy narzędzi metody eklektycznej Redakcja NPD musi wyraźnie stwierdzić, że nie wszystkie symbole czy obrazy, które znajdują się w Apokalipsie, udało się jej zidentyfikować z przekonującą pewnością. Nadal jesteśmy dalecy od stwierdzenia, iż potrafimy całkowicie i jednoznacznie zinterpretować wszystkie zapisy występujące w tej księdze. Z pokorą przyznajemy za Apostołem Pawłem, że: „Obecnie nasz wgląd w sprawy Niebios jest ograniczony i bardzo nieostry, jakby odbity w starym, zaśniedziałym lustrze. Wielu spraw nie jesteśmy w stanie właściwie poznać i zrozumieć. Lecz kiedy Bóg w końcu odsłoni przed naszymi oczami pełnię swej rzeczywistości, wówczas staniemy z Nim twarzą w twarz i wszystko zrozumiemy, jak należy. Obecnie tylko po części poznajemy Boże realia, lecz kiedy już nadejdzie właściwy czas, doświadczymy Jego rzeczywistości w całej pełni – przenikniemy ją, tak jak ona teraz przenika nas” (1 Kor 13,12 NPD). W toku pracy dostrzegliśmy jednakże, w sposób absolutnie jasny i klarowny, główne przesłanie Apokalipsy, jakim jest przekaz, że JEZUS CHRYSTUS, który wstąpił w Niebiosa i zasiadł na Tronie Boskiej Chwały, JEST OSTATECZNYM i NIEKWESTIONOWANYM ZWYCIĘZCĄ w konflikcie, jaki się rozgrywa między Królestwem Bożym a królestwem szatana. Umocniliśmy się również w przekonaniu, że wszyscy ludzie, którzy a) zaufali Chrystusowi i b) wytrwają w Nim do końca, bez najmniejszej wątpliwości (właśnie dzięki temu, że wytrwali w osobistym związku z Nim) znajdą się w Jego Boskiej Obecności na wieki. Tylko tacy ludzie będą się cieszyć odwiecznym i nieskończonym Bożym Życiem, które Chrystus ma w sobie. W tej nowej rzeczywistości Jezus Chrystus, jako Bóg Wszechwładny (gr. Pantokrator), będzie mieszkał z nimi, tak jak to od początku zaplanował. Przez zastosowanie metody redakcji dynamicznej i stylistyki targumicznej staraliśmy się przybliżyć Czytelnikom to niezwykle ważne duchowe przesłanie Apokalipsy.

Jan Apostoł i ewangelista

Jan Apostoł – syn Zebedeusza i Salome, brat Jakuba (Starszego) – por. Mk 1,19. Jemu oraz jego bratu Jezus nadał przydomek Boanerges (Synowie Gromu – por. Mk 3,17). Jest to ludzki autor Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie w relacji Jana, trzech listów oraz Apokalipsy w relacji Jana. Zgodnie ze swoimi zapisami był najbliższym uczniem Jezusa (dosł. „tym, którego Jezus miłował najbardziej”) – por. J 13,23; J 19,26; J 21,7; J 21,20. Jemu Jezus umierający na krzyżu powierzył opiekę nad swą matką (por. J 19,27).

Według tradycji z powodu wiary w Chrystusa był zesłany na wyspę Patmos, gdzie spisał Apokalipsę. Koniec życia spędził w Efezie i tam został pochowany. Wszystkie relacje zgodne są w tym, że Jan odszedł do PANA w bardzo późnym wieku, jednak nie wszystkie zgadzają się co do jego naturalnej śmierci. Istnieją stare przekazy, z których wynika, że Apostoł zginął śmiercią męczeńską, co Jezus wcześniej mu zapowiedział w Mt 20,20-23. Polikrates z Efezu w 190 r. w jednym ze swych listów nazywał Jana Ewangelistę męczennikiem. Także Filip z Sydy (V w.) pisał, że według Papiasza Jan i jego brat Jakub zostali zamordowani przez Żydów. Grzegorz Hamartolos (IX w.), powołując się na Orygenesa, pisał, że: „Jan (…) dostąpił zaszczytu męczeństwa”. O męczeńskiej śmierci Jana Apostoła wspominali w starożytności również inni autorzy, w tym Grzegorz z Nyssy oraz Jan Chryzostom.

Kalendarz żydowski

Kalendarz hebrajski jest oparty na cyklu księżycowym (kalendarz lunarny), co sprawia, że doba zaczyna się wraz z zachodem słońca (w Izraelu zwykle ok. 18:00) i kończy o zachodzie słońca dnia następnego. W praktyce wygląda to tak, że doba podzielona jest na dwie części – pierwszą jest noc, a drugą dzień. W związku z tym zapis godzin w NT odnosi się do tego podziału, np.:

„trzecia godzina dnia” (por. Mk 15,25; Dz 2,15) oznacza naszą godz. 9:00,

„szósta godzina dnia” (por. Mk 15,33; Łk 23,44; Dz 10,9) oznacza naszą godz. 12:00,

„dziewiąta godzina dnia” (por. Mk 15,33-34) oznacza naszą godz. 15:00.

Rok żydowski składa się z dwunastu miesięcy, a tydzień z siedmiu dni, z których pierwszym jest nasza niedziela, a ostatnim nasza sobota. Kolejność miesięcy według kalendarza żydowskiego jest następująca: 

1)      nisan (w kalendarzu gregoriańskim: marzec–kwiecień);

2)      ijar (w kalendarzu gregoriańskim: kwiecień–maj);

3)      siwan (w kalendarzu gregoriańskim: maj–czerwiec);

4)      tamuz (w kalendarzu gregoriańskim: czerwiec–lipiec);

5)      aw (w kalendarzu gregoriańskim: lipiec–sierpień);

6)      elul (w kalendarzu gregoriańskim: sierpień–wrzesień);

7)      tiszri (w kalendarzu gregoriańskim: wrzesień–październik);

8)      cheszwan (w kalendarzu gregoriańskim: październik–listopad);

9)      kislew (w kalendarzu gregoriańskim: listopad–grudzień);

10)  tewet (w kalendarzu gregoriańskim: grudzień–styczeń);

11)  szwat (w kalendarzu gregoriańskim: styczeń–luty);

12)  adar (w kalendarzu gregoriańskim: luty–marzec).

Dla zrównania kalendarza lunarnego z solarnym Żydzi co 2-3 lata dodają trzynasty miesiąc (adar szeni).

Według kalendarza hebrajskiego (opartego na zapisie biblijnym, w którym istnieją pewne luki dotyczące datowania[1]) Jezus Chrystus urodził się w roku 4109 po stworzeniu opisanym w Rdz 1.

Patrz też → Jom Kippur; → Pascha, → Rosz ha-Szana; → Sukkot; → Chanuka; → Purim; → Szawuot.


[1] Więcej na ten temat można znaleźć w publikacji Panorama dziejów biblijnych Waldemara Byczyńskiego, Oficyna Wydawnicza VOCATIO, Warszawa 2016.

List dłużny

List dłużny (zwany także „zapisem dłużnym”) – gr. Cheirografon – był w starożytności odręcznym zapisem długu, który mógł mieć charakter komorniczy (jako wyrok sądowy) albo był osobistym potwierdzeniem zobowiązania (weksel). W chwili spłaty zapis dłużny był przekreślany i opisywano go słowem gr. tetelestai („w pełni zapłacone”; „w pełni wykonane”), co jest zapisem czasownika gr. teleo („wypełnić”, „zapłacić”) w trybie orzekającym czasu teraźniejszego dokonanego w formie biernej. Apostoł Paweł w Liście do Kolosan, podsumowując dzieło odkupienia dokonane przez Chrystusa na krzyżu, użył słów: „W Nim został anulowany nasz zapis dłużny, który był dowodem przeciwko nam. Zapis ten został unieważniony i zniszczony przez przybicie do krzyża” (Kol 2,14 NPD). W ten sposób uwypuklił sens i znaczenie śmierci Jezusa, którego ostatnim słowem na krzyżu było właśnie tetelestai (por. J 19,30).

Łaska Boża

Łaska Boża, a dokładnie rzecz biorąc Boża łaskawość, nie jest czymś, co w sposób bliżej nieokreślony spływa na człowieka w postaci jakiegoś „obłoku błogosławieństwa” lub „daru”. Boża łaska nie jest też czekiem do realizacji w jakimś niebiańskim banku. Jest to niezrównana postawa Boga Najwyższego wobec grzesznego człowieka, którego serce w pokorze (por. Jk 4,6; 1 P 5,5) przyjmuje Boże warunki pokoju W CHRYSTUSIE (por. Rz 3,24). Jest to sytuacja, której doświadcza każdy, kto znajduje się W CHRYSTUSIE. Bóg bowiem okazuje swoją łaskawość (łaskę) tylko PRZEZ CHRYSTUSA i tylko W CHRYSTUSIE. Każdy człowiek ma W CHRYSTUSIE – dzięki poleganiu na Bogu – otwarty dostęp do rzeczywistości Bożej łaski. Poza Chrystusem łaska Boża nie jest dostępna. W oderwaniu od Chrystusa nie można liczyć na Bożą łaskawość. W tej kwestii nie mają znaczenia jakiekolwiek dokonania, osiągnięcia ani to, jakimi autorytetami ludzkimi czy duchowymi ktoś się wspiera. Łudzenie się możliwością doświadczenia Bożej łaskawości w inny sposób niż W CHRYSTUSIE jest zwodzeniem samego siebie, gdyż taka myśl z całą pewnością nie pochodzi od Boga.

Aby zrozumieć, co oznacza łaskawość Boga okazana ludziom W CHRYSTUSIE, musimy zrozumieć, że (a) jakiekolwiek złe czyny i grzechy popełnione w przeszłości nie wykluczają żadnego człowieka z możliwości zbawienia oraz że (b) jakiekolwiek dobre czyny w niczym nie pomagają człowiekowi w dostąpieniu zbawienia. Ludzie przyjmujący Boży plan zbawienia W CHRYSTUSIE powinni pokutować za wszystkie swoje czyny – zarówno te złe, jak i te po ludzku uważane za dobre. Grzechem jest bowiem myślenie, że nasze dobre czyny zapewnią nam zbawienie. Bóg w swej łaskawości ustalił, iż każdy grzesznik, który prawdziwie zanurzy się W CHRYSTUSA, zostanie zbawiony (uwolniony), i dla takich ludzi Bóg przygotował do wykonania pewne dzieła (czyny) – por. Ef 2,10.

Jedyną sytuacją, która wyklucza człowieka z możliwości dostąpienia łaski ustanowionej przez Boga W CHRYSTUSIE, jest odrzucenie, zlekceważenie Chrystusa i Jego dzieła bądź odstąpienie od Niego lub uznanie Jego działalności za dzieło diabelskie (to ostatnie jest w NT nazywane grzechem przeciwko Duchowi Świętego Boga). Kluczem jest zawsze postawa człowieka wobec Chrystusa.

Warto sobie też uświadomić, że Boża łaskawość jest inną rzeczywistością niż Boże miłosierdzie i zdecydowanie różni się od ludzkiej łaski. O ile bowiem Boże miłosierdzie dotyczy grzechów lub „wydarzeń zastanych” (przeszłych) – por. Łk 10,37 – o tyle łaska (zgodnie z Hbr 4,16) jest Bożą pomocą udzielaną w obliczu nadchodzących wyzwań (prób, pokus lub doświadczeń). Kiedy zatem po upadku grzeszny człowiek przychodzi do Boga z prośbą o przebaczenie i oczyszczenie, apeluje do Bożego miłosierdzia, kiedy zaś staje przed wyzwaniami (próbami), które mogą doprowadzić go do upadku, powinien w modlitwie szukać pomocy u Boga, błagając o Jego łaskawe wsparcie, o czym czytamy zarówno w Hbr 4,16, jak i w 1 Kor 10,13.

Boża łaskawość jest obok Jego miłosierdzia absolutnie niezbędna do zbawienia każdego człowieka. Człowiek grzeszny w swej naturze nie jest w stanie samodzielnie przejść przez którykolwiek z etapów procesu zbawienia. Na każdym z nich potrzebuje wsparcia świętego Boga i Najwyższy chętnie to czyni (tzn. obdarza zarówno miłosierdziem, jak i łaską), ale dokonuje tego wyłącznie W CHRYSTUSIE.

Wielu prześladowanym osobom wierzącym wydaje się, że świat w czasach Starego Testamentu był łatwiejszy, gdyż Bóg, prędzej czy później, zawsze w miarę szybko karał grzech. Dziś, gdy widzą pleniące się zło, gdy sami cierpią niesprawiedliwie i mają świadomość, że tak dzieje się od 2000 lat, zastanawiają się – dlaczego tak się dzieje? Dlaczego zło, grzech i niegodziwość tak straszliwie plenią się wszędzie? Jest to dla nich trudne do zniesienia. Zapominają jednak, że właśnie dzięki Bożej łasce oni sami zostali uratowani z mocy grzechu, a Bóg pragnie tego samego również dla ich prześladowców.

Z łaskawością Boga objawioną W CHRYSTUSIE wiąże się jeszcze jeden ważny aspekt egzystencjalny. Od czasu zmartwychwstania PANA żyjemy w okresie łaski, czyli w tzw. Eonie Łaski. O ile więc dawniej, tzn. przed Chrystusem, Bóg w sposób zewnętrzny (widoczny) natychmiast karał grzech i złe postępowanie oraz równie szybko nagradzał wierność oraz pełnienie Jego woli, tak teraz – tzn. w obecnym czasie – Jego „zewnętrzne” karanie i nagradzanie zostały odłożone (powstrzymane) na Dzień Sądu. W Eonie Łaski wiele spraw dokonuje się wewnętrznie (zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo), a zewnętrzne działanie (namacalne konsekwencje zarówno Bożego gniewu, jak i błogosławieństwa) objawi się w sposób widoczny dopiero w Dniu Odpłaty (w Dniu Bożego Gniewu, w Dniu Sądu). Dla ludzi okres łaski jest wielką szansą na ratunek przed wiecznym potępieniem, gdyż jest to czas Bożego oczekiwania na opamiętanie się człowieka, który w najlepiej pojętym własnym interesie powinien w pokorze paść na twarz przed Bożym Tronem i poddać Najwyższemu swoje życie. Nie wszyscy jednak chcą zrozumieć, na czym polegają realia życia w Eonie Łaski. Szydercy, zaślepieni własną pychą, twierdzą, że Bóg nie działa, że stracił kontrolę nad tym światem albo że nie istnieje. Ich zdaniem świadczy o tym fakt, że na świecie dzieje się tak wiele zła. Takie poglądy są oczywiście owocem niezrozumienia odroczonej kary i odroczonego gniewu, a z tym właśnie mamy do czynienia w Eonie Łaski. Nie jest to nowość w ludzkim sposobie myślenia. Świadectwo istnienia podobnych pułapek myślowych znajdujemy już w Ps 73.

Ponieważ żyjemy w Eonie Łaski, warto sobie uświadomić, że gdy spotykają nas niedogodności, trudności czy prześladowania, nie jest to w żadnym wypadku Boża kara. Chociaż gniew Boga z powodu grzechu gromadzi się w Niebiosach (por. Rz 1,18), to jednak Najwyższy odłożył swoje karanie za grzech na Dzień Sądu (Dzień Odpłaty, Dzień Gniewu). Dlatego zamiast rozważania, czy obecnie coś jest lub nie jest karą Bożą, lepiej się zastanowić, czy to, czego doświadczamy, nie jest przypadkiem wynikiem (a) zwykłej głupoty i złych decyzji, które zostały podjęte niezgodnie z wolą Bożą, (b) naturalną konsekwencją grzechu, (c) działaniem sił ciemności, które chcą za wszelką cenę odciągnąć nas od osobistej, żywej relacji z Chrystusem i od pełnienia woli Bożej. Istnieje też pewien szczególny rodzaj doświadczeń, jakim jest (d) prześladowanie z powodu zaufania i nadziei, które ktoś składa w Chrystusie. Takie doświadczenia zdarzają się po to, abyśmy złożyli świadectwo szczerości i wierności Chrystusowi lub oddali Bogu chwałę przez gotowość do zapłacenia ceny za decyzję wytrwania w Chrystusie.

W życiu chrześcijanina zdarzają się też chwile, w których wierzący może doświadczać wychowawczego działania Bożego (gr. paideia). Zgodnie z Hbr 12,1-14 są to działania, które mają doprowadzić wierzących do oczyszczenia, tzn. do uświęcenia. Nie mają one jednak nic wspólnego z karaniem, gdyż ich celem nie jest potępienie, ale doskonalenie dzieci Bożych.

Biorąc powyższe pod uwagę, musimy dojść do wniosku, że Boża łaska nie polega na tym – czego naucza wielu fałszywych nauczycieli – iż Bóg usuwa sprzed stóp swoich wyznawców przeszkody i daje im w życiu szczególne błogosławieństwa materialne, zdrowotne, społeczne czy rodzinne. To są poglądy → teologii sukcesu opartej na starej, żydowskiej, bardzo materialistycznej perspektywie patrzenia na Boga i świat. Pismo św. (szczególnie 1 P 1,6-7 oraz Hbr 4,16) pokazuje, że Bożą łaską jest moc duchowa, którą Najwyższy obdarza swoje dzieci, by miały siłę do przejścia przez pojawiające się trudności, do pokonywania piętrzących się przeszkód czy przetrwania prześladowań, trwając W CHRYSTUSIE i składając świadectwo o Jego miłosierdziu.

Łaska Boża ma wiele aspektów, ale dwa wysuwają się na czoło. Jest ona cudowna i jednocześnie trudna. Musimy sobie uświadomić, że Bóg postanowił, iż od momentu dokonania na krzyżu dzieła odkupienia przez Chrystusa aż do końca obecnego czasu będzie panował Czas Łaski (Eon Łaski). Bóg postanowił zawiesić wykonywanie kary za grzechy aż do Dnia Sądu (Dnia Gniewu, Dnia Odpłaty). Kara za niegodziwości i niepełnienie woli Bożej została Jego decyzją odłożona do Dnia Sądu Ostatecznego, po to by każdy – nawet największy złoczyńca – otrzymał szansę na opamiętanie się. Niestety, zło, wykorzystując Boże postanowienie, pleni się w obecnym świecie. Dzieją się w nim obrzydliwe i straszne rzeczy, które ciągle urągają Bogu, a dla ludzi są koszmarem i dramatem. Wiele osób z powodu niepowstrzymanego rozwoju nieprawości w świecie uważa, że Bóg stracił nad nim kontrolę albo że w ogóle nie istnieje, bo gdyby istniał, toby do czegoś takiego nie dopuścił. Ludzie ci ciągle zapominają, że żyjemy w eonie Bożej łaskawości. Bóg pragnie bowiem, by każdy człowiek poznał prawdę i został uratowany (zbawiony) przed potępieniem (por. 1 Tm 2,4). Dlatego obecnie Najwyższy toleruje zło, gdyż daje nawet oprawcom i niegodziwcom szansę na dobrowolne opamiętanie się. W tym samym czasie uczniowie Jezusa – na świadectwo prawdziwości Bożej łaski – muszą znosić cierpienia i próby, które ich oprawcy szykują z wielką zaciekłością. Wytrwanie w ufności do Boga i cierpliwe znoszenie przeciwności, a także cierpień, jest dla uczniów Jezusa nie tylko świadectwem ich wiary, lecz niejednokrotnie testem prawdziwości ich wiary, który muszą przejść, by pokazać, czy rzeczywiście trwają W CHRYSTUSIE (pomimo prześladowań, pomimo pokus, pomimo zwodzenia tego świata). Z tego właśnie powodu łaska Boża jest nie tylko cudowna, ale i bardzo trudna. Cudowna jest wtedy, gdy my jej doświadczamy, trudna zaś wtedy, gdy czekamy, by skorzystali z niej nasi oprawcy trwający z uporem w swym grzesznym sposobie postępowania. Bóg obecnie powstrzymuje swe karanie.

Jednym z zadziwiających przykładów Bożej łaski jest chociażby sprawa Normy McCorvey, która znana jest mediom pod pseudonimem Jane Roe. Domagała się ona prawa do usunięcia ciąży, która – jak twierdziła – była wynikiem gwałtu (słynna sprawa Roe vs. Wade tocząca się w 1973 r. w Sądzie Najwyższym USA. Drugą stroną w procesie był prokurator okręgowy Henry Wade, który reprezentował stan Teksas). Aborcja była wówczas w Stanach całkowicie nielegalna. 22 stycznia 1973 r. po rozpatrzeniu sprawy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zdecydował się uchylić wszystkie prawa antyaborcyjne zarówno w Teksasie, jak i w pozostałych stanach USA. W związku z długim okresem trwania procesu Norma McCorvey nie zdążyła skorzystać z prawa, które wywalczyła, i urodziła dziecko. W 1995 r. kobieta ta nawróciła się, została chrześcijanką i publicznie ujawniła, iż kłamała, mówiąc, że jej ciąża była wynikiem gwałtu. Po tym wyznaniu stała się działaczką antyaborcyjnych grup pro-life. Na jej przykładzie możemy zobaczyć, jak człowiek, którego grzech sprawił demoniczne uwolnienie się bezmiaru zbrodni aborcyjnych i uruchomienie największego holocaustu w dziejach świata, otrzymał dzięki Bożej łaskawości przebaczenie po nawróceniu się i przyjęciu sprawiedliwości Chrystusa. Na jej przykładzie można zobaczyć, że każdy człowiek jest dla Boga ważny i każdy jest zaproszony do Jego Królestwa, niezależnie od tego, co wcześniej uczynił. Nie każdy jednak to zaproszenie przyjmuje. Część osób nie chce skorzystać z Bożej łaskawości w Chrystusie i z lubością nurza się w swoim grzechu. Ta historia pokazuje również, że nieodrodną cechą grzechu jest to, iż raz uwolniony wywołuje lawinę szkód i tragedii, nawet wówczas gdy grzesznik wycofał się z niego, tak jak to uczyniła Norma McCorvey[1].

Podany wyżej przykład pokazuje też pewną zdolność łaski Bożej objawionej w Chrystusie, która zrozumiana poucza (wychowuje) człowieka do skierowania się na właściwe tory życia. Czytamy o tym w Tt 2,11-13. Jej zrozumienie otwiera przed człowiekiem nierozpoznany wcześniej zakres Bożej dobroci, gdyż łaska przewyższa grzech (por. Rz 5,16). Taką hojną łaskę można tylko przyjąć z pokorą, gdyż nie jest możliwe, aby sobie na nią zasłużyć lub zapracować (por. Rz 4,4; Rz 11,6). Jednak Apostoł Paweł wielokrotnie podkreślał, że zbawienną Bożą łaskawość można zaprzepaścić lub zmarnować (por. 2 Kor 6,1; Ga 2,2; 1 Tes 3,5). W piętnastym rozdziale Pierwszego listu do Koryntian wspomina o tym aż trzy razy! To samo mówił Jezus, a także inni Jego Apostołowie. Gdyby Bożej łaski nie można było zmarnować, gdyby koncepcja nieodwracalnego „biletu do nieba” (rzekomo otrzymywanego na wieczność po wypowiedzeniu wzniosłej modlitwy wiary lub przyjęciu chrztu wodnego) była prawdziwa, to wszelkie ostrzeżenia i napomnienia znajdujące się w NT dotyczące wytrwania w wierze, które są kierowane do wierzących, byłyby zbędne i w praktyce połowa NT nie miałaby sensu – nadawałaby się wręcz do wyrzucenia. To samo dotyczy ST (hebr. Tanach). Historia relacji Izraela z Bogiem ukazana w Prawie (hebr. Tora), Prorokach (hebr. Newiim) i Pismach (hebr. Ketuwim), na przestrzeni stuleci, pokazuje dokładnie to samo. Bożą łaskę oraz Boże miłosierdzie można zmarnować.

Prawdzie o możliwości zmarnowania Bożej łaski co jakiś czas sprzeciwiają się różni nauczyciele, którzy na podstawie Rz 11,29 twierdzą, że „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (przekład literalny). Wielu wykorzystuje ten tekst do głoszenia „biletu do nieba” zgodnie z teologią „raz zbawiony – na zawsze zbawiony”. Jednak zbadanie kontekstu tego fragmentu ujawnia prawdziwy sens tego wersetu. Apostoł Paweł, omawiając ówczesną sytuację duchową Izraela, stwierdził w wersecie 5., że nie wszyscy Izraelici – chociaż wszyscy byli wezwani – skorzystali z daru Bożej łaskawości. Na podstawie proroka Izajasza oraz Psalmów pokazał, że problemem była niewłaściwa postawa serca większości Żydów. Następnie, korzystając z przykładu tego narodu, zwrócił się z ostrzeżeniem do wierzących pochodzenia nieżydowskiego, aby przypadkiem nie poszli drogą tamtych, lecz pełni pokory zadbali z wdzięcznością o właściwą postawę swoich serc i wytrwali w okazanej im Bożej łaskawości w Chrystusie, gdyż tylko w Nim ludzie mogą otrzymać przystęp do Boga. Nieodwołalny jest zatem Boży plan zbawienia, który realizuje się wyłącznie w Chrystusie. Żadne powoływanie się na pochodzenie (jak Żydzi) czy „duchowe narodzenie” (jak nie-Żydzi) nie pomoże żadnemu człowiekowi, jeśli pozwoli on sobie na skamienienie serca i odstąpienie od Boga, gardząc Jego łaskawością. Bogu bowiem bardziej niż na czymkolwiek innym zależy na postawie ludzkich serc. To one mają dla Niego największą wartość. Dla tych ludzi (w tym także Żydów), którzy w pokorze powracają do Niego, choćby wcześniej odpadli, rezerwuje On wielkie pokłady swego miłosierdzia. W tym tkwi niezwykła mądrość Bożego planu zbawienia.

Niestety, w dzisiejszych czasach jak potop rozlewa się po kościołach herezja „taniej łaski”. Idzie ona ręka w rękę z głoszeniem „biletu do nieba” i polega na twierdzeniu, że każdy, kto tylko pomodli się tzw. modlitwą grzesznika (ewentualnie ochrzci się w wodzie w wieku dorosłym lub wyzna Jezusa jako swego PANA i Zbawiciela), zostaje natychmiast wewnętrznie przemieniony i od razu zbawiony, niezależnie od tego, jak dalej będzie wyglądało jego czy jej życie. Głosiciele taniej łaski zwykle nie wzywają ludzi do opamiętania się, zerwania z grzechem, naprawienia szkód, które wyrządzili innym. Nie wzywają do zanurzenia się w Boże Słowo i w Bożego Ducha Uświęcenia w celu przejścia procesu uświęcenia (por. Hbr 12,14). Liczą się aspekty socjologiczne: szybki przyrost liczbowy kościoła, pozyskiwanie nowych środków finansowych, wynoszenie duchownego na piedestał przywódczej chwały, a wszystko to na fali rozbujanych emocji, które umiejętnie podsycane sprawiają, że ludzie myślą, iż Boża łaska jest „złotym deszczem”, który właśnie na nich spadł i który rozwiąże wszystkie ich problemy. Nie są nauczani, że Boża łaskawość nie tylko jest cudowna, lecz także bywa trudna i zobowiązująca.

Patrz też → Boże wybranie.


[1] Z tego powodu po śmierci Normy McCorvey (gdy ona nie mogła się już temu przeciwstawić) środowiska proaborcyjne związane z kanałem FX TV (własność Disney Company) podjęły próbę zdyskredytowania jej nawrócenia.Sample Text

Marek ewangelista

 

 

Marek, zwany też Janem Markiem, kuzyn Barnaby (por. Kol 4,10), autor Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie w relacji Marka. Maria, matka Marka, miała dom w Jerozolimie (por. Dz 12,12), prawdopodobnie więc to miasto było miejscem jego narodzin i wychowania. Marek brał udział w pierwszej wyprawie misyjnej Apostoła Pawła, z której wycofał się w Perge w Pamfilii (por. Dz 13,13). Ta decyzja stała się powodem sporu między Pawłem a Barnabą, który doprowadził do rozdziału ich wspólnej dotąd służby (por. Dz 15,36-40). Zapisy Kol 4,10 oraz Flm 24 wskazują, że w czasie uwięzienia Pawła w Rzymie (w latach 61-63 n.e.) relacje Marka z Apostołem zostały odnowione. Późniejsze wskazówki pochodzące od Papiasza (I/II w.) i Klemensa Aleksandryjskiego (II/III w.) sugerują, iż Marek mógł być tłumaczem Apostoła Piotra, gdy ten, podobno, przybył do Rzymu. Piotr, będąc prostym rybakiem, nie znał obcych języków, więc jego przemowy do osób posługujących się łaciną lub greką musiały być tłumaczone. Podobno Marek, tłumacząc Piotra, postanowił zebrać na piśmie jego relację o Chrystusie, co uczynił w postaci swej Dobrej Wiadomości. W związku z tym egzegeci traktują ewangeliczny zapis Marka jako relację Piotra spisaną w Rzymie w roku 65 n.e., a więc rok po wielkim pożarze miasta, po którym nastąpiły lokalne prześladowania chrześcijan. Biblia nic nie wspomina o śmierci Marka. Legendy głoszą, że ostatnie lata życia spędził w Aleksandrii, gdzie podobno w roku 68 n.e. poniósł śmierć męczeńską.

Napełnienie Duchem Świętego Boga

Napełnienie Duchem Świętego Boga (popularnie zwane „napełnieniem Duchem Świętym”) należy do grupy najsłabiej rozumianych i najczęściej opacznie interpretowanych pojęć występujących w Nowym Testamencie. Ludzie, zamiast poszukiwać znaczenia tego określenia w samej Biblii (zgodnie z zasadami hermeneutyki), zwykle przypisują mu znaczenie zgodne z własnymi „mistycznymi” wyobrażeniami lub – co gorsza – własnymi najdziwniejszymi pragnieniami lub niezrozumiałymi doświadczeniami. Prowadzi to nagminnie do tworzenia dziwacznych koncepcji myślowych, których zasadniczą treścią jest osobiste doświadczenie satysfakcjonujące czyjeś emocje, a nie koncentracja na Słowie Bożym. Poszukiwanie tego typu emocjonalnego zaspokojenia, przeżywania nadnaturalnych doświadczeń lub nawet samo pragnienie przeżycia czegoś takiego (co jest typowe dla okresu postmodernizmu, w którym żyjemy) są wykorzystywane przez różnej maści zwodzicieli promujących różnorodne ekstremizmy behawioralne, które sami praktykują, nazywając to „napełnieniem Duchem Świętym”. A przecież precyzyjnemu opisaniu rzeczywistości tego, co należy rozumieć przez napełnienie Duchem Świętym, poświęcono blisko połowę Nowego Testamentu. Cztery księgi, nazywane popularnie Ewangeliami (w NPD są to Dobre Wiadomości o ratunku w Chrystusie w relacji…), ukazują Postać najwspanialej poddaną mocy Ducha Bożego i napełnioną Nim w sposób maksymalny. Chodzi oczywiście o Jezusa z Nazaretu zwanego Chrystusem (czyli „Namaszczonym” – bo takie jest polskie tłumaczenie przydomka „Chrystus”). On jest najdoskonalszym wzorcem osoby faktycznie napełnionej Duchem Świętego Boga. Jeśli zatem ktokolwiek chce się dowiedzieć, jak postępuje i zachowuje się osoba „napełniona Duchem Świętym” (tzn. będąca pod wpływem Ducha Świętego Boga), powinien dokładnie przestudiować zachowanie i postępowanie Jezusa opisane w relacjach ewangelicznych.

Uważne przestudiowanie wszystkich relacji ewangelicznych, a także pierwszego rozdziału Dziejów wysłanników Chrystusa, pokazuje, że nigdzie, w żadnym miejscu NT, nie ma mowy o tym, by Jezus był „powalany mocą” na ziemię, „rzucany mocą” o ściany albo bełkotał w sposób dla nikogo niezrozumiały. Nie ma też ani jednego opisu, aby On wił się po ziemi, chodził na czworakach, szczekał, zaśmiewał się bez sensu i w niepohamowany sposób. Wręcz przeciwnie. Opisy tego rodzaju zachowań w NT odnoszą się do ludzi znajdujących się pod wpływem demonów lub duchów zwodniczych, z którymi Jezus radykalnie się rozprawiał. Obraz Jezusa z Nazaretu, który przeszedł przez życie „napełniony Duchem Uświęcenia” (Łk 4,1 NPD), tzn. „namaszczony Duchem Świętego Boga” (Dz 10,38 NPD), jest obrazem Człowieka w pełni zanurzonego w Boże Słowo, który nie tylko sam na co dzień poddaje się temu Słowu, lecz także głosi je i objaśnia innym. Wszystkie relacje ewangeliczne ukazują Jezusa jako Człowieka, który jest emocjonalnie zrównoważony, pełen godności, mądrości i promienieje wewnętrzną radością z powodu pełnienia woli Ojca Niebiańskiego. To Człowiek, w życiu którego widać najważniejsze znaki napełnienia Duchem Uświęcenia (owoc tego Ducha), jakimi są: (a) uświęcenie i (b) postawa ofiarnej Bożej miłości (gr. agape), której szczegółowe opisy odnajdujemy w 1 Kor 13,1-8; Ga 5,22-23; 2 Tm 1,17. Trzeba pamiętać, że ofiarna Boża miłość (gr. agape) nie ma nic wspólnego z emocjami ani z tym, co świat nazywa „miłością”. Boża miłość agape jest decyzją aktywnego świadczenia dobra również tym, którzy na to dobro wcale nie zasługują. Jezus, jakiego widzimy w NT, to również Człowiek, który nie tylko słowami, ale przede wszystkim czynami pokazuje, jak należy wielbić świętego Boga i postępować w uświęceniu (por. Kpł 11,44-45; Kpł 19,2; Kpł 20,17; Hbr 12,14; 1 P 1,16). Świętość jest bowiem jedną z fundamentalnych cech Boga, która wyróżnia Go i sprawia, że Jego Osoba i działania są łatwo rozpoznawalne – nie noszą bowiem żadnych znamion grzechu, skażenia, zepsucia, niewiedzy czy głupoty. Nic dziwnego, że Duch Boży, który jest Duchem Chrystusa, nazywany jest także Duchem Świętym. W przekładzie NPD – dla mocniejszego podkreślenia tej Jego cechy i misji, z którą przyszedł na Ziemię – zwany jest Duchem Świętości, Duchem Uświęcenia, Duchem Uświęcającym[1] czy też Duchem Świętego Boga[2]. Nie wolno zapominać o tym, że owocem napełnienia Duchem Świętego Boga jest dramatyczna zmiana stylu życia (gr. metanoia – „opamiętanie się”), podczas której ludzie odwracają się od grzechu i zaczynają lgnąć do Boga, do Jego chwały, Jego Prawdy i Jego świętości. Widać to w duchowych i duszebnych (charakterologicznych) owocach ich życia (por. Ga 5,22-23).

Jeśli jednak komuś nie wystarcza przykład Jezusa z Nazaretu jako wzorca napełnienia Duchem Świętego Boga, to NT dostarcza także opisów zachowania się innych osób, o których Słowo Boże mówi, że były pełne Ducha Uświęcenia czy napełnione Duchem Świętego Boga. Należą do nich: Jan zwany Chrzcicielem (por. Łk 1,15), Elżbieta (por. Łk 1,41), Zachariasz (por. Łk 1,67), Symeon (por. Łk 2,25), Piotr (por. Dz 4,8), Szczepan (por. Dz 7,55), Paweł (por. Dz 9,17; Dz 13,9), Barnaba (por. Dz 11,24), a także zbiorowości uczniów (por. Dz 2,4; Dz 4,31; Dz 13,52). Wszystkich ich charakteryzowało to, że byli nasyceni (napełnieni) Bożym Słowem i przepełnieni radością wynikającą z tego, że pełnili wolę Bożą, którą poznawali przez Boże Słowo.

Warto również przyjrzeć się temu, w jaki sposób Apostoł Paweł w Ef 5,18-20 opisał stan „napełnienia Duchem Świętego Boga”, oraz porównać ten tekst z drugim opisem sporządzonym przez samego autora w Kol 3,16-19. To zestawienie jest kapitalną wewnętrzną definicją biblijną wyjaśniającą, że napełnienie Bożym Duchem jest tożsame z napełnieniem Bożym Słowem. Oczywiście nie chodzi tu tylko o intelektualną znajomość Słowa Bożego (taką ma też szatan), ale o gotowość poddania się w posłuszeństwie temu, co mówi Bóg (por. Dz 5,32).

Trzeba koniecznie zrozumieć, że zachowań odbiegających od wzorca, jaki znajdujemy w Osobie Jezusa z Nazaretu, nie można kwalifikować jako biblijnych, niezależnie od tego, co mówią o tym osoby promujące te zachowania. Emocjonalne ekscesy, dziwaczne ekstazy i histeryczne wręcz poszukiwanie „duchowych doznań”, nazywane często „napełnieniem Duchem Świętym”, nie tylko nie ma nic wspólnego z Bożym Duchem i godnością Bożego dziecka, ale przede wszystkim nie ma nic wspólnego z Jezusem Chrystusem, którego poznajemy dzięki Bożemu Słowu.


[1] Formy te używane są w NPD w zależności od tego, czy PNEUMA HAGION występuje bez rodzajników określonych, czy z jednym rodzajnikiem.

[2] Tej formy używa NPD, zawsze gdy w tekście występują dwa rodzajniki określone – gr. TO PNEUMA TO HAGION.

Obrzezanie

Obrzezanie jest zabiegiem chirurgicznym polegającym na usunięciu napletka z męskiego członka. Stosowane jest w wielu kulturach, szczególnie semickich. W kulturze żydowskiej przyjęło ono charakter rytualny w nawiązaniu do wydarzenia opisanego w Rdz 17,10-13.

Nakaz obrzezywania chłopców żydowskich w ósmym dniu po ich narodzeniu został włączony do Prawa Mojżeszowego i, jak całe to Prawo, miał wskazywać na grzeszność człowieka i świętość Boga. Prawo nakazywało Żydom wykonywać wiele zewnętrznych rytuałów, jednak z intencją zmiany ludzkiego wnętrza. Tak więc zewnętrzne obrzezanie ciała było apelem do Żydów o wewnętrzne „obrzezanie” serca, czyli zmianę ludzkiego wnętrza, które Biblia zwykle określa sercem. Większość z nich nie chciała niestety przyjąć tego przesłania i wolała skoncentrować się wyłącznie na rytuałach zewnętrznych, uważając, że ich dopełnienie zagwarantuje im wejście do Bożego Królestwa. Jednak ci Izraelici, którzy rozumieli Boże przesłanie (np. Szczepan w Dz 7,51 czy Paweł w Rz 2,28-29, Flp 3,3 oraz w Kol 2,11), wyraźnie komunikowali swym współrodakom potrzebę wewnętrznego obrzezania serca. Głoszenie tej prawdy często przypłacali życiem lub dotkliwymi prześladowaniami.

W obrzezaniu, jako zabiegu chirurgicznym czy nawet tradycji kulturowej, nie ma nic złego, o ile sens merytoryczny tego obrzędu nie bazuje na magicznym odniesieniu do praktyki religijnej, lecz ma sens zewnętrznego wyrażenia obrzezania serca, o które apeluje Słowo Boże (por. Rz 2,29). Analogicznie ma się rzecz z chrztem wodnym. Nie ma w nim niczego złego, o ile praktyki tej nie traktuje się magicznie, tylko postrzega ją wyłącznie jako osobisty sposób zewnętrznego wyrażenia wewnętrznego zaufania (wiary) Chrystusowi i wewnętrznego zanurzenia serca w Słowo i Ducha Chrystusa.

Pascha

Święto Paschy (hebr. Pesach – „Przejście”), zwane także Świętem Przaśników, Przaśnikami (por. Lb 28,26), jest najstarszym świętem żydowskim obchodzonym na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej (por. Wj 12,1-33). Święto zawsze rozpoczyna się 15. dnia miesiąca nisan i w zależności od regionu trwa siedem albo osiem dni. Zwykle Paschę poprzedza uroczysta kolacja (zwana sederem) w rodzinnym gronie (spożywana 14. dnia miesiąca nisan wieczorem). Ten dzień miał również swój specjalny rytuał. Był on nazywany hemera ton adzymon (dosł. „dzień bezkwasowy” lub „dzień pozbywania się kwasu”). W tym dniu kobiety oczyszczały domy z wszelkiego kwasu i piekły chleby zwane „przaśnikami”. W gregoriańskim systemie liczenia czasu był to czwartek, a wieczerzę paschalną spożywano tego dnia wieczorem (wg żydowskiej rachuby był to już piątek). Tradycyjnie święto trwa od 15. do 21. dnia nisan. Przez te siedem dni unika się wszelkiego kwasu, a spożywany chleb musi być przaśny. W czasach ST baranek paschalny miał być pieczony w całości – włącznie z wnętrznościami (por. Wj 12,12-10). Dania jedzone podczas Paschy mają znaczenie symboliczne i przypominają zasadnicze wydarzenia związane z wyzwoleniem Izraelitów z egipskiej niewoli. Obecnie podczas sederu podaje się pieczony udziec barani z kością, gorzkie zioła[1] i macę – cienki chleb ze specjalnej mąki.

Dla uczniów Jezusa Pascha miała i ma szczególne znaczenie, gdyż jest wspomnieniem ostatniego wspólnego posiłku Jezusa z uczniami przed Jego męką. Wieczerza, którą Jezus spożył z Apostołami, odbywała się według wzorca tradycyjnej wieczerzy paschalnej. Z jednej strony był to więc klasyczny żydowski seder, podczas którego wspominano wyzwolenie ludu Bożego z niewoli egipskiej, z drugiej zaś była to antycypacja tego, co za kilka godzin miało dokonać się na krzyżu. Nie ma szansy na zrozumienie sensu ewangelicznych zapisów dotyczących → Wieczerzy PAŃSKIEJ, jeśli oderwie się je od kontekstu sederu paschalnego, który Jezus (jako Baranek Boży) spożył ze swymi uczniami tuż przed swą odkupieńczą męką i śmiercią. Sens tradycyjnego dzielenia się niekwaszonymi podpłomykami oraz wznoszenia czterech toastów (kielichów) nabrał – w perspektywie zbliżającej się ofiary Jezusa – zupełnie nowego wymiaru.

Pascha jest świętem ruchomym. W tamtym czasie zbiegła się z szabatem (por. J 19,31), standardowo zatem powinna zostać spożyta na samym początku szabatu (czyli wg naszej rachuby czasu w piątek po zachodzie słońca). Jezus spożył ją z uczniami 24 godziny wcześniej, co było dopuszczalne z punktu widzenia tradycji żydowskiej. Nie mogło być zresztą inaczej, jeśli podczas nadchodzącego święta On sam miał przyjąć rolę Bożego Baranka ofiarnego, którego krew miała zostać rozlana przed szabatem.

Zgodnie z Bożym planem zbawienia pascha, którą spożył Jezus ze swoimi uczniami, była ostatnią symboliczną paschą żydowską, ponieważ de facto to właśnie zbliżająca się ofiara Jezusa, którą złożył sam z siebie jako Baranek Boży, była tą jedyną, zapowiadaną i celebrowaną przez Żydów od wieków. W zamiarze Boga była ona corocznym zwracaniem wzroku ludu na zapowiadaną im wieczną ofiarę Mesjasza.

Jako że święto miało mieć „szczególnie uroczysty charakter” (por. J 19,31), religijni przywódcy żydowscy nie chcieli, by ciało Jezusa pozostało na krzyżu. Jezus spożył wieczerzę paschalną z uczniami w Jerozolimie, ponieważ według Prawa żydowskiego każdy dorosły Żyd mieszkający w promieniu ok. 30 km od Jerozolimy musiał obchodzić Paschę w tym mieście. Dorosłość w tamtym czasie w Izraelu osiągało się po ukończeniu dwunastego roku życia. Od drugiego dnia Święta Paschy rozpoczynało się odliczanie tzw. omeru, czyli 50 dni do święta → Szawuot (Pięćdziesiątnicy).

Szczegółowe rozliczenie ostatnich godzin życia Jezusa przed ukrzyżowaniem zostało przedstawione według kalendarza żydowskiego i gregoriańskiego w diagramie OSTATNIE GODZINY JEZUSA PRZED UKRZYŻOWANIEM i CZAS ZMARTWYCHWSTANIA w Wyjaśnieniach Metodologicznych NPD.

Patrz też → Jom Kippur; → Rosz ha-Szana; → Sukkot; → Chanuka; → Purim; → Szawuot.


[1] Gorzkie zioła (hebr. maror) – tradycyjna potrawa podawana podczas sederu. Jest to gęsty, pikantny sos z namoczonej w słonej wodzie natki pietruszki, chrzanu i cykorii. Spożywany z podpłomykiem najpierw jest słodki, na koniec zaś daje posmak goryczki. W pewnym sensie gorzkie zioła są symbolem grzechu, który początkowo wydaje się przyjemny, a dopiero później ujawnia swoją gorycz.

Rabbi

Słowo rabbi (hebr. rab, gr. hrabbi) oznacza „nauczyciel”, ale także: „mój wielki” i „mój czcigodny”. Odnosiło się ono do kogoś, kto zajmował wysokie albo ogólnie szanowane stanowisko. Z tego źródła etymologicznego pochodzi dzisiejszy termin „rabin”. Istniała też forma hebrajska rabbuni, która była bardziej uroczysta i emocjonalna. Nauczyciel w Izraelu nie musiał być ani Lewitą, ani kapłanem. Mógł być nim każdy Izraelita, który miał uznaną wiedzę i skupiał wokół siebie grono uczniów (naśladowców, słuchaczy). Podczas gdy Lewici i kapłani nadzorowali w Izraelu sprawowanie kultu świątynnego, rabini ogrywali znaczącą rolę w synagogach, które dla Żydów były miejscami modlitwy i nauczania. Silniejszą postać słowa rab (rabban lub rabbon) stosowano wobec wybitnych postaci uczonych w Prawie żydowskim.

W greckim tekście NT spotykamy się też z innymi słowami, które tłumaczy się na język polski jako „nauczyciel” lub „mistrz”. Są to gr. didaskalos i gr. epistates. Ludzie zwracali się do Jezusa zarówno słowami rabbi, didaskalos, jak i epistates. Jan zwany Chrzcicielem również był tytułowany rabbi.

Szatan

Słowo „szatan” wywodzi się z gr. satanas, co dosłownie znaczy „przeciwnik”. W Biblii szatan jest identyfikowany także imieniem Belzebub (por. Mk 3,22) oraz przedstawiany jako wąż (por. Ap 12,19), smok (por. Ap 12,7) i diabeł (por. Ap 20,2). To ostatnie określenie pochodzi od gr. diabolos, co znaczy „potwarca”, „oszczerca”, „fałszywy oskarżyciel”. Stary Testament sugeruje, że szatan jest upadłym aniołem, który niegdyś zbuntował się przeciwko Bogu (por. Iz 14,12-15). Był on jednym z najwspanialszych aniołów. Zwany był nawet Synem Jutrzenki (por. Iz 14,12). Z tego powodu popadł w pychę, która przywiodła go do grzechu. W swej bucie zapragnął stać się równy Bogu Wiekuistemu. Z powodu tego grzechu został pozbawiony swej pozycji w Niebiosach i zesłany na Ziemię, która stała się domeną jego działania.

Szatan jest przedstawiany jako władca → demonów. W Biblii zwany jest również „bogiem tego świata” (por. 2 Kor 4,4). Ustawicznie występuje on przeciwko Bogu i Jego Królestwu. Jednak Bóg nie bierze bezpośredniego udziału w walce z nim czy z jego poplecznikami (demonami, duchami nieczystymi). Szatan jako ograniczone stworzenie w żaden sposób nie ma możliwości równania się z Bogiem, a więc nie ma też możliwości walki z Tym, który jest Wszechwładnym Stwórcą. Zmagania duchowe trwają zatem między siłami ciemności (szatan i jego słudzy zarówno na Ziemi, jak i w Niebiosach) a siłami światłości reprezentowanymi na Ziemi przez społeczności wierzących (kościoły lokalne) oraz w Niebiosach przez zastępy Bożych aniołów. Bóg, jako Wszechpotężny Jedyny Władca całego stworzenia, nie walczy z szatanem, lecz nad nim panuje. Widzimy to wyraźnie w życiu Jezusa z Nazaretu. On nigdy nie walczył z siłami ciemności, a one nawet nie śmiały podjąć z Nim jakichkolwiek zmagań. Jedyne, co Chrystus czynił, to rozkazywał demonom, a one w popłochu i wielkiej trwodze uciekały przed Nim z krzykiem. W podobny sposób Jezus postąpi w dniu swego powtórnego przyjścia. Zniszczy wówczas wszystkie siły ciemności, włącznie z antychrystem (niegodziwcem), jednym swoim słowem – tchnieniem (por. 2 Tes 2,8). Wtrąci je na wieki do ognistego jeziora płonącej siarki (por. Ap 20,10). Tę prawdę odnajdujemy także w Ap 19,11-16 i w Ap 20,9 oraz we wszystkich ewangelicznych obrazach relacjonujących, jak Jezus słowem wyganiał demony z ludzi (por. Mt 8,16; Mt 8,28-32; Mt 9,25-26a; Mt 17,18; Mk 5,2-8; Łk 9,42).

Moc szatana jest ograniczona i ściśle limitowana. Nie może on przekroczyć granic, które zakreśla mu Najwyższy (por. Hi 1,8-12; Jk 4,7; 1 P 5,8). Jego działanie może być dla wierzących uciążliwe, nękające, a nawet tragiczne (por. Ap 2,10; Ap 2,13), jednak nie dysponuje on mocą, która byłaby zdolna oderwać kogokolwiek od Chrystusa (por. Rz 8,39). Jeśli człowiek sam nie odstąpi od Jezusa, szatan nie może go oderwać od PANA. Testy wierności, jakim co pewien czas poddawani są uczniowie Jezusa, pochodzą od Boga, lecz w tym samym czasie pojawiają się zawsze szatańskie pokusy. Warto jednak pamiętać, że żaden test wiary ani żadna pokusa nigdy nie przekraczają sił wierzącego (por. 1 Kor 10,13), gdyż takie ograniczenie gwarantuje Bóg swoją mocą.

Wiele zamętu w rozumieniu charakteru zagrożenia, jakie płynie ze strony szatana i demonów, wniosły wyobrażenia artystów. Wbrew Słowu Bożemu wyobrażali sobie te istoty jako zezwierzęcone karykatury z rogami, kopytami i ogonami. Współczesna kinematografia wpisuje się w taki sam rodzaj zwodzenia, tyle że w nowoczesnej produkcji filmowych horrorów. Uważny czytelnik Pisma św. zauważy jednak z łatwością, iż są to jedynie wytwory chorych umysłów o spaczonych sercach, którym Boża prawda jest całkowicie obca. Biblia w żadnym miejscu nie daje podstaw do takich wyobrażeń. Jest wręcz odwrotnie. Wiadomo, że szatan podaje się za wysłannika (anioła) światłości (por. 2 Kor 11,14), a to oznacza, że zarówno on, jak i jego demony z pozoru przypominają Bożych aniołów i pod takowe lubią się podszywać (por. Ga 1,8). Z wyglądu mogą także przypominać ludzi. Ich zło tkwi nie w wyglądzie, ale w sercach i umysłach. Siła ich zwodzenia tkwi w tym, że po ludzku wyglądają atrakcyjnie i głoszą rzeczy dla ludzi bardzo pociągające, które niestety w konsekwencji zawsze prowadzą do odstępstwa od Boga i od Jego Słowa, a w efekcie do duchowej ruiny i ostatecznego potępienia osoby zwodzonej.

            Kolejną narracją, która wprowadza spory zamęt w ludzkie myślenie, jest pogląd, że duchowy bój w życiu przeciętnego człowieka polega na zmaganiu się z szatanem. Trzeba sobie wprost powiedzieć, że duchowa walka, jaką toczą zwykli ludzie, to najczęściej zmagania z ich własną starą, grzeszną naturą oraz pokusami płynącymi ze światowych wzorców myślenia. Znacznie rzadziej są to zmagania z osobowymi siłami ciemności, a już prawie nigdy z szatanem. Szatan, jako władca tego świata, nie poświęca uwagi drobnym zjadaczom chleba, lecz zajmuje się strategią zwodzenia w skali makro. Do pomniejszych zleceń ma posłańców (aniołów ciemności zwanych demonami). On sam z pewnością ogniskuje swą uwagę na osobach niezwykle wpływowych – jak królowie i władcy, a także prezydenci i premierzy wraz z gronami towarzyszących im doradców, przewodniczący organizacji międzynarodowych czy wielcy potentaci finansowi – gdyż przez opętanie takich ludzi zyskuje możliwość znacznie większego, bo globalnego, wpływu na całą ludzkość.

            Warto sobie uświadomić, że szatan nie ma żadnej mocy stwórczej, gdyż sam jest tylko stworzeniem. Należy on do bytów duchowych, które nie są w stanie niczego powołać do życia, niczego stworzyć ani wyprowadzić czegokolwiek z niczego. Stwórczą i sprawczą moc ma jedynie Bóg i dlatego tylko On jest zwany Stworzycielem. Szatan, jako upadły byt duchowy, ma jedynie możliwość wpływania na ludzkie myślenie i prowokowania ludzi do zachowań, na których mu zależy. Swoją zdolność oddziaływania zdołał rozwinąć na wielką skalę. Jednak metodologia działania, jaką się posługuje, od wieków się nie zmienia. Jest nią zwodzenie (por. 2 J 1,7; Ap 10,10; Ap 20,3), kłamstwo (por. J 8,44; 1 J 2,22) i oszustwo (por. Kol 2,8; Hbr 3,13). Stosując te techniki, szatan prowokuje ludzi do wywoływania zawieruch, wojen i społecznych kataklizmów. Odstając od Prawdy i manipulując interpretacją faktów, potrafi w mistrzowski sposób dokonać gwałtu na zbiorowej logice i moralności. Zasadniczym celem jego działań jest przemodelowanie ludzkiego stylu myślenia, uwikłanie całych społeczeństw w gąszcz kłamstw i powszechne porzucenie samodyscypliny oraz trzeźwego myślenia, które to cechy są domeną Bożego Ducha (por. 2 Tm 1,7). Diabeł w szczególny sposób wpływa na myślenie przywódców politycznych oraz liderów religijnych, starając się wprowadzić ich na tory myślenia zgodnego z ideologią tego świata. Już w czasach ST Boży prorocy zwracali na to uwagę przywódcom Izraela, najczęściej jednak bez żadnego skutku. Liderzy narodowi i religijni, a za nimi większość ludu, szli za zwodzeniem szatana. Dlatego naród Izraela został ukarany pogromami jakimi były niewola asyryjska i babilońska. A wszystko „co tamtych spotkało, zostało odnotowane w Piśmie ku naszej przestrodze, jako przykład dla nas, którzy żyjemy w ostatniej fazie obecnego czasu[1](1 Kor 10,11 NPD). Zob. także Rz 15,4.

            Inną techniką zwodzenia stosowaną przez szatana jest takie manipulowanie publicznym przekazem informacji, by sprawy mniejszej wagi (choćby nawet dla poszczególnych osób były to wydarzenia uciążliwe albo tragiczne), po odpowiednim ich przedstawieniu i nagłośnieniu, przykuły powszechną uwagę i determinowały zupełnie nieracjonalne zachowania społeczne. Zwykle jest to powiązane z budowaniem piramidy strachu i globalnym zasiewaniem paniki (por. Łk 21,9). Gdy strach zostanie już zaimplementowany w ludzkie serce, to w umyśle danej osoby rodzi się niepewność jutra. Tak zasiane lęki znajdują w skłonnej do grzechu ludzkiej naturze podatny grunt do wzrostu, owocując w ludziach strachem przed chorobą lub utratą środków do życia, stratą domu lub narzędzi pracy, obawami przed ograniczeniem wolności – zarówno w zakresie swobody wypowiedzi, jak i nieskrępowanego przemieszczania się. Rozumiejąc te mechanizmy, szatan stara się przekonywać ludzi, iż ich zdrowie, zachowanie życia czy zabezpieczenie majątku są dla nich sprawami absolutnie najważniejszymi, którym powinni podporządkować wszystko inne rezygnując nawet z wolności na rzecz złudnego poczucia bezpieczeństwa. Taki przekaz stoi w oczywistej sprzeczności z nauczaniem Jezusa (por. Mt 6,25; Mt 6,33; Mt 16,25). Chrystus wyraźnie mówił, że Jego uczniowie nie powinni się obawiać szatana ani tego, co on głosi przez swoich heroldów kłamstwa. Bojaźń mają odczuwać jedynie wobec Najwyższego, gdyż to On jest Sędzią Ostatecznym (por. Łk 12,4-5). W obecnym świecie ludzie ufający Chrystusowi powinni wyróżniać się – jednak nie zamożnością, zdrowiem czy fałszywie rozumianą akceptacją prowadzącą do rozwoju grzechu i hedonizmu, ale postawą ofiarnej miłości okazywanej w szczególny sposób braciom i siostrom w wierze (por. J 13,35), gdyż taki rodzaj miłości ma być znakiem rozpoznawczym uczniów Jezusa. Dlatego szatanowi niezwykle zależy na izolowaniu wierzących między sobą – także od innych ludzi.

Strategia szatana obejmuje również podkopywanie zaufania do wszechmocy Boga oraz do niezawodnego charakteru Tego Jedynego, Który Jest Święty. Diabeł chętnie podaje w wątpliwość skuteczność i kompletność ofiary Chrystusa na krzyżu, a także dezawuuje Jego zmartwychwstanie (por. 1 Kor 15,13-14) oraz to, że odwieczne i nieskończone Boże Życie jest dostępne tylko w Chrystusie. Obrzędowa i ceremonialna religijność formalna jest domeną, w którą szatan inwestuje sporo uwagi i środków (por. Ga 4,9-10; Kol 2,16-19). Prawdopodobnie obok wpływania na przekazy światowych mediów jest ona jednym z ważniejszych kierunków jego działania (więcej w haśle → Świątynny model religijności a biblijne chrześcijaństwo). Jeśli chodzi o media, to oczywiście nie ma nic złego w samych technologiach dystrybucji informacji, które pozwalają na tworzenie telewizji, radia, prasy, internetu, komunikatorów społecznościowych oraz internetowych platform wymiany myśli, dzięki którym również Słowo Boże (czyli Biblia zwana też Pismem św.) dociera już do każdego zakątka Ziemi. Jednak natężenie i prędkość, z jaką współczesne światowe i lokalne media rozsiewają nieprzyjacielskie nasiona chwastu (por. Mt 13,24-25; Mk 4,13-17), przekracza najśmielsze wyobrażenia.

Inną strategią szatana jest wikłanie ludzi w umiłowanie bogactwa. O ile same pieniądze jako środek płatniczy są moralnie neutralne, o tyle ich umiłowanie jest po prostu bałwochwalstwem (por. Mt 6,24; Łk 16,13; Ef 5,5). Nie tylko władcy narodów, lecz także przywódcy wielu kościołów pogrążyli się w duchowym mroku z powodu chciwości i uwielbienia dla pieniędzy (por. 1 Tm 6,7-10; 2 Tm 3,1-5; Tt 1,7-9; Hbr 13,5; 2 P 2,1-3; 2 P 2,9-22). W parze z ukochaniem bogactwa zaś szatan rozwija techniki promowania rozwiązłości seksualnej. Więcej w haśle → Pornografia i rozwiązłość seksualna.

Jeszcze innym sposobem działania szatana w zakresie globalnego zwodzenia i manipulacji jest składanie – ustami swych sług – obietnic, których nigdy nie zamierza on dotrzymać, gdyż „jest kłamcą i ojcem wszelkiego kłamstwa” (J 8,44 NPD). Heroldowie szatana specjalizują się w zapowiedziach pokoju i bezpieczeństwa (por. 1 Tes 5,3), które jednak nigdy nie były i nie będą zrealizowane. Zawsze bowiem pojawią się rzekomo nieprzewidziane kolejne fazy wydarzeń stawiające wcześniejsze zapowiedzi na głowie. Jak podają źródła Norweskiej Akademii Nauk, której przedstawiciele wspólnie z historykami brytyjskimi, egipskimi, niemieckimi oraz indyjskimi, przygotowali specjalny raport, od roku 3600 p.n.e. świat zaznał tylko 290 lat pełnego pokoju. Przez ostatnie 5600 lat miało miejsce ok. 14 300 różnego typu wojen, w których zginęło ponad 3,5 miliarda ludzi. Szacowana wartość zniszczeń wojennych (podkręcanych przez szatana) została porównana przez specjalistów do wartości czystego złota, które byłoby potrzebne do opasania globu ziemskiego (wzdłuż równika) warstwą grubości 10 m i szerokości 160 km. Od roku 650 p.n.e. zaistniało w świecie ok. 1600 różnego typu wyścigów zbrojeń, z których tylko 16 nie skończyło się wojną, jednak i one doprowadziły do ekonomicznej ruiny krajów w nie zaangażowanych. W tym samym czasie ponad 8000 traktatów pokojowych zostało złamanych.

W swej ostatniej księdze Biblia wyraźnie mówi o uwięzieniu szatana w piekielnej czeluści (por. Ap 20,1-3) na jakiś czas dziejów świata, zaś znakiem jego uwolnienia będzie prowadzone przez niego zmasowane globalne („po całej Ziemi”, „we wszystkich zakątkach Ziemi”) zwodzenie (por. Mt 24,5-24). Aktywni w czasie jego uwięzienia byli/będą jego wysłannicy (aniołowie mroku) oraz jego ziemskie sługi. W finale czasów ostatecznych zostanie on „uwolniony ze swego więzienia i znów zacznie zwodzić narody we wszystkich zakątkach Ziemi” (Ap 20,7-8a NPD) i „po całej Ziemi będzie gromadził ludzi na wojnę, a liczba ich okaże się ogromna – niczym ilość ziaren piasku na brzegu morza. Wystąpią oni przeciwko wierzącym, którzy świętością życia składają cześć Bogu Najwyższemu. Osaczą ich, lecz Boże Słowo zstąpi z Niebios niczym ogień, aby pochłonąć tych prześladowców. Zaś diabeł – zwodziciel owych tłumów – zostanie wrzucony do ognistego jeziora płonącej siarki, gdzie wcześniej wtrącono Bestię i fałszywego proroka. Tam dniem i nocą, po wszystkie wieki, będą cierpieć straszliwe męczarnie” (Ap 20,8c-10 NPD). W tym samym miejscu co szatan znajdą się „wszyscy, którzy okażą się tchórzami[2], wszyscy niewierzący, a także trwający w obrzydliwościach[3], jakimi są morderstwa i wyuzdanie seksualne oraz pornografia[4]; wszyscy, którzy okażą się zaangażowani w magię, trwający w bałwochwalstwie[5] i w różnorodny sposób zwodzący[6] innych – wszyscy oni jako wieczne dziedzictwo otrzymają udział w ognistym jeziorze płonącej siarki. Na tym będzie polegać druga Śmierć – ta wieczna!” (Ap 21,8 NPD).

W podobnym tonie o skutkach szatańskiego zwodzenia wypowiadał się Apostoł Paweł w swoim Pierwszym liście do Koryntian: „W tym wszystkim zaś największą porażką[7] jest fakt, iż w ogóle myślicie o zwracaniu się do sądów[8]! Dlaczego, zamiast tego, nie jesteście gotowi pokornie znosić krzywd wam wyrządzanych albo niesprawiedliwości[9], do których zalicza się również jawny rabunek waszego mienia[10]? Zamiast tego sami dopuszczacie się nieprawości[11] i grabieży! I to wobec kogo – swoich sióstr i braci w wierze?! Czyżbyście nie słyszeli o tym, że ludzie nurzający się w takich nieprawościach[12] nie mają udziału w Królestwie Bożym?! W tej sprawie nie powinniście mieć żadnych złudzeń! Podobnie nikt, kto trwa w seksualnej deprawacji, kto jest uwikłany w pornografię czy w jakiekolwiek inne rozpasanie seksualne[13]; nikt, kto trwa w bałwochwalstwie[14] albo cudzołóstwie[15]; nikt, kto praktykuje transwestytyzm[16] lub pozostaje aktywnym homoseksualistą[17]; nikt, kto trwa w złodziejstwie, chciwości czy pijaństwie; nikt, kto nurza się w kłamstwie, oszczerstwach czy zdzierstwie, nie ma udziału w Królestwie Bożym” (1 Kor 6,7-10 NPD).

Wszystkie strategie szatana można podsumować stwierdzeniem, iż pragnie on zdobyć władzę nad ludzkością, chce zapanować nad nią w sposób niepodzielny, wikłając i uzależniając ją od siebie tak, by cześć i chwałę oddawała ona tylko jemu, a nie Bogu (por. Mt 4,8-10; Ap 13,1-4; Ap 13,15). Jednak praktykowane przez szatana metody zniewalania narodów nigdy i nigdzie nie zadziałały w sposób trwały, zaś Biblia pokazuje, iż jego koniec jest już przesądzony (por. Ap 20,10). Na przeciwległym biegunie do działań diabła stoi strategia wolności (wolności od grzechu, uzależnień i od duchowych związań), jaką Bóg w Chrystusie ofiarował ludzkości. Tylko w Jezusie Chrystusie ludzkość może dojść do prawdziwego i wiecznego uwolnienia, czyli do zbawienia (por. J 8,32).



[1] Gr. aion – eon czasu, epoka. Paweł przedstawia tu duchowy punkt widzenia obecnego czasu, który zmierza już do swego końca – powrotu Chrystusa na Ziemię.

[2] Być może chodzi tu o osoby, które nie poszły za Chrystusem z lęku przed prześladowaniami, lub te, które w tej drodze nie wytrwały, przechodząc próby i doświadczenia.

[3] Ciekawe jest to, że ludzie niewierzący wymienieni są tu jako osobna kategoria. To może świadczyć o tym, iż osobami „trwającymi w obrzydliwościach” mogą być ci, którzy zeszli z drogi PANA i wrócili do swego dawnego stylu życia (por. 2 P 2,22).

[4] Wyrażenie „wyuzdanie seksualne i pornografia” jest ekwiwalentem dynamicznym gr. słowa porneia.

[5] Zgodnie z Kol 3,5 bałwochwalstwem jest nie tylko oddawanie czci martwym posągom czy obrazom, lecz także chciwość serca.

[6] Dosł. „zwodziciele” – gr. pseudes. Chodzi o tych, którzy swoimi kłamstwami, półprawdami i niedomówieniami przekazują innym pseudoprawdy.

[7] Gr. hettema – „porażka”, „umniejszenie”, „hańba”, „bycie pokonanym”. W sensie relatywnym rzeczownik ten opisuje stan gorszy niż wcześniejszy lub coś gorszego niż obserwowane otoczenie.

[8] Ludzkie sądy są niesprawiedliwe – por. Koh 3,16.

[9] Fraza ta jest dynamicznym oddaniem czasownika adikeo użytego w czasie teraźniejszym niedokonanym w stronie biernej. Czasownik ten opisuje niesprawiedliwość, czynienie zła lub wyrządzanie komuś krzywdy, niszczenie, szkodzenie.

[10] Gr. apostereo – czasownik ten jest złożeniem zaimka apo, który mówi o oddzieleniu, oraz czasownika stereo („ograbianie”, „plądrowanie”, „okradanie”, „defraudowanie”) – por. Hbr 10,34.

[11] Gr. adikeo.

[12] W oryg. adikoi – przymiotnik ten służy Apostołowi do opisania ludzi nieuczciwych, podstępnych, którzy oszukują innych, wyrządzają komuś szkodę lub krzywdę, grabią cudze mienie, kradną.

[13] Cała ta fraza jest dynamicznym ekwiwalentem słowa pornoi (l.mn. od pornos).

[14] Bałwochwalstwo nazywane jest w Biblii duchowym cudzołóstwem. Odpowiednikiem greckiego porneia w języku hebrajskim było słowo zanah. Używano go nie tylko do oznaczenia niemoralności i wyuzdania seksualnego, lecz także do opisania związków małżeńskich zawieranych przez wierzących z niewierzącymi. Nic więc dziwnego, iż Paweł umieścił wzmiankę o bałwochwalstwie pomiędzy określeniami grzechów seksualnych.

[15] Gr. moichoi (l.mn. od moichos).

[16] Gr. malakoi (l.mn. od malakos). Słowo malakos znaczy dosłownie „miękki”. W starożytności było używane w stosunku do zniewieściałych mężczyzn, którzy udawali kobiety. Słowem tym określano także: (a) młodocianych niewolników płci męskiej, których homoseksualiści nabywali do zaspokajania swoich wyuzdanych żądz, oraz (b) męskie prostytutki homoseksualne.

[17] Warto zwrócić uwagę, że Apostoł nie pisze tu o ludziach mających jedynie skłonności homoseksualne, ale o tych, którzy trwają aktywnie w związkach homoseksualnych. Oczywiście jest możliwe, że ktoś odczuwający pociąg seksualny do tej samej płci pragnie żyć w pokoju z Bogiem. Taka osoba ma zawsze proste wyjście: może żyć w celibacie (tzn. w abstynencji seksualnej). Takie rozwiązanie zabezpiecza człowieka zarówno przed grzechem, jak i przed obrażaniem Boga czynami, które dla Stworzyciela są obrzydliwością. Życie w czystości (pomimo skłonności homoseksualnych) i nieobnoszenie się ze swymi skłonnościami może być świętym życiem, które będzie w pełni szanowane i cenione również przez braci i siostry w wierze. Nie jest bowiem grzechem odczuwanie pociągu seksualnego do tej samej płci. Grzechem jest dopiero uleganie takim skłonnościom, a także afiszowanie się nimi oraz publiczne ich promowanie (por. Rz 1,32). Jezus jasno powiedział, że narzucanie innym wrogiego Bogu sposobu myślenia prowadzącego kolejne osoby do grzechu, spotka się ze straszliwą karą (por. Mt 18,6; Mk 9,42; Łk 17,2). Apostoł Paweł podkreślał to również w innych swoich listach – por. Rz 1,27 oraz 1 Tm 1,10.

Targumy

Targumami nazywa się przekłady Biblii Hebrajskiej na język aramejski. Słowo targum oznacza zarówno tłumaczenie, jak i interpretację. Targumy zawierały więc nie tylko przekłady tekstu hebrajskiego na aramejski, lecz także jego interpretacje. Dla wielu Żydów żyjących w okresie II świątyni językami potocznymi były aramejski i grecki. Język hebrajski stał się „językiem sanktuarium”, który dla osób bez odpowiedniego wykształcenia był niezrozumiały. W tym czasie tożsamość narodu żydowskiego identyfikowana była nierozdzielnie z ich świętą Księgą, dlatego pojawiła się konieczność prezentowania jej w sposób czytelny i zrozumiały dla przeciętnego Żyda tamtej epoki. W synagogach teksty święte odczytywano w języku hebrajskim, ale prezentowano również ich przekład i interpretację w języku aramejskim. Zajmowali się tym specjalni tłumacze i interpretatorzy zwani meturgemanim. Naturalną częścią tego procesu było wstawianie do tłumaczonego tekstu rozszerzeń i uzupełnień, które wraz z upływem czasu rozwijały się w każdej wspólnocie żydowskiej niezależnie, tworząc różnorodne warianty. Tak powstała tzw. tradycja targumiczna sięgająca okresu II świątyni, choć dużo materiału, który zachował się do naszych czasów, pochodzi z czasów znacznie późniejszych. Obecnie posiadamy trzy targumy Tory: Targum Onkelosa, Targumy Palestyńskie, które reprezentują Kodeks Neofiti 1 i targumy zachowane fragmentarycznie, oraz Targum Pseudo-Jonatana.

W czasach apostolskich rolę podobną do Targumów spełniała → Septuaginta – przekład Biblii Hebrajskiej na język grecki. Udostępniła ona tekst Biblii Hebrajskiej nie tylko zhellenizowanym Żydom, ale i całemu greckojęzycznemu światu. To z niej korzystały pierwsze społeczności chrześcijańskie.

Uczeń

Gr. mathetes. Słowo to opisywało człowieka, który nie tylko pobierał nauki u nauczyciela, ale również go naśladował. W starożytnym świecie pobieranie nauk praktykowano w warunkach codziennego życia, a nie, jak obecnie, w szkolnej klasie. Uczniowie chodzili ze swym nauczycielem, a on przekazywał im swoją mądrość życiową w codzienności. W starożytnej Grecji znana była szkoła filozoficzna Arystotelesa, którego uczniów nazywano perypatetykami (od gr. peripateo – chodzenie). Arystoteles miał bowiem zwyczaj nauczania w trakcie przechadzek.

Nie inaczej funkcjonowało uczniostwo w grupie Jezusa z Nazaretu. On również podczas codziennych sytuacji szkolił swych uczniów do misji, którą zamierzał przekazać im w przyszłości. Uczył ich przy tym, że prawdziwy uczeń nie pragnie zająć pozycji wyższej od swego nauczyciela (por. Mt 10,24), że prawdziwemu uczniowi wystarcza, iż podąża śladami swego mistrza (por. Mt 10,25). Podkreślał, że żaden uczeń, kończąc terminowanie u nauczyciela, nie przewyższa go (por. Łk 6,40). Nauczanie Jezusa nie zawsze było łatwe i w pełni zrozumiałe dla uczniów. Gdy Jezus nauczał, że jest prawdziwym pokarmem z Niebios, którym uczniowie powinni się posilać (dosł. „wgryzać” – gr. trogo – por. J 6,51), część z nich pojęła to dosłownie i ci opuścili Jezusa (por. J 6,66). Zupełnie nie rozumieli, że Jezus, mówiąc o sobie jako pokarmie z Niebios, mówił o sobie jako wcielonym Słowie Bożym (por. J 6,63-64), w które wierzący powinni się wgryzać, aby nim karmić się duchowo.

Jezusowi towarzyszyło co najmniej 72 uczniów, o których czytamy w Łk 10,1. Niektórzy rozszerzają tę liczbę do 500 (por. 1 Kor 15,6). Jednak podstawowa grupa Jego uczniów składała się z dwunastu mężczyzn (Apostołowie) – por. Mt 10,2 – z których trzech było Mu najbliższych (Piotr, Jakub i Jan – por. Mt 17,1). Apostołom Jezus poświęcał najwięcej uwagi. Im też przekazał prawdę, że świat rozpozna w nich Jego uczniów tylko po jednym znaku – wzajemnej ofiarnej miłości, którą powinni wzajemnie się otaczać (por. J 13,35). Żaden inny znak nie miał ich charakteryzować. Jezus pragnął, aby Apostołowie kontynuowali Jego misję. Ona zaś polega na czynieniu uczniami Jezusa ludzi ze wszystkich ludów i narodów po całej Ziemi, czyli na nasycaniu ich poznaniem natury Boga przez zanurzanie ich w charakter Ojca, Syna i Ducha Uświęcającego. W praktyce powinno się to dokonywać przez nauczanie, jak mają trwać we wszystkim, co Jezus im przekazał (por. Mt 28,19-20). Ta pokoleniowa misja (sukcesja apostolska) nosi w teologii określenie Misji Wielkiego Posłannictwa.

Patrz też → Sukcesja apostolska.

Wiara

W semickim rozumieniu słowo „wiara” jest nie tyle zespołem przekonań intelektualnych, które można zaprezentować i teoretycznie przedyskutować, ile postawą aktywnego posłuszeństwa wynikającego z zaufania do podmiotu wiary. „Wierzyć w coś, kogoś” w żydowskim rozumieniu znaczy „ufać czemuś, komuś”. Ponieważ cała Biblia jest przesiąknięta semickim sposobem myślenia, więc wiara w biblijnym rozumieniu oznacza zaufanie Bogu i jest prawdziwa wtedy, gdy decyzje, jakie człowiek podejmuje, są zgodne z wolą Boga, którą poznajemy dzięki Jego Słowu. W tym sensie „wiara w Boga” nie oznacza jedynie przekonań intelektualnych o istnieniu Stwórcy i Jego nadrzędnej władzy, ale okazuje się autentyczna i pełna dopiero wtedy, gdy te przekonania potwierdzone są zachowaniem wypływającym z zaufania Bożemu Słowu. Wiara rozumiana jedynie w wymiarze intelektualnym i nieprzekładająca się na decyzje osobiste i sposób postępowania nazwana jest w Jk 2,19 wiarą demoniczną.

W Biblii więc nie chodzi o to, czy ktoś wierzy w Boga, ale czy wierzy Bogu, czyli Mu ufa. Dlatego nie dziwi wcale stwierdzenie z Listu do Hebrajczyków, że „nikt bez ufnej wiary nie może Bogu się podobać” (Hbr 11,6 NPD). Ten sam werset dalej mówi: „Każdy bowiem, kto zwraca się do Boga, powinien ufać, że On JEST TYM, KTÓRY JEST, i że nagradza tych, którzy szczerze Go szukają”. Autor Listu do Hebrajczyków podaje taką definicję wiary: „Wiara bowiem polega na ufnym oczekiwaniu spełnienia się tego, co zostało obiecane. Jest argumentem nadziei, że to, czego jeszcze nie widzimy, faktycznie nastąpi” (Hbr 11,1 NPD). Taki jest sens zarówno hebrajskiego słowa ’amanah (ST), jak i greckiego pistis (NT).

W nauczaniu Chrystusa i Jego Apostołów słowo „wiara” zawsze pojawia się w kontekście zaufania, a nie w kontekście intelektualizmu. Jakub w swoim liście wiarę intelektualną przyrównuje wręcz do wiary demonicznej: „Być może nawet deklarujesz, że wierzysz w istnienie jedynego Boga. I co z tego?! Demony również wierzą w taki sam sposób, lecz dreszcze nimi wstrząsają na myśl o postępowaniu zgodnym z Bożą wolą” (Jk 2,19 NPD). Wiara biblijna nie jest w żadnym wypadku pasywnym przekonaniem o czymś, ale jej sensem oraz istotą jest działanie polegające na pełnieniu woli Bożej poznawalnej dzięki Bożemu Słowu. To właśnie widzimy w postawie Abrahama, którego postępowanie stało się na wieki punktem odniesienia do definiowania prawdziwej wiary (zaufania). On bowiem zaufał Bogu w tym, co od Niego usłyszał, i z tego powodu Bóg nadał mu tytuł sprawiedliwego (por. Rz 4,3). Apostoł Paweł, rozwijając ten temat, napisał w Liście do Rzymian: „Skoro więc posłuszeństwo jest owocem wiary, a ta rodzi się z tego, w co się wsłuchujemy – bo przecież każdy człowiek wierzy w to, czemu poświęca uwagę – to niezwykle ważne jest, abyśmy pilnie wsłuchiwali się w Słowo Chrystusa” (Rz 10,17 NPD).

Mówiąc więc prosto: biblijna wiara to aktywna postawa zaufania będąca odpowiedzią człowieka (działanie) na usłyszane i zrozumiane Boże Słowo. Boża wola i Boży charakter uwidocznione w tym Słowie są podstawą wiary (zaufania) w rozumieniu biblijnym. Wiara jest zatem życiową reakcją człowieka na przeczytane Boże Słowo, a nie jakimś stanem emocjonalnym czy intelektualnym. Bóg nie daje człowiekowi wiary. Wręcz przeciwnie – On jej od człowieka oczekuje jako odpowiedzi na swoje słowa (por. Rz 10,11-17). Jeśli wiara człowieka jest motywowana lub napędzana czymś innym niż Bożym Słowem, to można mówić wówczas co najwyżej o ślepej, naiwnej lub życzeniowej „wierze” pozbawionej solidnych podstaw. Jeśli motywowana jest czynnikami religijnymi, to mówimy o „wierze” religijnej, która również może być ślepa, naiwna, życzeniowa, doktrynalna lub hierarchiczna, czyli polegająca na zaufaniu ludzkim autorytetom lub stanowiskom. Jednak takie postawy nie mają żadnego umocowania w Biblii. Wiara biblijna nie jest ani ślepa, ani życzeniowa, ani naiwna, gdyż jej fundamentem jest Boże Słowo, a nie ludzkie idee, cele, życzenia lub obietnice. Podkreślmy raz jeszcze z wielkim naciskiem: wskaźnikiem tego, czy ktoś ma wiarę biblijną, jest sposób, w jaki ten człowiek odpowiada na Boże Słowo.

Wspomniany wcześniej Abraham był dla wszystkich pisarzy biblijnych wzorcem wiary (zaufania do Najwyższego). Do tej postaci odnoszą się również Apostoł Paweł i Jakub, pierwszy zwierzchnik kościoła w Jerozolimie. Obydwaj zwracają uwagę na aktywne powiązanie wiary ze zbawieniem (uratowaniem, wyzwoleniem od grzechu). Jednak każdy z nich podchodzi inaczej do zagadnienia związku wiary z uczynkami. Przekłady dosłowne Listu do Rzymian, Listu do Efezjan i Listu Jakuba używają ogólnego określenia „uczynki”. To niestety nie ułatwia czytelnikom prawidłowego zinterpretowania tekstu. Jednak – jak zawsze – odpowiedź leży w kontekście. Podczas gdy Paweł twierdzi, że wiara nie opiera się na uczynkach zrodzonych z chęci wypełniania Prawa Mojżeszowego (zapracowywanie na zbawienie), to Jakub wskazuje, że naturalnym testem wiary, jej swoistym papierkiem lakmusowym, jest aktywne miłosierdzie, czyli uczynki miłosierdzia (co jest owocem wejścia na drogę zbawienia). Wnikliwa analiza tekstów Pawła i Jakuba pokazuje, że pisarze ci wcale nie różnią się poglądami w sprawie relacji pomiędzy wiarą i uczynkami. Uczynki miłosierdzia, o których pisze Jakub, Paweł opisuje w swoim Liście do Efezjan jako „dobre dzieła, które On sam [tzn. Bóg] wcześniej zaplanował dla nas do wykonania” (Ef 2,10 NPD). To im w Ef 2,9 przeciwstawia „nasze własne [ludzkie] uczynki”, które nie są w stanie doprowadzić nikogo do zbawienia. Tak więc wiara w ujęciu obu Apostołów jest zawsze aktywną postawą pełnienia Bożej woli, wyrażającą się w czynach miłosierdzia, które wynikają z pełnienia woli Bożej, a nie z ludzkiej chęci zapracowania sobie na zbawienie. Rodzi się jednak pytanie – skoro obydwaj ci pisarze NT tak samo widzą wiarę Abrahama, to dlaczego ich podejście do kwestii powiązania jej z uczynkami jest nieco inne? Rzecz w tym, że każdy z tych pisarzy, wspominając o Abrahamie, nawiązywał do innego wydarzenia w życiu tego patriarchy. W Rz 4 Paweł odnosi się do sytuacji, w której Abraham (a właściwie jeszcze Abram) zaufał Bogu, że będzie ojcem wielu narodów (miała ona miejsce przed narodzeniem Izaaka), natomiast Jakub w Jk 2 omawia postawę Abrahama, kiedy ten (już po narodzeniu Izaaka) usłyszał Boże wezwanie, by złożył PANU cześć i uwielbienie w postaci ofiary ze swego syna Izaaka – a więc z tego, co było sercu Abrahama najdroższe.

Innym aspektem hebrajskiego znaczenia słowa „wiara” jest jego przymiotnikowy derywat (wyraz pochodny) „wiarygodny”. Często jest on opacznie tłumaczony jako „wierny”. Wiele osób wyznaje, że Bóg jest im wierny, nie dostrzegając wręcz nonsensu takiej wypowiedzi. Jeśli Bóg miałby być komukolwiek wierny, to przede wszystkim samemu sobie. Dla ludzi Bóg, jako Najwyższa Istota, Stwórca, Światłość i Absolutna Prawda, jest przede wszystkim „wiarygodny”. Z tego powodu, że jest On wiarygodny, człowiek może odpocząć, polegając na Jego przewodnictwie, na Jego nakazach i wskazaniach oraz na Jego planie i strategii.

Podsumowując, należy raz jeszcze podkreślić, że samo głębokie przekonanie o czymś, co nie jest powiązane ze Słowem Bożym, choć na co dzień po ludzku również zwane jest wiarą, nie sprawia, że mamy do czynienia z wiarą biblijną, gdyż nie ma ona korzeni w Piśmie św. Wiara w sensie biblijnym wymaga przede wszystkim znajomości charakteru Boga i Jego woli, które każdy człowiek może poznać, odczytując Słowo Boże w Bożym Duchu Uświęcenia. Natomiast inne przekonania mogą mieć różny charakter: mogą być z gruntu fałszywe albo zwodnicze, ślepe, naiwne lub życzeniowe. Przykładów jest wiele. Ktoś może wierzyć, że w przyszłym roku lepiej mu się powiedzie (wiara życzeniowa). Ktoś inny może wierzyć, że to, co mówią politycy, jest zawsze prawdą (wiara naiwna). Ktoś może być przekonany, że zasłyszane poglądy lub idee (np. o możliwości uzyskania zbawienia inaczej niż przez zanurzenie się w Chrystusie) są właściwą drogą życia (wiara fałszywa). Można wbrew nauczaniu NT wierzyć w → ewangelię sukcesu, która mówi, że Bóg jest zainteresowany pomnażaniem czyjegoś majątku lub obdarowywaniem tego człowieka wspaniałym zdrowiem, gdy tylko przeznaczy on na Bożą służbę odpowiednie środki finansowe (wiara zwodnicza). Szczególnym przypadkiem wywodzącym się z tej ostatniej postawy jest nauczanie o tzw. pozytywnym wyznawaniu Bożych obietnic. Stało się to w pewnym momencie sztandarowym hasłem w niektórych kręgach charyzmatycznych wskutek nauk głoszonych przez takich współczesnych zwodzicieli Ruchu Słowa Wiary. Ta herezja przyjmuje różną postać w zależności od akcentów kładzionych przez jej głosicieli. Może to być np. postawa „pozytywnego ogłaszania zwycięstwa” czy „ogłaszanie objęcia «zagwarantowanego dziedzictwa»”. „Pozytywne wyznawanie” jest najczęściej owocem głoszenia heretyckiej → ewangelii sukcesu i nie ma nic wspólnego ze zrozumieniem Apostolskiego wezwania do wytrwania w trudnościach (por. Rz 5,3-4; Jk 1,2), z dążeniem do uświęcenia (por. Hbr 12,14), praktykowaniem osobistego umiarkowania w codziennym życiu (por. 1 Tm 6,8) czy umacnianiem się tych cech charakteru, które widzimy w Chrystusie. Aby więc zweryfikować wiarygodność nauczania usłyszanego od kogokolwiek, trzeba zwrócić uwagę (a) na jego uczciwość w osobistym naśladowaniu Jezusa (por. Mt 16,24; Ef 5,1; 1 Tes 1,6), (b) na cele i wartości, którym ten człowiek hołduje, oraz (c) czy są w nim widoczne cechy charakteru Jezusa z Nazaretu.

Wyznanie grzechu

Greckie słowo homologeo w kontekście grzechu zwyczajowo tłumaczy się na język polski jako „wyznanie” [grzechu]. W Polsce najczęściej jest kojarzone ze spowiedzią indywidualną w konfesjonale (a więc w miejscu konfesji, czyli wyznania). Spowiedź tego rodzaju została wprowadzona w VI w. przez mnichów iroszkockich, którzy jednocześnie ustalili specjalne „taryfy pokutne” za każdy rodzaj grzechu. Kościoły wschodnie praktykują obecnie spowiedź w sposób bardziej lub mniej podobny, a kościoły poreformacyjne w inny (np. spowiedź powszechna).

Termin grecki homologeo, tradycyjnie tłumaczony jako „wyznawać” (grzechy), w najgłębszym sensie mówi jednak o „zgodzeniu się” z Bogiem w sprawie grzechu i sposobu jego rozwiązania. Słowo to składa się z dwóch członów: homo- („to samo”) i lego („mówić”). Oznacza zatem mówienie tego samego, co mówi Bóg na temat grzechu, a więc zgodzenie się z Bogiem w sprawie naszej grzeszności. Niestety, wiele współczesnych przekładów, które używają frazy „wyznawać grzechy”, nie oddaje zasadniczej kwestii przemiany myślenia człowieka na temat jego grzechu. W powszechnym przekonaniu podkreśla raczej fakt wyznania Bogu informacji o grzesznym zachowaniu lub wykroczeniu, co nie ma większego sensu. Gdy grzeszymy, On doskonale wszystko widzi, nawet jeśli czynimy to tylko w głębi naszego serca.

Wiele wyznaniowych przekładów Biblii idzie za wyżej przedstawioną interpretacją. Na przykład werset 1 J 1,9 zwykle jest tłumaczony: „Jeśli wyznajemy nasze grzechy”. Jednak takie tłumaczenie jest niefortunne, gdyż nie uwzględnia wyżej wyjaśnionej etymologii słowa homologeo. Z uwagi na to w przekładzie NPD czytamy: „Jeśli jednak zgadzamy się z Bogiem w kwestii naszych grzechów”. Taki ekwiwalent dynamiczny oddaje zasadnicze znaczenie greckiego homologeo jako „zgodne mówienie” („mówienie tego samego”), czyli zgodzenie się z Bogiem co do naszego grzechu.

Popularne rozumienie tematu wyznawania grzechów, bazujące na tradycyjnych przekładach Biblii, często nie podkreśla konieczności opamiętania się człowieka (diametralnej zmiany myślenia i działania) i świadomego uznania przez niego swej grzeszności, lecz koncentruje się na przekazywaniu komuś informacji o grzesznym zachowaniu lub postępku. Jednak gdy myślimy o wyznawaniu grzechów Bogu, musimy uświadomić sobie, że nikt nie jest w stanie wyznać Bogu czegoś, czego On sam by wcześniej już nie wiedział. Nie możemy Go niczym zaskoczyć ani wyjawić Mu jakiejkolwiek – choćby najmocniej skrywanej – tajemnicy, której On by nie znał. Gdy grzeszymy, On doskonale o tym wie, nawet jeśli czynimy to w głębi naszego serca czy umysłu. W rozumieniu homologeo – jako procesu zgodzenia się z Bożym punktem widzenia – niezbędne jest zatem pełne opamiętanie się z grzechu. W czym zatem człowiek musi „zgodzić się” z Bogiem? W czterech aspektach: 

    1)  należy zgodzić się z Bogiem, że to, co On uważa za grzech, jest grzechem, gdyż to On jedynie definiuje, co jest święte, a co grzeszne, co jest światłością, a co ciemnością (por. Ap 4,8; Ap 6,10; Ap 15,4);

    2)  należy również zgodzić się z Bogiem co do sposobu rozwiązania problemu naszego grzechu. Całe Słowo Boże wyraźnie pokazuje, że jedynym rozwiązaniem problemu ludzkiego grzechu jest krew Jezusa przelana na krzyżu (por. Mt 26,28; Dz 4,12; 1 Tm 2,5; Hbr 9,14; Hbr 9,25-28; Hbr 10,10; Hbr 10,14; 1 J 2,2). Do rozwiązania tego nie jesteśmy w stanie nic dodać, gdyż śmierć Jezusa jest jedyną w pełni wystarczającą ofiarą za grzech;

    3)  należy zgodzić się z Bogiem, że każda wynikająca z grzechu krzywda – jeśli to tylko możliwe – powinna zostać naprawiona (por. Mt 5,23-24; Łk 19,8-9);

    4)  należy również zgodzić się z Bogiem w sprawie Jego stosunku do grzechu. Święty Bóg nienawidzi grzechu i nie ma z nim nic wspólnego (por. Ps 5,6-7; Ps 11,5; Prz 3,32-33; 1 J 1,5). Z uwagi na to skuteczny proces homologeo prowadzi do zerwania z grzechem – odrzucenia go i odłączenia się od niego. Chodzi tu o znienawidzenie zarówno samego grzechu, jak i wszystkiego, co do niego prowadzi.

Te cztery elementy zgodzenia się z Bogiem składają się na sens terminu homologeo. We współczesnym języku być może lepsze od terminu „wyznanie grzechu” byłoby określenie: „homologowanie się z Bogiem” lub „uzyskanie Bożej homologacji”.

Przy okazji tematu wyznawania → grzechu warto też przypomnieć, że jednym z greckich słów tłumaczonych na polski jako „grzech” jest hamartia. W łucznictwie oznaczało ono „nietrafienie w cel” i było przeciwstawne terminowi teleios („doskonałość”), który mówił o trafieniu w sam środek celu. Z tego wynika, że każde odstąpienie od Bożej woli objawionej w Bożym Słowie wyjaśnianym w Duchu Uświęcenia jest grzechem.

Zanurzenie

Gr. bapto lub baptidzo. Zwyczajowo tłumacze popularnych wydań NT przekładają te dwa terminy w sposób tradycyjny jako „chrzest”. Słowa te jednak różnią się od siebie w sposób funkcjonalny. Słowo baptidzo oznacza: „zatopienie” [w czymś], „nasiąknięcie”, „przesiąknięcie”, „nasycenie” [czymś], zaś słowo bapto to „chwilowe zanurzenie” (krótkie zanurzenie jak w zabiegu blanszowania). Oba różnią się od słów greckich: hrantidzo – „pokropienie” (Hbr 9,13.19.21) – oraz cheo – „polewanie”, „wylewanie” (słowo to nie występuje w NT z wyjątkiem związków pochodnych użytych w Łk 10,34 – gr. epicheo; w Dz 2,33 i Tt 3,6 – gr. ekchoreo). Podane wyżej znaczenie słów bapto i baptidzo bazuje na zapisach obecnych w antycznej literaturze greckiej. Należy do nich między innymi tekst pozostawiony przez żyjącego na przełomie III i II w p.n.e. greckiego poetę, lekarza i gramatyka Nikandera (st. gr. Nikandros) z Kolofonu (miasto w Azji Mniejszej), który podając receptę na piklowanie ogórków, użył obu tych słów – i to w jednym tekście, dając tym samym szansę potomnym na zrozumienie różnicy między bapto a baptidzo. Napisał on, że w procesie piklowania ogórka należy go najpierw na chwilę zanurzyć (gr. bapto) we wrzącej wodzie (proces blanszowania), a następnie przenieść do zalewy octowej i w niej na długo zatopić (gr. baptidzo), aby ten, pozostając w niej dłuższy czas, nabył trwale cech tej zalewy. Oba słowa odnoszą się zatem do „zanurzania” w płynie, przy czym bapto opisuje chwilowe działanie (w celu powierzchownej dezynfekcji i sparzenia skórki ogórka), a baptidzo oznacza długofalowe zatopienie w celu przeprowadzenia dogłębnego procesu przemiany wnętrza, co w zasadniczy sposób powinno odzwierciedlić się w smaku oraz właściwościach tego produktu. Poza tym według Nikandera czynność bapto miała być wykonana w wodzie, a baptidzo w specjalnie przygotowanym środowisku (roztworze), którego celem jest dogłębne spenetrowanie całego wnętrza ogórka, tak by w trwały sposób przejął cechy środowiska, w którym został zatopiony. Oczekiwana zmiana jakościowa produktu wymaga czasu i stałego zanurzenia w środowisku zalewy. Ogórek, który nie przejdzie pełnego procesu zakwaszania, nie ma oczekiwanych cech i zwykle – jako niedorobiony produkt – łatwo się psuje. Jednak w pełni zakwaszone ogórki, które w jakimś momencie znajdą się dłuższy czas poza zalewą, również łapią tendencję do psucia się. Tylko stałe pozostawanie w dobrej zalewie gwarantuje ogórkom właściwe cechy i smak. Oczywiście zanurzenie w złej zalewie powoduje niepowetowane szkody i potrafi na stałe zmienić naturę i cechy ogórka.

Powyższy opis funkcji słowa baptidzo ma również potwierdzenie w starożytnych opisach wziętych z rzemiosła farbiarskiego. W tym wypadku zatopienie (gr. baptidzo) tkaniny w farbie i pozostawienie w niej na dłuższy czas miało skutkować przeniknięciem koloru na wskroś przez materiał, tak by każde jego włókno nabrało pożądanej barwy. I znów nie ma tam mowy o wodzie, ale o specjalnie przygotowanym środowisku (roztwór farby).

Zarówno opis kiszenia ogórka, jak i farbowania materiału w znakomity sposób oddają funkcję słowa baptidzo użytego przez Jezusa w Wielkim Nakazie Misyjnym, zwanym też Wielkim Posłannictwem, które znajdujemy w Mt 28,19-20. W tym tekście Jezus użył słowa baptidzo w syntaksie ze słowem „imię[1]” (gr. onoma) oraz w związku frazeologicznym ze słowem „nauczanie” (gr. didasko). W ostatnich słowach, zanotowanych przez Mateusza, Jezus wezwał swych uczniów, aby ludzi, którym będą głosić Dobrą Wiadomość o ratunku, jaki jest tylko w Nim, zanurzali w charakter (imię) Ojca, Syna i Ducha, a więc w charakter Boga, który objawia się w tych trzech Postaciach Osobowych, i czynili to, przekazując Jego nauczanie (Jego Słowo) w taki sposób, aby ludzie wiedzieli, jak mają to nauczanie (Słowo) zachowywać. I chociaż wielu interpretatorów chce widzieć w tekście Mt 28,19-20 polecenie dokonywania rytualnego obrządku chrztu polegającego na chwilowym, symbolicznym zanurzeniu w wodę (co w niektórych kościołach jest interpretowane na modłę starotestamentowego pokropienia lub polewania; zamiast krwi kozłów i cieląt zmieszanej z popiołem z jałówki – por. Hbr 9,13 – w użyciu jest woda), to jednak tekst Mt 28,19-20 nawet nie wspomina o wodzie. Cały sens tego polecenia odnosi się do czynienia ludzi uczniami Jezusa przez nauczanie ich, jak mają zachowywać Słowo (naukę) Chrystusa. Trwałe zanurzenie ludzi w Słowie Chrystusa i w Jego Duchu Uświęcającym jest najważniejszym zadaniem stojącym przed uczniami PANA. Jest ono jednocześnie najtrudniejsze, gdyż do efektywnej realizacji wymaga od głoszącego je wykazania się osobistym świadectwem życia według Słowa – i to w Chrystusowym uświęceniu. Oczywiście zanurzenie kogoś w wodę, polanie czy pokropienie go nią jest zadaniem niepomiernie łatwiejszym, nie wiąże się bowiem z osobistym świadectwem, ale z autorytetem pełnionej funkcji lub piastowanego stanowiska religijnego. Być może dlatego różne kościoły oraz odłamy (sekty i organizacje religijne) przez wieki wypracowywały sobie najdziwniejsze praktyki i interpretacje obrządku chrzcielnego, co w praktyce stało się u nich substytutem procesu uczniostwa zarysowanego w Mt 28,19-20.

Oczywiście to od tłumacza zależy, w jaki sposób przekłada on słowa bapto czy baptidzo w tekście NT. Jeśli w jego myśleniu przeważa podejście ceremonialne (religijno-rytualne), wówczas używa w swoim tłumaczeniu słowa „chrzest”, nawet jeśli słowa te nie występują w syntaksie ze słowem gr. hydor (woda). W NT słowo baptidzo (81 wystąpień) występuje częściej niż słowo bapto (4 wystąpienia), co wskazuje, że kwestia trwałego zatopienia w środowisku wiary w Jezusa Chrystusa miała kluczowe znaczenie dla Bożego Ducha, który działał przez pisarzy NT.

Niestety, już dość wcześnie ludzie zaczęli porzucać zasadnicze znaczenie słowa baptidzo i woleli je interpretować przez pryzmat rytualizmu religijnego i obrzędowości. W NT mamy ślady takiego myślenia. Niektóre z tekstów pokazują, że już w pierwszym wieku pojawiali się uczniowie Jezusa traktujący chrzest wodny jako niezbędny rytuał religijny, chociaż Jezus ani słowem nie wspomniał, by obrządek ten był potrzebny do zbawienia. Rozumiejąc ten kontekst historyczno-kulturowy, Redakcja NPD w szczególnych wypadkach (jak np. w 1 Kor 1,10-17) używała w przekładzie słowa „chrzest”, aby uwypuklić wspomnianą sytuację. Przywołany tekst z Pierwszego listu do Koryntian Apostoła Pawła pokazuje, że obok innych problemów, jakie istniały w Koryncie, ceremonialna praktyka chrztu w tamtej społeczności była rozumiana przez wielu zgoła niewłaściwie. Chociaż werset Dz 18,5 wskazuje na to, że sedno prowadzonej w Koryncie ewangelizacji (zanurzanie ludzi w Słowie Bożym, a dokładnie w nauczaniu o ratunku, jaki jest w Chrystusie) było jak najbardziej merytoryczne i wzorcowe, to jednak 1 Kor 1,10-17 ujawnia istniejącą tam przemożną siłę naturalnej religijności, która już w łonie pierwszych wspólnot chrześcijańskich rodziła postawy zorientowane na obrzędowość. W swoim liście Apostoł Paweł w gorzkich słowach podsumował niewłaściwe owoce nauczania fałszywych nauczycieli, którzy w Koryncie wypaczali zdrowe nauczanie o Chrystusie. Z przywołanego tekstu wyraźnie wynika, że praktyka zanurzania w wodę (rozpowszechniona przez Jana zwanego Chrzcicielem i zasadniczo przecież skierowana tylko do narodu żydowskiego – por. J 1,31) została zaadaptowana najpierw przez żydowskie wspólnoty chrześcijańskie, a potem przejęta przez społeczności nieżydowskie i zaczęła wypierać główne przesłanie misji zleconej Apostołom przez Jezusa w Mt 28,19-20. Koryntianie nie rozumieli tego przesłania i traktowali baptidzo czysto mechanicznie. Taki sposób postrzegania baptidzo przetrwał wieki i również dzisiaj jest silnie zakorzeniony w tradycji prawie wszystkich kościołów chrześcijańskich. Tylko niektóre ośmielają się jasno stwierdzać, że chrzest wodny nie jest konieczny do zbawienia.

Podobne problemy istnieją wśród Żydów w zakresie pojmowania, czym jest → obrzezanie. Zamiast zrozumienia, iż zabieg zewnętrznego obrzezania ciała jest jedynie symbolem wzywającym do „obrzezania serca” (por. Rz 2,28-29; Rz 4,11; Ga 5,2; Ga 5,6; Ga 6,15; Kol 2,11), kultywują go bez odniesienia duchowego i zamiast dążyć do bliskiego i osobistego związku z Bogiem, traktują obrzezanie jako obowiązek związany z utrzymaniem tożsamości narodowej i dziedzictwa kulturowego. Nawet Żydzi ateiści, którzy dziś stanowią 95-97% ogólnoświatowej populacji żydowskiej, praktykują ten rytuał. W praktyce widać, do czego doprowadziło to naród Izraela – do odstąpienia od Boga Żywego. Wydaje się, że we współczesnej kulturze polskiej obrzędowo-religijne pojmowanie chrztu całkowicie zdominowało myślenie ludzi i podobnie jak tradycja obrzezania u Żydów stało się jedynie częścią kulturowego dziedzictwa Polaków.

Gdy w Pierwszym liście do Koryntian Apostoł Paweł gorzkimi słowami podsumowywał czas swojej służby w Koryncie, pisząc: „Dzięki Bogu nie «ochrzciłem» u was nikogo poza Kryspusem i Gajusem” (1 Kor 1,14 NPD), ujawnił swoją frustrację z powodu błędnie rozumianej kwestii baptidzo. Okazało się bowiem, że wierzący w tym mieście nie rozumieli, na czym polega „zanurzenie się w Chrystusa”, które obejmuje swym zakresem zanurzenie: a) w Jego Słowo, b) w Jego naturę, c) w Jego umysł, d) w Jego istotę (czyli w Jego Ducha i Ciało, którym jest żywa wspólnota wierzących – lokalny kościół). Bez takiego „zanurzenia się w Chrystusa” nie ma mowy o naśladowaniu Jezusa. Bez zrozumienia duchowego pojęcia zanurzenia się w istotę Chrystusa nikt nie jest w stanie zanurzyć się w Jego śmierć i w Jego zmartwychwstanie (por. Rz 6,3-11), a to oznacza niemożność wejścia do Bożej rzeczywistości, którą Jezus nazywał odwiecznym i nieskończonym Życiem, niezależnie od rodzaju wyznawanej doktryny. Chrzest wodny (bez względu na to, jak prowadzony) niczego tu nie zmienia.

 

    1.  Chrzest Janowy

Jan zwany Chrzcicielem (Zanurzającym) został posłany przez Boga do publicznej służby przed Jezusem, aby przygotować serca Żydów na przyjście Mesjasza (por. Mt 3,3). Zrewolucjonizował on system żydowskich ablucji, które w tej społeczności były praktykowane od wieków. Hebrajczycy przy rozlicznych okazjach stosowali różne typy rytualnych obmywań poszczególnych części ciała, jednak nigdy sami nie praktykowali całkowitego zanurzania. Tego typu zanurzenie było zarezerwowane wyłączenie dla prozelitów, czyli osób, które chciały konwertować na judaizm i włączyć się do religijnej społeczności Izraela. Ich całkowite zanurzenie było dla Żydów symbolem pełnego oczyszczenia z brudu pogaństwa i bałwochwalstwa. Żaden rabin nigdy nie wspominał o całkowitym zanurzaniu Żyda. Hebrajczycy wierzyli bowiem, iż będąc potomkami Abrahama i żyjąc pod Prawem Mojżesza, są wybrani i religijnie czyści, a poszczególne części ich ciał potrzebują oczyszczenia jedynie wówczas, gdy zostaną czymś skalane. W ich rozumieniu poganie (czyli wszyscy nie-Żydzi) mieli całkowicie skalaną naturę, a więc byli dokumentnie „nieczyści”, i dlatego przechodząc na judaizm, musieli być zanurzani w całości.

Dopiero służba Jana (syna kapłana Zachariasza) wprowadziła zmiany w postrzeganiu tej tradycji przez niektórych Żydów. Człowiek ten w Bożej mocy nauczał, że Żydzi (tak samo jak poganie) również potrzebują całkowitego oczyszczenia z grzechu. Oczywiście wody Jordanu nie były w stanie oczyścić nikogo z grzechów i nieprawości, tak samo jak nie mogły tego uczynić krew kozłów i cieląt oraz posypanie popiołem jałówki (por. Hbr 9,13). Zawsze potrzebne były: osobiste opamiętanie się, wewnętrzne uświęcenie i przemiana serca. Tak więc praktyka całkowitego zanurzenia w wodzie, wprowadzona na masową skalę przez Jana dla osób pochodzenia żydowskiego, była wezwaniem do obrzezania serca, czyli do opamiętania się, pokuty i pokornego przyjścia do Boga, który jedynie sam jest w stanie oczyścić człowieka z jego grzechu i nieprawości. W takim kontekście (tzn. w syntaktycznym związku, wprost lub domyślnym, ze słowem hydor – „woda”) pojawia się w NPD słowo „chrzest” opisujące religijną praktykę, która w swej istocie nie była niczym innym jak publicznym ogłoszeniem decyzji opamiętania się i deklaracją porzucenia życia według starej natury i rozpoczęcia życia w Chrystusie według nowej natury (natury Chrystusowej) – świętej i nieskalanej.

Historia pokazuje jednak, że praktyka publicznego wyznawania osobistego opamiętania się i zaufania Chrystusowi szybko stała się jedynie zewnętrznym aktem religijnym, czynnikiem kwalifikującym danego człowieka do udziału we wspólnocie eklezjalnej. Stwierdzenie czyjejś „przynależności” kościelnej nie zawsze szło w parze z wewnętrzną przemianą duchową danego człowieka. Już w II w. pojawiła się tendencja do obrzędowego formalizowania zanurzenia wodnego jako rytuału religijnego, który już powszechnie był nazwany „chrztem”. Świadczą o tym zapisy zawarte w dokumencie Didache (Nauka Apostołów), który koncentrując się na wskazówkach formalnych, zajmował się nawet takimi sprawami jak ta, czy chrzest powinien odbywać się w wodzie żywej (płynącej), czy w stojącej (zbiornik wodny), w wodzie ciepłej czy zimnej, przez zanurzenie czy przez polewanie. Zapisy te wyraźnie wskazują, iż już w II w. punkt koncentracji uwagi w sprawach chrztu przenosił się na sprawy formalne.

 

    2.  Chrzest przyjęty przez Jezusa

Skoro chrzest Jana był wezwaniem skierowanym do Żydów, by się opamiętali ze swego grzesznego życia i przygotowali na przyjście Bożego Mesjasza, to powstaje pytanie, dlaczego Jezus poddał się temu chrztowi (por. Mt 3,13-17). Odpowiedź na nie znajduje się w kontekście tego wydarzenia. Sensem służby Jana było przygotowanie Żydów na przyjście Mesjasza. W momencie przyjścia Chrystusa (hebr. Mesjasza) Jan powinien zakończyć swoją służbę, a Mesjasz ją rozpocząć. Jan rozumiał, iż to on sam potrzebuje lepszego zanurzenia niż to, które głosi (por. Mt 3,14). Jezus wprost wezwał go do ustąpienia i stwierdził, że Janowe wzywanie ludzi do życia w Bożej sprawiedliwości zostało w pełni zrealizowane. Co więcej, deklaracja, którą Jan usłyszał z Niebios zaraz po zanurzeniu Jezusa, była potwierdzeniem tego wszystkiego. Z tego wynikało, że zanurzenie Jezusa powinno być ostatnim chrztem, którego udzielił Jan. Jednak kłopot z prorokiem polegał na tym, że nie zakończył on swej posługi, chociaż powinien był to uczynić – przynajmniej w ciągu 40 dni, podczas których Jezus przebywał na pustkowiu i przechodził w ciele swój „egzamin” duchowy przed podjęciem publicznej działalności. Jan miał świadomość tego, co powinien uczynić (por. J 3,30), lecz najwyraźniej nie wiedział, co dalej miałby robić w życiu (gdy cel jego „zatrudnienia” został już osiągnięty, a misja wypełniona). Dziwne jest to, że on sam nie poszedł za Jezusem jako jeden z Jego uczniów. Gdyby to zrobił, nie rodziłyby się w nim wątpliwości, jakie zostały zapisane w Mt 11,3.

Sposób życia Jana, już po zanurzeniu Jezusa, pokazuje, że można się rozmijać z wolą Bożą nawet wówczas, gdy od lat niezmiennie robi się coś chwalebnego, co kiedyś było wolą Bożą dla danej osoby, ale więcej już nią nie jest. Czas i okoliczności w rozpoznawaniu woli Bożej mają znaczenie. Widać to doskonale w życiu Apostoła Pawła, który doświadczył w czasie drugiej podróży misyjnej korekty własnych planów, gdy Duch Chrystusa zabronił mu (sic!) głoszenia Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie na terenach ówczesnej Azji (dzisiejsza zachodnia Turcja) i skierował go w inne miejsce (por. Dz 16,6-10). Gdyby Paweł, jak Jan, nie dostosował swojego działania do wskazówek Bożych, Dobra Wiadomość o ratunku w Chrystusie byłaby głoszona w Europie przez innych ludzi i być może nie mielibyśmy dzisiaj ok. 25% tekstu NT (taką część stanowią listy Apostoła Pawła). Sam Paweł w sprawie baptidzo też przechodził gruntowną przemianę myślenia. Niełatwo bowiem było mu wydostać się z żydowskich paradygmatów myślowych. Na stronicach NT czytamy o sytuacjach, w których poszedł za radami judaizujących braci, i o tym, jaki przybrało to dla niego obrót (por. Dz 16,3nn.; Dz 21,17nn.). Finalnie, podsumowując swoje życie, był jednak w stanie stwierdzić: „A jednak to wszystko, co zdawało się być dla mnie zyskiem, z powodu Chrystusa uznałem za stratę! O tak! W świetle doniosłości osobistego poznania Chrystusa Jezusa, mojego PANA, wszystkie te sprawy przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, a czas, który wcześniej poświęcałem obrzędowej religijności, okazał się zmarnowany! Dla Jezusa definitywnie zrezygnowałem ze wszystkiego, co kiedyś miało dla mnie jakąkolwiek wartość, i teraz brzydzę się tym niczym fekaliami. Zależy mi jedynie na tym, aby wytrwać w Chrystusie, po to, bym w Dniu Bożego Sądu nie był oceniany według kryterium mojej własnej «sprawiedliwości» – to znaczy tej, która bazuje na przepisach religijnych – a jedynie na podstawie pełnego poddania się i zaufania Chrystusowi” (Flp 3,7-9 NPD).

Osobną kwestią, która często wzbudza kontrowersje lub jest używana w niewłaściwy sposób, jest relacja o zanurzeniu, któremu poddał się Jezus w asyście Jana Chrzciciela. Trzeba pamiętać, że Boży plan sprawiedliwości został całkowicie zorientowany na ustanowienie wiekuistej ofiary za grzechy ludzkości, która miała się dokonać poprzez Bożego Mesjasza – jedynego prawdziwego Sprawiedliwego. Misja Jana zanurzającego ludzi w wodę, co zwiastowało rychłe nadejście Zbawiciela, znalazła tu swój finał. Dokonując zanurzenia Tego, którego cały czas zapowiadał, Jan w uroczysty sposób przedstawił (wprowadził, dokonał ingresu) zapowiadanego Bożego Baranka. Trzeba mieć świadomość, że chrzest Janowy Jezusowi w ogóle nie był potrzebny. On był bez grzechu, pełnił wolę Ojca i z niczego nie musiał się opamiętywać. Jego myślenie było cały czas Boskim myśleniem. Ludzie, przyjmując Janowe zanurzenie, wyrażali gotowość opamiętania się, dlatego wyznawali swoje grzechy. Jezus niczego nie musiał wyznawać, jednak Bóg postanowił w czasie tego chrztu złożyć swoje wyznanie. Ujawnił wówczas swą wielopostaciową świętą naturę i złożył wyznanie (oświadczenie) o ustanowionym przez siebie planie zbawienia w Chrystusie. W tym momencie zanurzenie zewnętrzne (praktykowane przez Jana w wodzie) straciło de facto swój cel i znaczenie. Jego miejsce zajęło zanurzenie wewnętrzne, które dokonuje się duchowo, gdyż w realizacji Bożego planu nie zewnętrzna obrzędowość, ale wewnętrzna przemiana jest kluczowa w procesie uświęcenia człowieka (por. Hbr 12,14). Takie zanurzenie, zwane też zanurzeniem w Ducha Uświęcenia, polega na zanurzeniu serca i myśli w Słowo Chrystusa, którego komentatorem i interpretatorem jest sam Duch Chrystusa. Naturze ludzkiej jest jednak ciężko odciąć się od swego starego myślenia i oderwać od praktykowanych przez lata religijnych obrządków zewnętrznych, dlatego zarówno Jan, jak i jego uczniowie, a później również niektórzy z uczniów Jezusa, dalej chętnie sięgali do tej praktyki, chociaż Jezus sam nigdy nikogo nie zanurzał w wodę (por. J 4,2).

Podsumowując, Jezus przyjął zanurzenie (chrzest) od Jana, lecz w Jego przypadku sens zanurzenia był inny niż dla wszystkich Żydów. Oni bowiem publicznie uznawali swoją grzeszność, Jezus zaś – będąc bez grzechu – nie musiał niczego takiego uznawać. Celem Jego chrztu było więc: 

        (a) złożenie wyznania przez Najwyższego, że plan zbawienia, ustalony od wieków, złożony jest całkowicie w Chrystusie;

        (b) prorockie przedstawienie Chrystusa jako wiekuistego Króla i Arcykapłana lepszego Przymierza (por. Hbr 3,1; Hbr 4,14-15; Hbr 7,26; Hbr 8,1), który w sposób doskonały wypełni Prawo Mojżeszowe. Prawo zaś nakazywało kapłanom obmycie się (oczyszczenie, dokonanie ablucji) przed rozpoczęciem służby. Jezus, będąc Autorem Prawa Mojżeszowego ukazującego Bożą świętość, nakazał w nim arcykapłanom, by obmywali się (oczyszczali) przed rozpoczęciem służby. W odróżnieniu od nich Jezus nie był skalany grzechem, więc nie musiał się z niego oczyszczać. Jednak aby dochować każdego przepisu Prawa, które ustanowił, również sam poddał się wodnej ablucji.

        (c) zakomunikowanie Janowi, że jego misja się zakończyła, gdyż miał on jedynie przygotować drogę dla Mesjasza, a Ten właśnie przyszedł.

 

Czasami zdarza się słyszeć z kazalnicy wezwanie do poddania się wodnemu zanurzeniu na wzór Jezusa. Kaznodzieje to głoszący stwierdzają, że skoro Jezus w wieku dorosłym poddał się chrztowi przez pełne zanurzenie, to każdy człowiek, który przychodzi do wiary, również powinien poddać się takiemu zanurzeniu. Biorąc pod uwagę informacje podane wyżej, łatwo można dostrzec, że tego typu nauczanie nie ma oparcia w duchowym przesłaniu NT. Chrzest, któremu poddał się Jezus, był bowiem „chrztem Janowym”, a nie praktyką, jaką w wiekach późniejszych uznano za „chrześcijańską”. Jan zresztą wspominał, że celem Jezusa nie będzie prowadzenie kogokolwiek do zanurzenia w wodę, tylko zanurzanie ludzi w Bożego Ducha Uświęcenia (por. Łk 3,16; J 1,30-33; J 4,2). Sam Jezus również potwierdził tę prawdę, co zostało zapisane w Dz 1,5.

 

W pierwszych wspólnotach wierzących, które systematycznie traciły żydowski charakter i z roku na rok stawały się coraz bardziej nieżydowskie, chrzest zastąpił mojżeszowy obrzęd obrzezania. W NT znajdujemy ślady tego, że religijni emisariusze judaizmu (tzw. judaizujący bracia) namawiali nawracających się ludzi, by poddali się obrzezaniu. Nie dziwmy się, że wielu poddawało się ich wpływom, skoro nawet sam Apostoł Paweł od czasu do czasu im ulegał (por. Dz 16,3; Dz 21,24-26).

 

    3.  Zanurzenie w Chrystusa

Tym, co decyduje o możliwości spędzenia wieczności z Bogiem, jest „zanurzenie się w Chrystusa”. W Biblii przyjmuje ono różne dodatkowe określenia, takie jak: „duchowe narodzenie”, „narodzenie z Bożego Ducha”, „powtórne narodzenie”, „narodzenie z góry”. Chodzi w nich o takie wydarzenie, w czasie którego człowiek otrzymuje zalążek „Bożego DNA”. Sprawy te Jezus wyjaśnił Nikodemowi w J 3,1-21. Czy takie „zanurzenie się” jest wystarczające? Cóż, jeśli jest ono postrzegane formalnie czy obrzędowo i nie daje prawdziwego i trwałego owocu, to oczywiście nie. Zalążek „Bożego DNA” człowiek może w sobie zniszczyć (por. np. Ga 5,4). Sam Jezus wielokrotnie podkreślał konieczność wytrwania w wierze, czyli w zaufaniu do Niego. Dzieje się tak, gdy ktoś traktuje wiarę jako zestaw przekonań intelektualnych, podczas gdy biblijna, zbawcza wiara nie jest czymś takim. Nie polega również na wypowiedzeniu jednorazowego strzelistego „aktu wiary”, ale jest długofalowym, dynamicznym, ufnym poddaniem się woli Boga Najwyższego. Jest zatem wyrazem posłuszeństwa Słowu TEGO, KTÓRY JEST Jedynie Święty. Dlatego tylko trwanie w wierze jest warunkiem zarówno koniecznym, jak i wystarczającym do wejścia w rzeczywistość odwiecznego i nieskończonego Bożego Życia. Samo jednorazowe „wyznanie wiary” (zresztą jak każda inna religijna praktyka niepowiązana z trwaniem w wierze), choćby nawet zostało połączone z religijnym chrztem, bez trwania i przynoszenia owocu posłuszeństwa Bożemu Słowu nie spełnia takiej kwalifikacji. Bez autentycznego zanurzenia w naturę i charakter Boga (a więc bez prawdziwej wiary, która w rozumieniu biblijnym jest aktywną odpowiedzią na Boże Słowo) oraz bez zdarcia z siebie starej, grzesznej natury (gr. sarks) i obleczenia się w nową naturę (Chrystusową) wszelka obrzędowość, choćby nawet wspierana była silnymi emocjami religijnymi, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ: 

        (a) „nikt bez ufnej wiary nie może Bogu się podobać” (Hbr 11,6 NPD), a także

        (b) „Ci więc, którzy postępują w życiu według zasad przyrodzonej, ludzkiej natury, nie mają szans na podobanie się Bogu” (Rz 8,8 NPD).

 Tak więc o podobaniu się Bogu decydują nie obrzędy religijne, jak wodny chrzest czy obrzezanie, lecz prawdziwa, wewnętrzna przemiana człowieka (gr. metanoia) i zaufanie, jakie człowiek po takiej przemianie składa w Chrystusie. Kluczowe znaczenie dla dalszego życia ma pełnienie woli Ojca (por. Mt 7,21) w Duchu i w Prawdzie (por. J 4,23-24).

 Uważna analiza tekstów NT pokazuje, że mamy w nim do czynienia przynajmniej z trzema liniami kerygmatycznymi: Pawła, Jana i Piotra. Kerygmaty Pawła i Jana pomimo pewnych różnic używają pojęcia baptidzo w podobny sposób. Obydwa mówią o konieczności zanurzenia się w Chrystusa (w Jego Ducha i Słowo), co ma skutkować przemianą myślenia i ukształtowaniem się charakteru człowieka na wzór charakteru Jezusa. Nieco inne akcenty znajdujemy w kerygmacie Piotra. Ta linia teologiczna skłania się do interpretacji baptidzo jako praktyki chrztu wodnego rozpropagowanego przez Jana zwanego Chrzcicielem, a więc do tradycji żydowskiej. Różnice w podejściach do baptidzo przetrwały dwa tysiąclecia i do dziś skutkują nie tylko znacznymi rozbieżnościami teologicznymi, ale i wielką różnorodnością denominacyjnych praktyk, które w ostatecznym rozrachunku, jeśli są oderwane od zanurzenia się w Słowo i Ducha Chrystusa, nie mają żadnego wpływu na duchowy stan ochrzczonego. Jednak przemożna skłonność ogromnej liczby liderów kościelnych do oceniania efektów swej pracy duszpasterskiej przez liczenie osób, które poddały się obrzędowi chrztu wodnego, sprawia, że kwestia trwałego zanurzenia człowieka w Chrystusa schodzi na dalszy plan, nie wytrzymując konkurencji z kościelną pokusą statystyczną. Największym jednak problemem jest to, gdy dana społeczność pozostawia nowo ochrzczonych bez prawdziwego ugruntowania w Słowie Chrystusa i bez dobrych wzorców życia według ducha poddanego Duchowi Chrystusa. Ludzie tacy pozostają wówczas w swym myśleniu na poziomie religijności obrzędowej okraszonej kilkoma nowymi pojęciami.

 Prawdziwe zanurzenie w Chrystusa i w Jego sprawiedliwość zawsze rodzi duchowy owoc, jakim jest ofiarna postawa Bożej miłości (gr. agape). Jej cechy opisane są w 1 Kor 13,4-8a oraz w Ga 5,22-26. W agape nie chodzi o jakiekolwiek emocje, ale o postawę życiową mierzoną podobieństwem do charakteru Jezusa z Nazaretu. Brak owocu o cechach wspomnianych w 1 Kor 13 i Ga 5, szczególnie trwający przez dłuższy czas, powinien być dla każdego człowieka sygnałem ostrzegawczym wiodącym do autoweryfikacji (por. 2 Kor 13,5-6), czy rzeczywiście idzie śladami Chrystusa i pozwala Jego Duchowi, by przez Jego Słowo przemieniał mu serce na wzór Jezusa. PAN bowiem powiedział, iż człowieka i jego charakter rozpoznaje się – podobnie jak drzewo – po owocu, który rodzi jego serce (por. Mt 7,19; Mt 12,33; Łk 6,44; Łk 8,14; J 15,2-4; Jud 12). W biblijnym chrześcijaństwie nie chodzi zatem o wiedzę, rytuały, stanowiska, ceremonie, ale o duchowy owoc, jaki jest efektem trwania w Chrystusie (por. J 15,1-5).

Chociaż baptidzo w Słowo i Ducha Chrystusa jest zasadniczym przesłaniem NT, to błędem byłoby twierdzenie, że praktyka udzielania chrztu wodnego (zanurzania kogoś w wodę) jest czymś szkodliwym. Większość kościołów chrześcijańskich praktykuje ten żydowski obrządek wprowadzony przez Jana zwanego Chrzcicielem, dostosowując swą teologię do stosowanych praktyk. Potrzebna jest jednak świadomość, iż obrządek ten nie ma żadnego sensu, jeśli nie wynika z osobistego i świadomego zanurzenia się danej osoby w Boże Słowo i Bożego Ducha Uświęcenia.

Praktyki chrzcielne w różnych denominacjach, religiach i organizacjach (niekoniecznie uważanych powszechnie za chrześcijańskie), które w jakikolwiek sposób odnoszą się do Pisma św., zostały krótko przedstawione poniżej (w kolejności wg liczby członków). Niektóre ze wspomnianych kongregacji mają wiele odłamów teologicznych, a to skutkuje różnymi wersjami praktyk chrzcielnych (co wykracza poza zakres niniejszego opracowania). 

    1.  Kościół rzymskokatolicki (1329 mln członków) praktykuje chrzest przez trzykrotne polanie lub pokropienie wodą. Dopuszcza się chrzest niemowląt. Według rzymskich katolików chrzest obmywa z grzechu pierworodnego i jest konieczny do zbawienia. Uznaje się działanie chrztu ex opere operato (tzn. jako obiektywnie skuteczne niezależnie od pobożności udzielającego oraz przyjmującego chrzest). Uznaje się też tzw. „chrzest krwi” i „chrzest pragnienia”. Obowiązuje szczególna formuła liturgiczna.

    2.  Kościół prawosławny (230 mln członków) praktykuje chrzest przez trzykrotne zanurzenie, następujące zaraz po sobie (każde w imię innej Osoby Boskiej). Dopuszcza się chrzest niemowląt. Czasami stosuje się polewanie wodą. Dziecko po chrzcie otrzymuje natychmiast do ust Eucharystię – kawałek chleba i kilka kropel wina. Według prawosławnych chrzest jest niezbędny do zbawienia.

    3.  Kościoły zielonoświątkowe (217 mln członków) praktykują chrzest wodny ludzi dorosłych, który odbywa się przez pełne zanurzenie osoby zdolnej samodzielnie zadeklarować wiarę w Boga. Chrzest nie jest konieczny do zbawienia. Kładą oni nacisk na osobne doświadczenie, które nazywają „chrztem w Duchu Świętym”, i w praktyce mocno wiążą je z tzw. mówieniem językami.

    4.  Kościół anglikański (78 mln członków) praktykuje chrzest przez polewanie lub pokropienie wodą i dopuszcza chrzest niemowląt. Chrzest nie jest konieczny do zbawienia.

    5.  Kościół ewangelicko-augsburski (74,3 mln członków). Luteranie praktykują chrzest przez polewanie lub pokropienie wodą i dopuszczają chrzest niemowląt. Chrzest jest konieczny do zbawienia.

    6.  Kościół ewangelicko-reformowany (56 mln członków – kalwiniści, prezbiterianie, kongregacjonaliści, ewangelicy unijni) praktykuje chrzest przez trzykrotne polanie lub pokropienie wodą i dopuszcza chrzest niemowląt. Stosowane są też pełne zanurzenia. Według tego kościoła chrzest nie oczyszcza z grzechu ani nie jest konieczny do zbawienia.

    7.  Baptyści (48 mln członków) praktykują chrzest wodny ludzi dorosłych, który odbywa się przez pełne zanurzenie osoby zdolnej samodzielnie zadeklarować wiarę w Chrystusa. Chrzest nie jest konieczny do zbawienia.

    8.  Kościół Adwentystów Dnia Siódmego (21 milionów członków) praktykuje chrzest wodny ludzi dorosłych. Odbywa się on przez pełne zanurzenie osoby zdolnej samodzielnie zadeklarować wiarę w Chrystusa. Chrzest nie jest konieczny do zbawienia.

    9.  Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (mormoni – 16,1 mln członków) praktykuje chrzest wodny dzieci w wieku 8 lat (wg mormonów jest to wiek umożliwiający rozeznanie dobra i zła). Chrzest odbywa się przez pełne zanurzenie. Mormoni przyjmują także chrzty zastępcze za zmarłych. Chrzest jest konieczny do zbawienia.

    10.  Zielonoświątkowcy jednościowi (15 mln członków – Kościół apostolski, Ruch Tylko Jezus) praktykują chrzest wodny ludzi dorosłych, który odbywa się przez pełne zanurzenie osoby zdolnej samodzielnie zadeklarować wiarę w Jezusa Chrystusa. Chrzest jest konieczny do zbawienia i odbywa się tylko „w imię Jezusa”. Kładą też nacisk na osobne doświadczenie, które nazywają „chrztem w Duchu Świętym” i w praktyce mocno wiążą je z tzw. mówieniem językami.

    11.  Metodyści (12,5 mln członków) praktykują chrzest przez polewanie lub pokropienie wodą u wejścia do kościoła. Dopuszczają chrzest niemowląt. Chrzest nie jest konieczny do zbawienia.

    12.  Świadkowie Jehowy (8,6 mln członków, w tym Badacze Pisma św.) praktykują chrzest wodny osób, które są w stanie samodzielnie i odpowiedzialnie podjąć decyzję o przystąpieniu do Organizacji Świadków Jehowy. Chrzest w tej organizacji odbywa się przez pełne zanurzenie, nie zmywa grzechów i nie ma szczególnej formuły, chociaż wymagane jest złożenie specyficznego wyznania wiary. Chrzest jest oczyszczający i konieczny do zbawienia.

    13.  Anabaptyści (nowochrzczeńcy – 2,1 mln członków, w tym menonici, amisze i huteryci) praktykują chrzest głównie przez polanie wodą, jednak na życzenie stosują również pełne zanurzenie.

    14.  Armia Zbawienia (1,65 mln członków) nie praktykuje zewnętrznego chrztu wodnego.

    15.  Zjednoczony kościół Chrystusowy (1,1 mln członków). Część kościołów praktykuje chrzest przez pokropienie w czasie przyjęcia nowego członka do wspólnoty (także dzieci), inne stosują pełne zanurzenie ludzi dorosłych zdolnych do samodzielnego wyznania wiary w Chrystusa. W jednych kościołach chrzest jest uważany za konieczny do zbawienia, w innych nie.

    16.  Scjentologiczny kościół Chrystusa (1 mln członków, w tym Nauka Chrześcijańska) nie praktykuje chrztu wodnego.

    17.  Kwakrzy (Religijne Towarzystwo Przyjaciół – 0,38 mln członków) nie praktykują zewnętrznego chrztu wodnego. Uważają natomiast, że dla życia duchowego jest potrzebny „chrzest wewnętrzny”.

    18.  Kościół wolnych chrześcijan (z uwagi na dużą niezależność poszczególnych zborów braterskich brak jest danych liczbowych mówiących o skali członkostwa) praktykuje chrzest wodny ludzi dorosłych, który odbywa się przez pełne zanurzenie osoby zdolnej samodzielnie zadeklarować wiarę w Chrystusa.

    19.  Unitarianie (z uwagi na dużą niezależność poszczególnych kościołów oraz międzywyznaniowe przenikanie idei unitarnych brak jest danych liczbowych mówiących o skali członkostwa) mają różne praktyki w zależności od odłamu. Jedni nie praktykują chrztu wodnego, inni praktykują chrzest wodny, także niemowląt.

Jak widać z powyższego zestawienia, większość kościołów chrześcijańskich oraz organizacji, które odnoszą się do Biblii, praktykuje chrzest wodny. Różne są jednak jego motywacje i różne uzasadnienie teologiczne (od sakramentu po procedurę przyjęcia do kościoła). Wynikają z tego również różne formuły liturgiczne chrztu albo różne pytania dotyczące wiary i chrztu, jakie zadawane są przed tym obrządkiem. Część kościołów uznaje chrzty dokonane w innych kościołach, część jednak odrzuca taką możliwość.

Większość kościołów wymaga złożenia wyznania wiary (w wypadku chrztu dzieci robią to albo rodzice chrzestni, albo tzw. sponsorzy). Chrzcielne wyznania wiary mają różny zakres i różnych charakter. Nie spotyka się jednak podczas chrztów składania deklaracji mówiących wyraźnie o chęci rozpoczęcia nowego życia w naturze Chrystusowej, z umysłem Chrystusowym (przesiąkniętym Słowem Chrystusa). Niektóre kościoły stosują przygotowania do chrztu (bardziej lub mniej sformalizowane), inne „idą na żywioł” i chrzczą ludzi po ich emocjonalnych decyzjach, podjętych pod wpływem chwili. Część kościołów przestrzega kolejności, najpierw jest ewangelizacja, ugruntowanie (katechumenat) i dopiero chrzest, inne zupełnie nie biorą tego pod uwagę. Tymczasem głoszenie Chrystusa i Jego dzieła wcale nie kończy się na samym przekazie treści Dobrej Wiadomości o ratunku w Chrystusie, lecz wymaga ugruntowania (umocnienia) w Słowie i Duchu Chrystusa. Każdy człowiek, aby mógł prawdziwie zostać uczniem Jezusa (a nie tylko Jego entuzjastą), musi – zgodnie z tym, czego nauczał Paweł Apostoł – zrozumieć, na czym polega nowe życie w Chrystusie, podjąć osobistą decyzję rezygnacji z podążania za pożądaniami starej, grzesznej natury (umrzeć duchowo dla tej natury) i rozpocząć życie według nowej natury, tzn. według Chrystusowego wzorca, co jest możliwe tylko i wyłącznie, gdy opiera się na wskazówkach wynikających ze Słowa Chrystusa i mocy Ducha Chrystusa (czyli Ducha Świętości, Ducha Uświęcenia). Poprzestawanie na utożsamianiu chrztu wodnego z jakimś „magicznym”, ponadnaturalnym procesem przemiany natury człowieka jest niewyobrażalnym spłyceniem treści Dobrej Nowiny o zbawieniu w Chrystusie. Trzeba sobie także uświadomić, że chrzest wodny, traktowany wyłącznie jako deklaracja wobec wspólnoty w oddzieleniu od osobistej wiary i determinacji prowadzenia uświęconego życia (opamiętanie i odstąpienie od grzechu), nie ma żadnego znaczenia ani ziemskiego, ani wiecznego.

Patrz też → Wiara.


[1] W starożytnej kulturze Bliskiego Wschodu imię zawsze pełniło funkcję eksponowania jakiejś cechy wewnętrznej lub zewnętrznej danej postaci lub rzeczy. W odniesieniu do osoby opisywało zatem albo charakter, albo wygląd. W takim kontekście użył go Jezus w Mt 28,19.

Słowo na dziś
Zapisz się do newslettera